Within Temptation – Resist (2019)

Dawno już nie wracałem do metalu symfonicznego, uznałem, że, warto nadrobić zaległości, tym bardziej iż weterani tegoż nurtu dość niedawno wydali swój najnowszy album zatytułowany Resist. Przyznam szczerze, że, nie wiem czego się spodziewać, gdyż zawsze byłem, w tak zwanej grupie fanów Nightwisha, a przez to nie znam aż tak dogłębnie ich całej dyskografii, choć wszystkie albumy słyszałem, coś ten z 2014 roku, czyli Hydra mnie trochę rozczarował. Zobaczymy, jak będzie w tym przypadku.

Utwór otwierający The Reckoning nie tylko za pierwszym, lecz potem za każdym razem, brzmiał jak intro do jakiegoś serialu sc-fi. Wokal Sharon den Adel niezmieniony jest odpowiedni jak dobrze również dobrany do duetu głos Jacoby Shaddixa z Papa Roach. Dużo elektroniki, lecz żadnego solo gitarowego, zmiany i przejścia temp nadaje Sharon, ni na koniec dup-step i to duża ilość. Za duża.

W drugim Endless War na początku perkusja jest bardziej słyszalna, lecz potem znowu elektronika i nawet cyfrowa perkusja. Pojawia się monotonia i nuda, bo przy pierwszym razie, chciałem wiedzieć, o czym jest tekst, potem już mi to było zupełnie obojętne. Jeżeli można znaleźć tu coś, co może się podobać to głos Sharon i jej zabiegi wokalne.

No dobra nie będę się bez potrzeby rozpisywać. W pozostałych utworach czy też nawet piosenkach wszystko zlewa się ze sobą, więc teraz skupię się na tym, co może je rozróżniać. W trzecim Raise Your Banner jest scream Andersa Fridéna, który buduje nastrój no i jest odrobina epickości, czyli elementów prawdziwej symfonii, no i wreszcie gitarowe solo, w sumie lepiej późno niż wcale jak to mówią.

Supernova to tytułowe w sumie kosmiczne dźwięki, no i kolejna próba zbudowania podniosłego nastroju za pomocą chóry, lecz dla moich uszu nieudana. Holy Graund ma inne intro, dość krótkie, ale jednak tak samo na In Vain. Firelight to zupełnie nieudana ,,nowoczesna” ballada gdzie jakikolwiek metal usłyszeć można w połowie. Szczerze to już przy drugim przesłuchaniu czekałem aż się skończy.

Mad World jest najmniej nasycony elektroniką, o i tu też jest zbudowany dobry nastrój i nie tylko przez Sharon. To czyni go w moich uszach jako drugą najmniej znośną piosenką na tym krążku. Mensy Mirror natomiast jest balladą, która spełnia tylko swoje zadanie, nie wywołując u mnie stanu, dzięki któremu w przeciągu jednego dnia posłucham jej z 10 razy. Ostatni Trophy Hunter zaczyna się ciężkim niby breakiem, lecz potem spokój, choć gitary są bardzo słyszalne, czyli elektronika i wokal Sharon i znowu break, no w sumie można i tak, co akurat można uznać za znośne, bo to ostatni utwór.

Podsumowując, nie będę owijał w bawełnę. Jestem totalnie rozczarowany, gdyż ta płyta zupełnie nie jest symfoniczna, lecz elektroniczna z elementami dup-stepu, a samego metalu usłyszeć można na niej tyle, co nic. Fakt nie brakuje bardzo dobrego wokalu Sharon, lecz to wciąż za mało. Ja rozumiem naprawdę eksperymenty i torowanie nowych ścieżek, kierunków, nawet fakt, iż, ponoć jest to najbardziej osobisty lirycznie album dla Sharon. Serio, ale przynajmniej dla mnie, sam tekst i sam wokal nie obronią muzyki, a raczej płyty, która wpada jednym uchem, a wylatuje drugim. Bo Raise Your Banner i Mad World, które są dla mnie najbardziej akceptowalne i po trzecim ich włączeniu nie miałem ochoty przerwać, no to nie wystarczy. Myślałem, że, jak dam tej płycie też 5-miesięczną przerwę to będzie inaczej, racja było, ale ważenia takie same. Tak też na sam koniec, jeśli ktoś nie znał wcześniej z dorobku tego zespołu ich opus magnum, czyli Mather Earth, pewnie Resist mu się spodoba, ja znałem nie tylko ten, bo pomimo mojej większej miłości do Nightwish, której się nie wyprę, ten zespół moim w odczuciu już nie reprezentuje tzw. nurtu metalu symfonicznego. Tak jak zawsze doceniam eksperymenty, to nie zawsze są one akceptowane przez moje uszy, choć obawiam się, że, dla holenderskiego Within Temptation to ich ,,nowa ścieżka” i ,,styl”. U mnie ta płyta na chwilę obecną dzierży tytuł najbardziej nieudanego albumu tego roku, takie jest moje zdanie. Jak znając życie, fanatycy Within temptation będą krzyczeć inaczej, mają do tego prawo tak jak ja do posiadania własnego zdania.

2/10

Merging Flare – Revolt Regime (2019)

Ach ta Finlandia. Tym razem akurat z zespołem Merging Flare oraz ich najnowszym albumem Revolt Regime wydanym 14 czerwca 2019, miałem kontakt z powodu osoby która gościnnie na tej płycie wystąpiła. Mam tu na myśli Kasperiego Heikkinena znanego szerszej publice jako gitarzyście zespołu Beast in Black, z kolei który znalazł się w gronie moich ulubionych zespołów. Śledząc więc poczynania Kasperiego stwierdziłem może warto tą płytę przesłuchać? Tak też uczyniłem, więc podzielę się z wami swoimi wrażeniami co do tego albumu. Czy z powodu udziału Kasperiego miałem wygórowane oczekiwania? Czy wrócę znowu do tego albumu? Wszystko się okaże w swoim czasie.

Rozpoczynający płytę Trailblazers brzmi bardzo zachęcająco. Wokal Martiasa Palma wyjątkowo wpasowuje się w bardzo dynamikę oraz do tego motoryka i energia. No i solo Kasperiego. Na razie jest dobrze. Następny Alliance in Defiance jest równie energetyczny, lecz mam wrażenie że, już nieco lżejszy. Oprócz tego też z wokalem frontmena jest już coś nie tak. Znowu dobra solówka, lecz zwolnienie pod koniec,nie wychodzi kompozycji na dobre.

Z Clarion Call jest też coś nie tak. Wokal osłabł a jeszcze te gitary sprawiające wrażenie klawiszy. Niby chór wspomaga Martisa, niby jest wszystko ok,ale zachwyt opada jak kusz. Jeszcze te trochę prze kombinowne blasy. Słysząc The Abyss of Time trochę Beast in Black mi się przypomniał, ale tylko na krótki moment. Bo kompozycja wpada i wypada mi jednym uchem, bez żadnej jakiejś pozytywnej reakcji u mnie nie wzbudzając. Z Mind’s Eye (Reaching Out) jest tak samo. Co jest? Początek War Within brzmiał też dobrze, ale na tym się skończyło. Może z Midwinter Magic będzie lepiej, tak sobie myślę? Skądże, pomimo próby stworzenia ballady, to jak dla mnie ta kompozycja, nią nie jest ,a już na pewno nie dobrą.

Z Devastator jest odrobinę lepiej, bo ratuje nie co sytuację, taką dynamiką i energią jaką oczekiwałem. Sin Against the Sinner znowu zawodzi mnie pod każdym muzycznym względem. Natomiast ostatni The Lucky One okazuje się jeszcze gorszą balladą od Midwinter Magic.

Krótka piłka z mojej strony. Przed przesłuchaniem przeczytałem, że album, jest inspirowany Judas Priest, Accept, Running Wild, Helloween oraz Gamma Ray. Rozumiem, inspirować się trzeba, ale nie wiem, może jestem coraz bardziej głuchy, lecz po 5 przesłuchaniach ja tu nie słyszę żadnej autorskiej inwencji twórczej, zwłaszcza takiej, która by na kolana powalała, prawie nic, zero. Odmówić Kasperiemu dobrych solówek nie mogę, bo fakt są one nawet bardzo dobre. Co z tego skoro album można streścić w dwóch kompozycjach Trailblazers oraz Devastator. To nie jest ekstraklasa heavy metalowa, a raczej czwarta liga. Szkoda, bo znany ze współpracy z Beast in Black również artysta Roman Ismailov, zrobił dobrą okładkę. Jestem bardzo rozczarowany, lubię naprawdę heavy metal, lecz ta płyta jest dla mnie bardzo przeciętna, a Martis wielkronie czasem brzmiał mi w uszach jak Brian Johnson z AC/DC. Nie wierzę sam, co słyszę, lecz pierwszy raz jestem rozczarowany albumem, który pochodzi z Finlandii. Jestem fanem hard rocka czy czystego rock’nolla, ale traktuję go jako tzw. przystawkę dla prawdziwego czystego heavy metalu. Tu fuzja tych trzech nurtów dostarczyła płytę, do której nie zamierzam wracać. Z całym oczywiście szacunkiem dla muzycznego kunsztu gitarzysty Kasperiego Heikkinena, ocena w takim przypadku może być jedna, dodając fakt, że, grupa wydała tę płytę po 8-letniej przerwie.

4/10

Behemoth – I Loved You at Your Darkest (2018)

Jednym z najbardziej rozpoznawalnych polskich zespołów metalowych za granicą jest oczywiście Behemoth. Jego frontman Adam ,,Nergal” Darski poprzez swoją charakterystyczną osobowość nie tylko po za, ale również w Polsce jest bardzo znany. Wspominam o tym nie bez powodu, ponieważ obiecałem Joannie, że kiedyś, którymś z albumów Behemotha się zajmę i oto słowa mego dotrzymuję. Dziś podzielę się z Wami swoimi wrażeniami, pierwszymi oraz potem kolejnymi, odnośnie do najnowszego krążka tejże grupy zatytułowanego I Loved You at Your Darkest, wydanego 5 października 2018 roku. Jakie było moje pierwsze wrażenie po wysłuchaniu go w całości? Co się zmieniło od pierwszego przesłuchania? Czy mnie rozczarował? Czy zasłużenie otrzymał Fryderyka w kategorii Metal? Wszystkie odpowiedzi po kolei i na spokojnie. Zaczynamy.

Już samo intro Solve spisuje się dobrze. Zwłaszcza ten dziecięcy chór powtarzający frazę: I shall not forgive! Jesus Christ! I forgive thee not! . Gęsia skórka i napięcie zbudowane po mistrzowsku. Moje uszy aż nie mogą się doczekać!Wolves Ov Siberia to akurat stylistyka znana ze zdecydowanie wczesnych lat funkcjonowania zespołu. Jednak tu następują również zmiany temp, gdzie kolejny riff słychać. Aż utwór Lasy Pomorza mi się trochę przypomniał nostalgicznie.

Początek God = Dog wielu może zbić z tropu. Jak mnie na początku. Kompletnie inne, chociażby brzmienie gitar. Powraca dobrze znany z intra dziecięcy chór. Klimat natomiast jest zbudowany jak dla mnie na przynajmniej trzech doskonale zastosowanych przejściach, jeśli chodzi o samo tempo utworu. Do tego dobra solówka gitarowa Negala. Inną kompletnie sprawą jest mistrzowski tekst i element dzieci, które przez swój wiek są najbardziej podatne na jakiekolwiek manipulacje.

Na Ecclesia Diabolica Catholica występuje znowu kompletnie inny riff otwierający, lecz tu utwór jest prostszy w konstrukcji, a jednocześnie znajduje się na nim jedna z trzech najlepszych gitarowych partii solowych na tym albumie. Nie mówiąc już o fenomenalnym przejściu pod sam koniec na samą gitarę akustyczną, co ma wręcz symboliczne znaczenie.

Otwarcie kompozycji Bartzabel znowu zwiastuje burzę. Tu też pierwszy raz Negal nie growluje, nie deklamuje, a śpiewa, co tak naprawdę pierwszy raz zrobił na debiutanckim krążku, jego drugiego zespołu Me an That Man. Jak na muzyczną inspirację średniowiecznym rytuałem przywołania tytułowego demona, kompozycja jest bardzo wysublimowanie skomponowana.

Na If Crucifixion Was Not Enough jest dużo bardziej transowo niż intensywnie. Dopiero w połowie jeden kamyczek zmienia się w istny głaz. Natomiast owy głaz spada raz, a potem znowu trans. Angelvs XIII jest moim skromnym zdaniem najcięższym utworem na tej płycie. W pojęciu samego albumu to dobrze, lecz puszczony jako samodzielny, wyrwany z kontekstu się nie sprawdza.

Na Sabbath Mater mamy trochę powtórkę jak z Ecclesia Diabolica Catholica chodzi o początek. Tu nie słyszymy tylko Nergala. No i tu znajduje się solówka numer dwa, jeśli chodzi o całą płytę. Havohej Pantocrator otwierający bass wykonany przez Oriona wcześniej na dobrze znanym Blow Your Trumpets Gabriel z poprzedniego albumu grupy The Satanist. Oprócz tego ponownie zmiany temp dają radę. Na Rom 58 znowu trans. Natomiast w ostatniej pełnej kompozycji We Are the Next 1000 Years najbardziej moim uszom spodobała się perkusyjna uczta i pokazania po raz kolejny mistrzowskiego kunsztu Inferna. Jako klimatyczne outro Coagvla też spełniło swoją funkcję.

Tutaj podsumowanie płyty będzie nietypowe. Dlaczego? Dlatego iż kiedy pierwszy raz słuchałem tego albumu, to pomimo iż The Satanist znałem, to i tak doznałem szoku. W sensie myślałem, że pomyliłem zespoły. Potem po oswojeniu się i mylnym, a przez co dość lekko odrzucającym pierwszym wrażeniu, po dokładnie 4 miesiącach przerwy powróciłem do tej płyty. Na chłodno i po mentalnym oraz słuchowym dojrzeniu moje odczucia zmieniły się o 180 stopni. Ten album jest kontynuacją muzycznej drogi, jaką grupa obrała na The Satanist. Co mnie jeszcze bardziej zaintrygowało to fakt, iż Neal, oparł teksty na Biblii, pokazując jej ciemną stronę. Pojęcia albumu kompletnego, dopełnia też okładka płyty autorstwa Nicola Samori. Choć tak jak w przypadku poprzedniej płyty był minimalizm, to tu na ILYAYD postawiono na epickość, co było bardzo dobre. Orkiestrowe aranżacje też zrobiły swoje. Płyta zasłużyła na otrzymanego Fryderyka w 666% procentach. Bo połączenie jazzowych bądź jak wcześniej pisałem transowych wręcz gitar oraz perkusji, ze znanymi z death i black metalu elementami, dodając orkiestrę pod batutą Jana Stokłosy, tworzy kolejne chyba najbardziej epickie i zróżnicowane muzyczne arcydzieło w dorobku zespołu Behemoth. Album nie jest dla każdego, no i aby się nim zachwycić, też warto czasem po pierwszym przesłuchaniu, dać mu drugą szansę. Ja dałem i nie żałuję, nie czując się w żadne sposób rozczarowany tą płytą. Co do nieświętej trójcy płyty to Ecclesia Diabolica Catholica, Bartzabel oraz Havohej Pantocrator. Czekam teraz tylko niecierpliwie na wrześniową trasę po Polsce, aby móc usłyszeć tę płytę w całości jeszcze lepiej niż w wersji studyjnej. Ocenę mogę wystawić w takim przypadku tylko jedną i wiecie jaką. Teraz mogę powiedzieć: Obietnica spełniona Joanno, pozdrawiam serdecznie.

10/10

Amorphis – Qeen of Time (2018)

Znowu Finladia nie zawodzi, zresztą jestem ciekaw czy kiedykolwiek tak się stanie i zespół z tego kraju, będzie dla moich uszu zły. Wspominam o tym, gdyż z tego właśnie kraju, pochodzi zespół Amorphis. Zabawne jest to, że, nie słuchając ich albumów wcześniej, tylko parę utworów, od czasu usłyszenia ich na żywo podczas zeszłorocznej edycji Masters of Rock, nie mogłem przestać o nich myśleć oraz wyrzucić z mojej setlisty. Miłość od pierwszego usłyszenia na żywo po prostu. Dziś podzielę się z Wami na chłodno, swoimi odczuciami, jeśli chodzi o ich najnowszy album Qeen of Time, wydany 16 maja zeszłego roku oczywiście przez Nuclear Blast. Czy mnie rozczarował? Czy okazał się inny lub lepszy od ostatniego Under the Red Cloud? Przekonacie się. Dodam, iż jest to wersja z bonusami.

The Bee , czyli kompozycja otwierająca i będąca jednocześnie jednym z singli promujących płytę jest po prostu świetna. Elektroniczne intro jest dobre, do tego głos kobiecy dobrany idealnie. Mocne gardłowe, a potem growlowe wejście, wraz z odpowiednimi riffami oraz perkusją. Zmiana wokalu na czysty, przy elektronicznych partiach to po prostu magia. Dodajmy fakt, iż wokal Tomiego został wzmocniony gardłowym śpiewem, w wykonaniu pierwszego z gości na albumie, czyli Alberta Kuvezina. Do tego jeszcze kwestia liryczna, no po prostu kompozycja idealna, a na żywo jeszcze lepsza niż na płycie

Na Message in the Amber słychać nawiązania do poprzedniej kompozycji, lecz później rozpoczyna się inna historia. Jest bardzo dobry a do tego nastrojowy jazzowo-progresywny fragment. Deklamacja oraz rozległość od growlu do czystego śpiewu udowadnia z kim mamy do czynienia. Jednym z najzdolniejszych wokalistów. Oprócz tego solowa partia klawiszy wraz z intensywną perkusją. Partie wzmacniające wokal Tomiego też zostały bardzo przemyślanie zaaranżowane. Od męskiego do strike kobiecego.

Początek Daughter of Hate to kościelne organy, lecz potem już wchodzi trochę thrashowy riff. Sam utwór jest dość łagodny do czasu growlu pomieszanego ze scremem od Tomiego. Potem nie wiadomo skąd gościnnie Jørgen Munkeby, gra bajecznie jazzowe solo na saksofonie. Za każdym razem jest to niespodziewany dla mnie muzyczny twist. Do tego te chórki wraz z kolejną deklamacją. Kolejne gitarowe solo, wraz z fińsko języczną narracją wykonaną przez Pekka Kainulainena. Samych zmian temp wraz z nastojem było bardzo wiele.

Pierwsze dźwięki The Golden Elk brzmią znowu intrygująco niby znany kobiety głos, ale w zupełnie innej intonacji. Potem gitary wraz z perkusją robią swoje. Zastanawia mnie, zastosowanie innego, lecz znowu thrashowego riffu jako dominującego. Jednak chwytliwość sprawia, iż, przykuwa on uwagę słuchacza, nawet po wielu odtworzeniach. Potem zmiana tempa na spokojniejsze z doskonałym wejściem partii smyczkowych wraz z odpowiednią perkusją. Smaczkiem oraz kolejnym twistem jest wirtuozerskie solo instrumentu Ud, wykonany przez kolejnego gościa na płycie, czyli Affifa Merheja.

Wrong Direction to kolejny singiel, co zresztą słychać. Czy to źle? No tak i nie. Przez prawie cały utwór mamy do czynienia z czystym śpiewem. Instrumentalnie zrobiło się przeciętnie, jeśli chodzi o wcześniejsze kompozycje, szkoda trochę, potencjał nie do końca wykorzystany.

Heart of the Giant zaczyna się wręcz bardzo zmysłowo-balladowo gitarą. Potem następuje dołączenie pozostałych instrumentów, co sprawia, że się myliłem. Bo to było i jest, orientalne brzmienie po prostu. Wokalnie Tomi zaskoczył mnie fragmentami, gdzie przy pomocy growlu prawie rapował, jak przynajmniej za każdym razem miałem takie wrażenie. Oprócz tego pod sam koniec partie chóru oraz kolejne keybordowe solo, a potem gitarowe, wszystko to z zachowaniem, wcześniej wspomnianego orientalnego brzmienia. Epickim zakończeniem jest fuzja chóru ze wspomnianym wcześniej wokalem Tomiego.


We Accursed zaczyna się folkowo. Kto odpowiada za to? Jeszcze jeden gość tym razem znany przede wszystkim z Eluveite, Christian „Chrigel” Glanzmann. Oprócz folkowego klimatu jest to dla mnie może nie przeciętny, ale dobry utwór. Nie zaprzeczę, iż, wirtuozerskie przejścia perkusji i gitar są ciekawe, oprócz tego znajdzie się też całkiem niezła solówka gitarowa, lecz żeby mnie zachwycić to odrobinę za mało, choć brakowało nie wiele.

Grain of Sand to znowu orientalne otwarcie. Riffy gitar jednak są tu bardziej hardrockowe, przynajmniej dla mnie. Warta uznania jest oczywiście gitarowa solówka. Większe ożywienie czy motoryka ze strony gitar, a przez to całego utworu, następuje bardzo późno jak dla mnie. Lepiej późno niż wcale w sumie.

Ostatnim singlem jest Amongst Stars, gdzie w roli ostatniego gościa albumu występuje holenderska wokalistka Anna Maria van Giersbergen. Muszę przyznać, iż wraz z Tomim we dwoje stworzyli duet idealny. Pomimo iż jest to singiel, zaczarował mnie swoim klimatem. Do tego jeszcze odrobina folku i partii fortepianu oraz bardzo dobre gitarowe solo. Tu dla mnie ma się do czego przyczepić, takie utwory to niech stacje radiowe puszczają, choć wiem, że tak się niestety nie stanie.

W normalnej wersji płyty, ostatni Pyres on the Coast zaczyna się, bez żadnych ,,udziwnień” , co mnie akurat paradoksalnie zdziwiło. Wszystkie instrumenty są utrzymane na odpowiednim poziomie, lecz znowu szału brak, choć tu zaraz wchodzą elektroniczne popisy Kallio, a potem spokojny fortepian, aż wreszcie znowu gitarzysty. Na sam koniec kościelne organy to przysłowiowa wisienka na torcie. Tak jak początek płyty był idealny, tu też jest idealnie.

As Mountains Crumble już na wstępie dostajemy gitarowe solo. Potem Tomi zaczyna śpiewać czysto, balladowo wręcz, do tego ta gitara akustyczna. Zmiana na growl, a potem scream, jest chwilowa. Co ciekawe, jest to dla mnie jedyny utwór, gdzie można usłyszeć aż dwie gitarowe solówki, tylko ta druga jest dłuższa i jazzowa. Potem wkracza keybordzista ze swoim solo. Miłośnicy solówek mają na czym zamiesić uszy.

Brother and Sister to nastrojowe partie fortepianu, wraz z potem dołączonymi partiami instrumentów smyczkowych. Tu akurat gitary są przynajmniej dla mnie tłem. Oczywiście zmienia się to gdy na pożegnanie, dostajemy jednakowo, gitarowe oraz keybordowe solo. Co mnie bardzo cieszy owa kompozycja też, okazuje się również idealnym utworem zamykającym.

Podsumowując. Amorphis to zespół, który udowodnia, że, można połączyć prawie wszystkie nurty metalu. Bardzo rozbudowane partie poszczególnych instrumentów, mam tu na myśli solówki Kallio oraz Holopainena, wraz z perkusją Rechbergera, która je łączyła w całość. Wszechstronny wokal Tomiego też jest istony, gdyż jak dotąd, może jeszcze się to zmieni, kto wie, moje uszy nie spotkały się z tak wybitnym wokalistą, jakim jest, jeszcze kwestia chóru oraz bogata paleta gości na albumie. Dwa twisty muzyczne, których moje uszy się kompletnie nie spodziewały. To wszystko sprawia, iż , określę ten album progresywnym w 100%, oprócz tego przenoszącym słuchacza przez wiele wymiarów doznań. Ja przynajmniej za każdym razem mam takie odczucia. Co ciekawe, zwlekałem z recenzją, gdyż ten krążek, równał się dla mnie z wielokrotnym muzycznym K.O, co akurat również jest komplementem z mojej strony. Dodam jeszcze od siebie, iż od czasu mojej pierwszej styczności z metalem progresywnym, nie miałem okazji słuchać aż tak doskonałego arcydzieła, pod każdym względem. Czy Qeen of Time mnie rozczarował? Wręcz przeciwnie. Totalnie zachwycił. Czy okazał się lepszy od ostatniego albumu Under the Red Cloud? Na pewno okazał się inny. Dla mnie jest to wszechstronny album ubiegłego 2018 roku, w kategorii instrumentalnej oraz progresywnej najlepszy. Wątpię, aby jakakolwiek płyta z 2018 roku, sprawiła, abym po tylu przesłuchaniach, leżał na deskach”, jednak pomimo siniaków, szczęśliwy z uśmiechem na twarzy.

10/10


Rammstein — Rammstein (2019)

2019 rok to wielki powrót niemieckiego zespołu Rammstein, choć wielu w tym i ja uznało, iż, udali się na tzw. muzyczną emeryturę. Po dekadzie przerwy, nie licząc singla My Land z 2011 roku. Wydali 16 maja tego roku album zatytułowany po prostu Rammstein. W sumie w prostocie siła. Dziś podzielę się z Wami, swoimi wrażeniami po wielokrotnym przesłuchaniu tego wydawnictwa. Czy warto było tyle czekać na ich powrót? Przekonajmy się.

Wielkie kontrowersje od zawsze towarzyszyły tej grupie. Nie inaczej było w tym przypadku. Mówię tu o pierwszym utworze Deutschland , który był pierwszym singlem promującym. Od pierwszych nut, wiem, z czym mam do czynienia. Dobrze dopasowane partie elektroniczne, do tego ten riff. Oprócz tego nie da się, nie usłyszeć nawiązania do starego klasyka Rammstaina Du Hast. Jedyne co nie tak w pełni 100 procentowo przekonało to ten wokal w tle, bo Till wypadł fantastycznie. W wersji z klipem ta symbolika tytułu jest oddana bardzo mocno, ową kontrowersją pewnie było powierzenie roli Germanii czarnoskórej, no ale cóż, jakby nie było zamieszania, nie przykułoby to uwagi. Till co do własnego kraju ma bardzo skrajne odczucia, bo raz go kocha, a raz nienawidzi. W całokształcie: muzycznym, lirycznym oraz wizualnym jest mistrzowskie otwarcie płyty.

Drugim singlem jest Radio. Tu też jest wszystko, jak trzeba. Choć elektronika przypomina bardzo krótki romans niemieckiego techno z dup-stemem, jednak chwytliwości brzmienia tej mieszanki sprawia, iż, ów romans był udany. Gitarowe riffy, zmiany temp oraz budowanie napięcia. Jak na razie prostota rządzi. Zeig Dich to znowu inna sprawa. Choć samym cięższym brzmieniem, przypomina mi kilka kompozycji z ich drugiej albumu Sehnsucht, a dokładniej najbardziej Bück dich, to jednak mimo wszystko, podczas słuchania zabrakło mi tzw. ekstazy. Pomimo podkreślenia partii basu, to jednak niepotrzebny chór, sprawił, że, Zeig Dich nie jest w moich uszach kompletny.

Ausländer przez swój dyskotekowy charakter mnie powalił. Do tego to żonglowanie i teatralność wokalu Tilla, to jest to! Nie brak, do tego wpadających w ucho riffów. Chórki dzieci też dodają tzw. smaczku. Do tego klip, który się do tego utworu ukazał, idealnie odzwierciedlił liryczny przekaz kompozycji. Co do utworu Sex, to organowe klawisze, okazały się intrygującym otwarciem. Podkreślony bas oraz motoryka gitar, ciekawostką, o której się dowiedziałem, to iż w nieco innej wersji ten utwór był już na koncertach grany. Nie zdziwiło mnie to w żadnej sposób, gdyż jest on utrzymany na odpowiednim poziomie. Z Puppe mam pewien problem. Przez prawie cały utwór nastrój jest umiejętnie budowany, a potem następuje załamanie, bo wokal Tilla zmienia się w połączenie krzyku oraz jęczenia Till, istna mieszanka wybuchowa.

Was ich Liebe, to kolejny przeciętniak. Bo wszystko, co na nim słyszę, już znam. Jeśli słuchaliście Rammsteina kiedyś, wiecie co, mam na myśli. Diamant jedyna ballada, a do tego najkrótsza kompozycja na płycie. Tu akurat zastosowany minimalizm instrumentalny wraz z odpowiednim wokalem Tilla, zbudował odpowiedni nastrój. Kolejna jak nie najlepsza ballada w dorobku grupy. Weit Weg traci u mnie za elektroniczną perkusję, oprócz tego szału nie ma. Przedostatni Tattoo to znowu jeden z moich ulubieńców, zawiera w sobie dobry ukłon w stronę fanów. Gitary oraz rytm znany z najbardziej chwytliwych utworów debiutu Herzeleid, perkusja to Sehnsucht, mam tu na myśli albumy oczywiście, jednakże Tattoo daje drugie życie tym znanym rozwiązaniom. Tak jak mówiłem o mistrzowskim otwarciu, tak w przypadku Hallomann, nie jest aż, tak dobrze, bo choć riff oraz elektronika dają radę, to nie na tyle, aby zdobyć moje uznanie.

Podsumowując. Płytę Rammstein nie do końca określiłbym jako spójną, lecz podzieloną na dwie części. Eksperymentalną oraz ,,dobrze znaną – Rammstainową”. Do tej pierwszej zaliczyłbym Ausländer, Puppe, Zeig Dich oraz Weit Weg. Do drugiej natomiast resztę kompozycji oprócz Tattoo, o którym, dlaczego jest tak wyjątkowy, wspomniałem wcześniej. Co do eksperymentów i badania przekraczania swoich muzycznych granic, szanuję ich bardzo. Wybierając trzy ulubione utwory, miałem problem, ale chłodny osąd okazał się bardzo pomocny. Na pierwszym miejscu znalazł się Ausländer, drugim Tattoo a na trzecim Deutschland. Czy warto było czekać dziesięć lat na najprawdopodobniej ostatni krążek zespołu Rammstein? Zdecydowanie tak. Jedyne co mnie trochę jednak boli, do zbyt duża ilość tzw. przeciętnych utworów z drugiej części albumu, dlatego mimo szczerych chęci, nie jest to aż tak wybitna płyta, aby zrzucić dwa pierwsze albumy z pocztu opus magnum grupy. Choć w porównaniu do Liebe ist für alle da z 2009 roku, jest bardziej chwytliwy i zapadający w pamięć. Do tego okładka, na której jest jedna zapałka, sprawia, że prostota jest nie raz lepsza od przekombinowanej wizji artystycznej. U mnie owa zapałka rozpaliła płomień, może nie dość pokaźny, ale na tyle spory, aby móc się przy nim dobrze ogrzać. Liczę, że utrzyma się bardzo długo.

8,5/10

Striker -Play to Win (2018)

Od jakiegoś czasu miałem ochotę, na spokojnie przesłuchać pewną kanadyjską grupę, o której wiele dobrego słyszałem. Mam tu na myśli zespół Striker, który został założony w 2007 roku. Dość całkiem niezły dorobek 6 albumów jak na 12 lat. Dziś podzielę się z Wami, swoimi wrażeniami odnośnie do ich najnowszej płyty Play to Win, wydanej 26 października 2018 roku.

Sam początek jest bardzo mocny. Mowa o Heart of Lies, który bardzo trafnie został przez zespół wybrany do roli singla. Tempo riffów gitarowych oraz solówki to doskonała fuzja thrash, oraz speed metalu. Do tego wokal Daniela Clearego, nie zawsze taki oczywisty. Jest ta heavy metalowa energia. Position Of Power zaczyna krótkie elektroniczne intro, potem znowu otrzymujemy to, co wcześniej, czyli kolejną mocną dawkę mocy. Solówka gitarowa w utworze jest naprawdę dobra. Trochę spokojniej, wraz z gitarową solówką, lecz mylącą w dodatku, zaczyna się Head First.

On the Run jest solidną kompozycją. Chórki towarzyszące Danielowi, dają zamierzony efekt. Mam jednak wrażenie, iż, tej energii jest już trochę za mało. Solówki gitarowe się bronią, riffy też niczego sobie, no ale jednak mimo wszystko. Z The Front jest nieco lepiej, choć wokal Dana poszedł tam, gdzie trzeba. Play to Win to powrót do dobrego. Konkretny ładunek mocy, ciekawe podkreślenie basu, pomiędzy wieloma riffami gitar. Krótko mówiąc, opadałem już z sił, a ta kompozycja mnie doładowała. Ze Standing Alone jest już trochę inaczej. Jest to utwór, który jest czymś pomiędzy balladą a pompatycznym hymnem power/heavy metalowym. Wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, iż, momentami powoduje efekt sztuczności, a raczej niepotrzebnego istnienia. Jest po prostu przeciętny sam w sobie. Summoner to znowu to za czym tęskniłem. Mocny thrashowy riff oraz eksplozja mocy. Właściwy jak dla mnie typ wokalu, dobre dwie solówki. Do tego dobre przejścia i zmiany temp. Dwa ostatnie utwory zamykające płytę to ballady. Obie są inne na swój sposób. Jednak jeśli miałbym wybierać, to lepsza okazała się Heavy is the Heart. Drugą zespół mógł sobie po prostu darować, ale szanuję na odwagę.

Podsumowując. Płyta posiada kilka tak zwanych. „petard” w swoim dorobku. Mam tu na myśli Heart of Lies, Position Of Power, Play to Win oraz Summoner. Są one moimi ulubionym, do których będę wracał na 100 procent. Jest też bardzo dobra ballada Heavy is the Heart. Rozumiem, że grupa na płycie odważnie próbowała połączyć power, heavy, speed oraz glam metal. Wyszło tylko ze speed, thrash oraz heavy. Bo jak dla mnie niewypałem okazały się utwory takie jak Standing Alone oraz kończący płytę Hands of Time. Biorąc pod uwagę jednak fakt lekko eksperymentalnego charakteru tej płyty, będę wyrozumiały. Jednak proszę zespół (Striker), nie popełniajcie już więcej takich błędów. Album byłby wręcz dla mnie idealny bez tych trzech kompozycji, jednak jego spójność oraz przebojowość, bardzo go ratuje w moich uszach. Do tego dość intrygująca futurystyczna okładka, przedstawiająca Cerbera, psa strzegącego świata zmarłych w mitologii greckiej, nie mam pojęcia, jaki to ma związek z tekstami, ale sam pomysł bardzo dobry. Czekam z niecierpliwością na Wasze koncerty w Europie, a zwłaszcza w Polsce lub Czechach. Jak dla mnie wszystkie składowe skłaniają mnie ku jednak bardzo przychylnej ocenie, pomimo tych trzech ,,niewypałów”

8,5/10

Kings Destroy – Fantasma Nera (2019)

Drugi raz Stany Zjednoczone, znowu zespół z Nowego Yorku. Moje ostatnia styczność skończyła się rozczarowaniem. Jednak nie generalizując, znowu z czystej ciekawości, przesłuchałem najnowszy album grupy Kings Destroy zatytułowany Fantasma Nerra, wydany 8 marca tego roku przez Svart Records. Czy zespół mnie zaskoczył bądź rozczarował? Tym bardziej że to ponoć eksperymentalny doom metal. Nie wiem czego się spodziewać, a o dziwo lubię taki stan. Nigdy ich nie słuchałem, zawsze musi być ten pierwszy raz. Czy okazał się udany? Przekonajmy się!

Początek powiedziałbym utrzymany w klimacie blusowo – pustynnym, choć tu mam na myśli brzmienie lekko podchodzące pod stoner metal, mam tu na myśli riffy gitar. Wokal też dość nietypowy, dużo przejść perkusyjnych. Chór wzmacniający wokal nawet tam wrzucili. Tytułowy Fantasma Nerra brzmi już inaczej. Początek jest psychodeliczny, tak jak powinien. Te pustynne riffy oraz breaki są coraz ciekawsze. Do tego aż trzy solówki lekko heavy metalowe? Jest lepiej niż, się spodziewałem. Tylko ten wokal. Intrygujący,

Bardziej przytłaczające są już kolejno Unmake It oraz Dead Before. Riffy gitar, break downy, solówki, a zwłaszcza wokal to podkreśla. Yonkers Ceiling Collapse daje trochę wytchnienia i dodaje odrobinę dynamiki. Początek Seven Billion Drones jest dla mnie dziwny, gdyż jeśli jest to riff gitarowy to jak dotąd najdziwniejszy z jakim miałem do czynienia, brzmiał mi mocno latami sześciedziesiątymi . Ciekawe też są też partie wirtuozerskie. Sam koniec płyty, w postaci You’re the Puppet, Bleed Down the Sun oraz Stormy Times dostajemy dożylnie potrójną dawkę psychodelii.

Podsumowując. Niejednokrotne przesłuchanie tej płyty było dla mnie bardzo specyficznym doświadczeniem, co nie znaczy, iż złym. Odmienność brzmień również. Mam wrażenie, że, przeszłość i przyszłość spotkały się w jednym miejscu. Mam tu na myśli mocną inspirację Black Sabbath (w sumie swego rodzaju pioniera doomu) oraz dźwięk gitar z lat sześćdziesiątych. Poczułem się jak hipis, w zależności co wziąłem. Oczywiście żartuję. Nie bierzcie tego całkiem serio. Płyta jest spójna, przekaz bardzo głęboki. Jednak pomimo melancholijnego wydźwięku, wokalista jest osobą, która jak dobry przyjaciel dodaje otuchy podczas przeżywania cięższych chwil w życiu. Właśnie takim ,,przyjacielem” będzie Stephen Murphy. Dzięki tej płycie doznacie oczyszczenia ze wszystkich swoich problemów. Odczujecie Je, a potem Je pokonacie. Album polecam w ciemno, gdyż mnie zachwycił pod każdym względem. Jak dla mnie jest to mocny kandydat do najlepszej doomowej płyty tego roku w moim odczuciu.

10/10

KAT & Roman Kostrzewski – Popiór (2019)

Historia zespołu Kat&Roman Kostrzewski z powodu samej nazwy daje do zrozumienia, że, został on stworzony na podwalinach jednej z największych legend polskiego thrash metalu w Polsce, co samo w sobie jest smutne. Czemu o tym wspominam? Ponieważ ostatnio, dokładnie 1 marca tego roku, sami wydali, już drugi swój album zatytułowany Popiór. Pomijając już okoliczności, w jakich został stworzony oraz co, stało się, przed ogłoszeniem trasy promującej, to teraz owa sytuacja zespołu jest tragedio komiczna. Jakiego są moje wrażenia po wielokrotnym przesłuchaniu tego albumu? Czy w jakimś stopniu ów krążek jest lepszy od debiutanckiego? Czy nawiązuje do macierzystego zespołu KAT, przed odejściem Romana Kostrzewskiego? Czy muzyka oraz liryki były warte czekania ośmiu lat? Czy będę chciał do nie wracać? Jeśli jesteście ich ciekawi oraz odpowiedzi na te pytania z mojej strony, chętnie się z Wami nimi podzielę, udzielając wyczerpujących odpowiedzi.

Utwór otwierający Łossod nie jest zły, gdyż można usłyszeć wirtuozerskie popisy na gitarze akustycznej, a wszystko zachowane w mistyczno-klimatycznej otoczce. Ośle to trochę inna historia. Bardzo szybkie rozpoczęcie heavy/hard riffem. Potem zmiana tempa. Solówka gitarowa, bez szału, ale też nie jest źle. Tarło i jego gitarowy początek jest zupełnie inny, bardziej popisowy. Solówka gitarowa warta uznania, nie powiem, że nie. Breakdowny z drugim bardzo dobrym solo w tle-mistrzostwo świata. Serio. Mdłości znowu doskonałe i nastrojowe intro. Potem się rozkręcił i to na dobre. Dobre i riffy i znowu kolejna godna uwagi solówka, no i powrót do spokojnych i wolnych fragmentów. Potem znowu kolejne dobre solo i ten riff prowadzący no i tajemnicze zakończenie. Baba zakonna to najbardziej energetyczny numer na całym krążku jak dla mnie, do tego przekaz jest najbardziej antyreligijny. Potem zwolnione breakdowny z blastami. Bardzo dobra solówka. Potem znowu energia oraz moc. Jest dobrze. Tytułowy Popiór to bardzo dobra ballada. Z odpowiednio zachowanym klimatem. Zakończona takim też gitarowym solo. Głowy w dół spuszczone to kolejna petarda. Wisienką jest nie tyle dobre solo, ile bardzo wyrazisty bas. Ostatnia kompozycja Dali na Mszę to trzeci potężny cios. Blasty z breakdownami proszę bardzo. Potem następuje zwolnienie jednak. Jednak potem powrót i bardzo dobre solo. Riffy w tle jednak tej mocy nie odbierają. Czy sprawdził się jako utwór zamykający? Tak i nie, kwestia względna. Jest dobry, ale czegoś zabrakło.

Mam bardzo mieszane odczucia nawet po dziesięciokrotnym przesłuchaniu tego krążka, rozłożonym bardzo w czasie. Najpierw byłem nastawiony jak pies do jeża. Potem ogarniała mnie jednak pozytywna euforia jako fana KAT-a z Romanem, gdyż jednak jego specyficzny wokal oraz liryki zapadają w pamięć. Jednakże po ochłonięciu ze skrajności, doceniając, bądź co bądź fakt wydania płyty, to mam nieodparte wrażenie, że, Roman to nagrał, bo bał się oraz czuł może presję fanów? Nie mam pojęcia. Dla mnie ta przerwa ośmiu lat była zbyt długa i już! Jeśli chodzi o bycie lepszym od debiutanckiego albumu Czarno-Biała, szczerze to przy pierwszym wydawnictwie wielokrotnie ruszałem głową do rytmu oraz miałem ochotę pójść w pogo, przy tym albumie czegoś takiego nie miałem, w przypadku Czarno-Białej zawsze! O czymś to świadczy prawda? Nawiązania do przekazu starego KAT-a z Romkiem, nic się nie zmieniło przekaz taki sam, co jest akurat malutkim światełkiem w dość długiej drodze z ciemnego tunelu. Muzycznie? Heh. Niby próby są, lecz jednak niepodejmowane z całkowitym sukcesem. Bez obrazy dla Krzysztofa „Pistolet” Pisteloka oraz Jacka Hiro, czy zastępującego już Irka Lotha, Jacka Nowaka. Dla Mnie idealny KAT, to skład z czasów Ich ostatniego, dla mnie albumu Szydercze Zwierciadło z 1997 roku. Gdyż do tego czasu liryki oraz wokal Romana, partie gitarowe w wykonaniu Piotra Luczyka, bas Krzysztofa Oseta to skład idealny, choć nie nagrał wszystkich płyt KAT-a, ale mam pewność, że, brzmiałyby tak, jak zostały nagrane, bo dwoma mózgami byli Roman i Piotr. Czyli pod tym względem jako fan jestem mocno nienasycony, może nie tanią, lecz podróbką przez którą, nie wyjdę z ,,owego tunelu” będąc w połowie drogi już przy debiucie, lecz przy albumie Popiór, ta droga nie uległa skróceniu, zwłaszcza jeśli chodzi o czas oczekiwania, wręcz powiedziałbym, iż, uległa drobnemu wydłużeniu. Czy warto było czekać? Osoba niebędąca wiernym fanem KAT-a z Romanem do nagranej płyty z 1997 roku, pewnie nie zauważy większej różnicy, tym bardziej niż zacznie przygodę z twórczością pana Kostrzewskiego od czasu zespołu Kat&Roman Kostrzewski, to już tym bardziej. Inni zatwardziali fani zapewne będą też zachwyceni, iż, ,,mistrz” Kostrzewski coś wydał z muzykami pod szyldem Kat&Roman Kostrzewski, choć z pierwotnej grupy został tylko on, więc powinno się to nazywać Kostrzewski Band, nazywając rzeczy po imieniu. Ja odpowiem, iż Nie. Jeśli chodzi o powroty, to do debiutu wróciłem w sumie raz po 3 latach, a potem kolejny tuż po wydaniu następcy i czwarty przed recenzją, raczej więc nie planuję. Do samego KAT-a wracam ciągle co parę miesięcy, więc jest to spora różnica. No ale cenę, to sobie zespół zaśpiewał sobie, zdecydowanie za dużą, w porównaniu do debiutu. Biorąc aż tak, wiele czynników pod uwagę, nie miałem ułatwionego zadania, lecz nie będę strasznie surowy, bo w sumie nie o to chodzi, to mam osobisty apel do pana Romana i Piotra, aby stworzyli zespoły sygnowane swoimi nazwiskami, bo to oszczędzi żenującej już sytuacji, w której legenda KAT-a dla mnie umiera! Moja ocena całościowa jest jedna i nie zmienna, pokreślę, iż byłaby, diametralnie inna, gdyby dwa albumy, Biało-Czana i Popiór, były sygnowane Roman Kostrzewski, a nie próbami stworzenia KAT-a na nowo, z innymi muzykami. Jestem ciekaw waszych odczuć, reakcji, licząc a rzeczową oraz kulturalną dyskusję pod Waszymi komentarzami. Gdyż jak wspomniałem kiedyś, każdy ma prawo do własnego zdania, moje jest jedno, jak i ocena.

5/10

U.D.O – Steelfacktory (2018)

Dziś sięgam po najnowszy album, kolejnej ikony niemieckiego heavy metalu. Mam tu na myśli zespół założony przez Udo Dirkschneidera, znany jako U.D.O. Ich najnowszy album Steelfactory wydany 31 sierpnia 2018 roku przez wytwórnię AFM, polecony mi przez Beatę oraz Mirka, na długi czas mną całkowicie zawładną. Zrobiłem sobie od niego krótką przerwę, aby mieć czysty ogląd w kwestii tego krążka. Jakie są moje wrażenia? Jeśli chcecie się tego dowiedzieć, serdecznie zapraszam.

Otwierający płytę Tongue Reaper nie daje taryfy ulgowej. Potężne wejście gitar, wraz ze specyficznym wokalem Uda. Energiczne riffy wraz z dobrymi przejściami, a chórki wspierające frontmana w odpowiednich momentach zrobiły swoje. Make the Move przenosi nas w sumie do tytułowej fabryki, bo rytm występujący w utworze, można właśnie porównać do linii produkcyjnej. Sam przekaz jest jasny i konkretny, jeśli chcesz być bad boyem a przede wszystkim sobą, to heavy metal wraz z wiarą w siebie, to wszystko, czego Ci trzeba. Oprócz tego dobre chwytliwe riffy, wraz z kilkoma wirtuozerskimi wstawkami.

Na Keeper of My Soul nie wiem czemu, ale po samych gitarach słychać bliskowschodnie dźwięki. Ten wątek bardzo rozwinął skrzydła, jeśli chodzi znowu o kwestie gitar, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. W przypadku In the Heat of the Night mam wrażenie, że, jest odrobinę spokojniejszy, dający chwilę wytchnienia. Nie jestem pewien, czy cały czas w roli głównego wokalisty występuje Udo, ale czysty śpiew to istny majsertsztyk.

No dobra przerwa obiadowa była, czas znowu do pracy. Bo takie wrażenie odniosłem po usłyszeniu Raise the Game oraz trochę Blood on Fire . Serio. Nie jest to zarzut, przy takich rytmach to normę z ochotą się robi, przynajmniej w moim przypadku. Rising High jak dla mnie brzmi całkowicie rock’n’rollowo i hard rockowo. Na Hungry and Angry znowu wraca motyw fabryki.

One Heart One Soul jedna z najlepszych, jeśli chodzi o samo przesłanie utworów, na tej płycie. Jako jeden z dwóch singli, spełniła swoją funkcję wyśmienicie. Trzy partie solowe gitar? Proszę bardzo. Symboliczny głos większej ilości ludzi, aby bardziej oddać sens kompozycji? Proszę bardzo. Do tego jeszcze genialny klip. Czego chcieć więcej. No tak przepraszam, na sam koniec konkretne dłuższe solo gitarowe.

Po A Bite of Evil jestem lekko rozczarowany. Jest mniej dynamiczny, mniejsza czy jest o wilkołakach, czy nie. Po upływie czasu, jak dla mnie odstaje, odrobinę lekko od reszty, choć doceniam podkreślenia gitary basowej. Eraser to znowu inna sprawa. Dynamika i energia robią jednak swoje. Do tego dobre riffy, do tego druga jak dla mnie partia solowa na płycie. Rose in the Desert nie jest zła. Niezłe zmiany temp, jednak to nie to. Niby ballada a nią nie jest. Natomiast The Way ową balladą jest i do tego bardzo dobrą. Oprócz tego na niej znajduje się solówka numer trzy, jeśli chodzi o cały krążek. Jeśli chodzi o tzw. zamknięcie albumu, utwór wybrany bardzo dobrze.

Sam album faktycznie zabrał mnie do tytułowej fabryki. Kipiącej heavy metalową oraz rock’n’rollową mocą, oraz dynamiką ( Make the Move , Raise the Game, Blood on Fire, Hungry and Angry , Eraser ). Jednak nie przebywałem w niej cały czas, gdyż były momenty refleksji (Keeper of My Soul, One Heart One Soul, The Way) . Muzycznie nie da się nie usłyszeć wirtuozerskiego wręcz podejścia do gitary elektrycznej, co jest akurat dla mnie sporym atutem. Spójność płyty jest dla mnie dyskusyjna, choć jak dla mnie, nie kłóci się, z różnorodnością niektórych kompozycji. Jeśli miałbym podać trzy utwory, do których najchętniej wracam, są to: Make the Move , Raise the Game (ex aequo), Eraser oraz One Heart One Soul. Korzystając z okazji, mieliście rację, Beato oraz Mirku, ten album w kategorii heavy metal, całkowicie jest wart przesłuchania, w moim nie jednego. W lutym tego roku miałem okazję zobaczyć U.D.O pierwszy raz na żywo, czego też nie żałuję, bo warto było. Czekam na wasze kolejne propozycje, serdecznie pozdrawiając. Chętnie też poznam zdanie, innych, ja biorąc pewne drobne mankamenty pod uwagę oraz ochłonięcie z emocji, tak czy inaczej, ocenę wystawię prawie idealną.

9,5/10

Children of Bodom – Haxed 2019

Wiadomość o wydaniu przez Children of Bodom dziesiątego albumu, zelektryzowała mnie do szpiku kości. Jestem ich fanem, choć po wydaniu Are You Dead Yet?, stracili nieco werwy. Tym bardziej jestem ciekaw ich najnowszego dzieła Haxed, wydanego 8 marca tego roku. Czy wrócili po latach, w dobrym stylu? Czy znowu albumem mocno przeciętnym? Zobaczymy.

This Road to jest konkretny początek. Dynamika jak trzeba, no i znowu przypomniał mi się ten dźwięk ostrzonej kosy. Dobra solówka Alexa, połączona z blastami. Jeszcze ten keybord. Under Grass And Clover z racji tego, iż też był singlem, swoją funkcję spełnił dobrze. Choć sam numer ratują dobre solówki. Gitary oraz keyborda. Serio.

No i tu rozpoczynają się pretensje z mojej strony. Dlaczego Glass Houses nie został singlem, Ja się k…. pytam? Moim skromnym zdaniem to najlepsza kompozycja na tym albumie. Keybord przywołuje na myśl Follow the Reapier, gitary Hate Crew Deathroll oraz Are You Dead Yet?. Natomiast intro Hecate’s Nightmare przywołuje trochę klimat rodem z opuszczonego wesołego miasteczka. Zresztą samo lyric viedo nawiązuje do symbolu, jakim dla Children of Bodom jest żniwiarz. Muzycznie jest przyzwoicie, choć szału ni ma, tym bardziej, jeśli chodzi o Alexa i jego solówkę, nie jest ona najlepszą na tym krążku.

Początek Kick in a Spleen to ewidentne nawiązanie do utworu Are You Dead Yet. Czy to zarzut? Nie, wręcz przeciwnie. Dodali coś od siebie jak, chociażby kolejną świetną solówkę keybordów, jak i breakdown. Kolejna dobra solówka gitar. Tak kolejna dobra kompozycja to Platitudes And Barren Words, która została singlem. Tylko tym razem jest chwytliwe i na odpowiednim poziomie.

W tytułowym Hexed pożądany efekt daje wzmocniony wokal Alexa, samo brzmienie jest trochę bardziej agresywne, przejścia klawiszy inne, co nie znaczy gorsze. Znowu kolejne solówki gitar i klawiszy. Ciekawa jest końcówka, która przypomniała mi klimat, jaki niosła za sobą kompozycja Downfall, z drugiego albumu Children of Bodom zatytułowanego Hatebreeder. No dobrze, było miło, ale też bez przesady. Relapse (The Nature of My Crime) uważam za numer przeciętny, bo mnie nie powalił. Tak samo jest z Say Never Look Back. Jeśli chodzi o, Soon Departed jest nieco lepiej, bo breakdown oraz wolniejsze tempo robi swoje. Nawet lepiej jest z zamykającym album Knuckleduster, zmiany temp oraz towarzyszące im klawisze, sprawiają, że jest to doskonałe zamknięcie płyty.

Podsumowując to wszystko, chodzi mi po głowie jedno. Powiem szczerze, nie spodziewałem się tak pozytywnego obrotu sprawy. Children of Bodom zaprezentowali mi, jak i jeszcze innym starszym fanom, bardzo sentymentalną podróż w przeszłość, z nowymi akcentami, dającymi nowe życie. Nowi fani, nieznający takich płyt jak Hatebreeder, Follow The Reapier, Hate Crew Deathroll oraz Are You Dead Yet? Mają doskonałą okazję, aby nadrobić muzyczne zaległości. Wreszcie po wielu latach wydawania albumów, powiedziałbym nijakich lub przecietnych ( dobrych, ale bez ochoty powracania do nich z mojej skromnej strony), mamy do czynienia z przebojowym wydawnictwem. Nowe solówki zarówno gitarowe, jak i keybordowe są o niebo lepsze, niż na poprzednich krążkach, są chwytliwe i zapadające w pamięć, jak być powinno. Nie jest to, może album bez wad, ze względu na dwie mocno przeciętne kompozycje (Relapse (The Nature of My Crime) oraz Say Never Look Back), ale żaden jeszcze taki nie był, poza tym nie są one też aż tak fatalne. Dla mnie jest to powrót to doskonałej formy, śmiało mogę stwierdzić, że, Haxed jest bardzo dobrym dziesiątym albumem, w dorobku Children of Bodom, co zresztą słychać i czuć (headbanging oraz pogo czy deathwall mam na myśli). Osobiście nie mogę doczekać się ich koncertu na tegorocznym Masters of Rock, licząc, że, zawitają też do Polski, będzie ogień. Tym którzy jeszcze nie mieli okazji przesłuchać, serdecznie polecam. Może jest to stwierdzenie lekko na wyrost, ale to moje zdanie. Ten album to jeden z niewielu, który oprócz oczywiście Follow the Reapier i nie tylko, zasługuje na miano swego rodzaju opus magnum Children of Bodom. Dziesiąty album okazał się przysłowiowym strzałem w dziesiątkę jak dla mnie.

10/10