Kategorie
Bez kategorii

Crystal Skull – Ancient Tales (2020)

Szukając czegoś z gatunku heavy/power, natknąłem się na włoski zespół Crystal Skull. Okazuje się on tworem jednej osoby, dokładnie Claudio Livery znanego jako ,,The Reaper”. Dokładnie 17 czerwca 2020 roku za pomocą Undergraund Symphony, Crystal Skull wydał swój debiutancki album, zatytułowany Ancient Tales. Cóż, zatem słuchawki na uszy. Nie oczekując niczego, usłyszę jak się spisał się ten Claudio Livera. Zaczynamy.

The Book jest krótkim interem , z dość dobrą deklamacją autora, lecz potem tempo się zmienia, dzięki dynamiczniejszym riffom i gwałtowniejszym partiom perkusji. Na samym końcu z deklaracją: ,,We are Crystal Skull”. Jako otwarcie dobry, choć bez rewelacji. Land Of The Dead jest dynamiczny od samego początku. Dobrym patentem są nagrane tzw. wokale wspierające. Wokal główny jest dobry, bo nieprzekombinowany. Choć w pewnych momentach jego angielszczyzna mogłaby być wyraźniejsza. Jeśli chodzi o gitary? Jak dla mnie bardzo dobre. Solówka też niczego sobie. Jest lepiej, niż się spodziewałem.

Stormaxe, to trochę inne riffy, dalej z powiewem energii. Nie wiem czemu tutaj wokale (główny jak i wspierający) są odrobinę słabsze. Sam utwór jest już też trochę mniej przebojowy. Mimo to solówka wspierana blastami zła nie jest. Tzw. ,,góry” jeśli chodzi o wokal, Claudio mógłby mieć lepsze. Wstęp do Crystal Legions, jest wolniejszy, ale tylko przez moment. Wokal poprawiony, a riffy też w miarę. Dobrze obrany kierunek.

Początek Tears Of The Night, jest istną petardą! Wreszcie ochota na headbanging wraca! Przebojowość wraca na odpowiednie tory. Riff prowadzący jest bardzo dobry. Perkusja też. Jest to jeden z najlepszych utworów z płyty jak na razie. Do tego na sam koniec Claudio dorzuca dobre solówki. Jest coraz lepiej Crystal Skull. The Eyes podtrzymuje tempo. Jest jak dotąd jedynym singlem z tej płyty. W sumie jako taki nie jest zły. Tu wokale są najlepiej zrobione. Wszystko jest poukładane i bez mankamentów. Choć tu mam do czynienia z najlepszą solówką z płyty! Na równi z Tears Of The Night, The Eyes staje się moim ulubionym utworem z tego albumu.

Die By My Axe, ma krótki, lecz treściwy wstęp gitarowy. Pomimo średniego tempa riffy przeplatające się, umiejętnie zapowiadają burzę. Tak owa słusznie nastąpiła! Jednak jej rozmiar, mnie odrobinkę rozczarował, ale nie jest źle. Zastrzyk energii bowiem dostałem, oprócz tego tu, też jest dobra solówka. Kompozycja mimo lekkiego zawodu jest dobra, ale nie genialna. The Last King miał być chyba w pierwotnym zamierzeniu balladą? Najwidoczniej plany ulegają zmianą, albo The Reapier postanowił poeksperymentować. Gdyż wyszedł faktycznie klimatyczny utwór, z partiami akustycznymi, ale jednak z partiami, które raczej balladom nie towarzyszą. Z drugą solówką gitarową na płycie, to fakt, ale jest to utwór pół na pół. Choć tzw. chwytliwości odmówić mu nie można. Dobry jak dla mnie na singiel nr. 2. Zamykający album Lake Of Dreams jest równie klimatyczny, choć ma więcej cech ballady. Jest też zdecydowanie wolniejszy i spokojniejszy, ma też refleksyjniejsze teksty. Jednak w ostateczności owa ballada jest dobra, jedynym drobiazgiem, który sprawia, że nie jest genialna, to wokal.

Debiutancki Ancient Tales, jak dla mnie jak na power/heavy metal, nie jest zły. Nie jest na pewno prekursorki, to fakt, ale już wolę, proste i sprawdzone patenty, niż kombinowanie na siłę. Choć co do efektów, jakie przyniósł utwór The Last King, to mam dość mieszane opinie. Niepodważalnym faktem, jest, że został stworzony przez jedną osobę. Inwencji twórczej jeśli chodzi o riffy, chociażby, odmówić Claudio nie można. Znalazły się też trzy kompozycje, warte wielokrotnego odsłuchu. Dokładniej Tears Of The Night, The Eyes oraz Die By My Axe. Jedynym utworem, którego wymazanie nie zaszkodziłoby płycie jest Stormaxe, to tak na marginesie. Sama płyta Ancient Tales, na chwilę obecną jest dla mnie mocnym kandydatem na godny uwagi album 2020 roku, jeśli chodzi o nurt power/heavy.

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Circle of Ouroborus – Viimeinen juoksu (2020)

Drugi raz w tym roku sięgam po szeroko rozumiany black metal z Finlandii. Tym razem, padło na nieznany mi wcześniej zespół Circle of Ouroborus. Przeglądając ich dyskografię, mogę stwierdzić, że owy duet muzyków nie próżnuje. Wydany bowiem 12 lutego album Viimeinen juoksu, jest ich osiemnastym albumem studyjnym. Czy okaże się na tyle dobry, aby do niego wracać? Zobaczymy.

Otwierający Yö Kestää, niczym szczególnym mnie nie zachwycił. Typowe blackowe riffy. Dziwne otwarcie. Bardzo słabe otwarcie. Bardziej melancholijny jest już Alaston Tietoisuus. Tu też wreszcie słychać wokal. Fragmenty mówione nie są złe, lecz mocno przeciętne. Dość dobre gitary, przerwane są wolniejszym przejściem, pełnym blasów. Choć sama solówka gitarowa w tle do najgorszych nie należy. Mimo to dalej , ,,czegoś” mi brakuje.

Irti można określić mianem dynamiczniejszej kompozycji. Słucha się jej trochę lepiej, ale jednak tu dalej poziom nie jest odpowiednio wysoki. Fakt jest to bardziej już atmospheric black. Na razie utwór najlepszy z całej płyty. Podobnie jest z Varjonhauta, choć tu pojawia się ciekawy dla mnie riff. Potem pojawia się melancholijna cześć złożona z riffów. Lecz tylko tyle. Valmiina Virtaan jest dla mnie kontynuacją poprzedniej kompozycji. Nawet solówka gitarowa nie ratuje tego utworu! Auringon Portti rozpoczyna się intensywną perkusją. Tu akurat wokal też nie zwala z nóg. Gitarowo również mnie rozczarował. Choć po solówce jest trochę lepiej. Raunioita Ja Oksanlehviä też powiela znany mi schemat. Może ostatni Viimeinen Juoksu jakoś ten zespół obroni? Gdzie tam. Tylko solówka jest dobra. Choć sama kompozycja jest mocno przygnębiająca.

Zatem. Dwóch Finów z Circle of Ouroborus, jak dla mnie dało ciała. Chociażby za mocno inspirując się black metalem z lat dziewiędziesiątych, nie dodając przy tym, nic od siebie, a przynajmniej nic ciekawego. Jedynym utworem, zasłującym na powtórną uwagę, jest tutaj Alaston Tietoisuus. Jak na rok 2020 w moich uszach ,ten album jest kandydatem do najgorszego albumu blackmetalowego z 2020 roku. Choć sama okładka nie zapowiada tragedii. Tak muzyka to już inna sprawa …

3/10

Kategorie
Bez kategorii

Behemoth – Demigod (2004)

Polski zespół Behemoth pomimo pozorów i krytyki części środowiska black metalowego, posiada wiele oblicz. Udowadnia to od samego początku swojego funkcjonowania i odwagi do eksperymentowania. Dzisiaj po wielu latach przerwy ponownie sięgnę po jeden z najbardziej znanych albumów tego zespołu, czyli „Demigod” wydany 11 października 2004 roku. Ja swój pierwszy kontakt z tym krążkiem miałem pomiędzy 2006, a 2007 rokiem, więc trochę czasu od tego momentu minęło. Czy po latach odbiór tego albumu przeze mnie jest wciąż taki sam? Aby się o tym przekonać, trzeba ten krążek przesłuchać kilkukrotnie.

Otwierający płytę „Sculpting the Throne Ov Seth” poprzez gitarę akustyczną w dalszym ciągu wprowadza intrygujący klimat oraz umiejętnie buduje napięcie. Jeśli chodzi o partie perkusyjne grane przez Inferno, jak dla mnie, bardziej pasują do death metalu. Podwójne stopy,
blasty, etc. Pasują do tego riffy gitarowe, dodające trochę orientalnej egzotyki. Problemem nadal jest jednak dla mnie growl Nergala. Dlaczego? Z jednej strony trzeba się bardziej skupić na tekście, więc słowa będą zrozumiałe tylko dla tych, którzy go przeczytają. Stąd mam, jeśli chodzi o jego wokal, mieszane odczucia. Natomiast solówka gitarowa trzyma poziom w równym stopniu co kiedyś.

W tytułowym „Demigod” instrumenty dęte, rozpoczynające utwór, nadal mi się podobają. Tekst jest pełen symboliki. Na samym końcu wpadająca w ucho solówka. „Conquer All” jako kompozycja nie bierze jeńców! Tu
akurat blasty na początku i riff, były i są nadal dla mnie jednymi z najlepszych na tej płycie. Oprócz tego genialna solówka gitarowa na sam koniec, mistrzostwo samo w sobie! Może przez komercyjny charakter utworu tak go odbieram? Bynajmniej, jest to dla mnie epicki kawałek.

„The Nephilim Rising” charakteryzuje większa ilość przejść corowych oraz nieco breakdownów. Deklamacja w tle robi wrażenie, nie zaprzeczę, choć tu pod sam koniec sytuację ratuje niezła solówka oraz partie akustyczne. „Towards Babylon” jakoś nadal wpada jednym uchem, a wypada drugim.

Podobnie jest z „Before the Æons Came”. Oprócz tekstu opartego na dziele Algernona Charlesa Swinburnea, którego dzięki tej płycie poznałem i dalszej porcji ,,intensywności” nie znajduję, niczego co by mnie rozłożyło na przysłowiowe łopatki. Tak samo jest z „Mysterium Coniunctionis (Hermanubis)”, chociaż tutaj solówka „próbuje” urozmaicić utwór. Może na „Xul” trochę lepiej słychać te gitary. Pod koniec kawałka mogę nawet rzec, że bardzo dobrze.

Kolejny singiel, czyli „Slaves Shall Serve”. Za każdym razem robi na mnie ogromne wrażenie! Tekst utworu zaintrygował nawet jednego z gospodarzy programów typu talk-show o imieniu Kuba. Zresztą sam często podczas tego kawałka krzyczę:,, Slaves shall serve!
Slaves shall serve! Slaves shall fucking serve!’’
. Epickim zakończeniem jak dla mnie jest dający odrobinę wytchnienia „The Reign Ov Shemsu-Hor”. Po przysłowiowej ciszy następuje burza! Dla miłośników perkusji kompozycja jest istnym bogactwem dźwięków, czystym, synkopowanym szaleństwem! Tym bardziej dla tych, którzy chcą się uczyć od najlepszych, mam tu na myśli oczywiście Inferno. Wcześniej kawałek był przeze mnie niedoceniany, a teraz ląduje na mojej playliście.

Na podsumowanie, dla mnie album „Demigod” tworzy absolutną całość. Chociaż ma słabsze strony, którymi są :„Towards Babylon”, „Before the Æons Came”, „Mysterium Coniunctionis (Hermanubis)” oraz „XUL”. Może dlatego, że wiedziałem, z czym mam do czynienia? Kiedyś intensywność tych kompozycji, zwłaszcza jeśli chodzi o perkusję i riffy, „zwaliła mnie z nóg”. Najwidoczniej Nergal chciał udowodnić, że da się ciężej i szybciej. To mu się udało. Poza tym był to pierwszy krążek zagrany w składzie, w którym zespół tworzy do dzisiaj. Do tego płyta zawiera tzw. koncertowe dodatki jak „Conquer All” oraz „Slaves Shall Serve”. Znalazłem też na nim, po latach, nowego ulubieńca, czyli „The Reign Ov Shemsu-Hor”. Ogólnie rzecz biorąc, album nadal jest dobry, w szczególności dla spragnionych bardziej deathowego oblicza tej kapeli. Tym, którzy jednak nie znają „Demigod”, polecam go serdecznie. Pomimo drobnych niedoskonałości, jak dla mnie nawet po kilkuletniej przerwie, materiał wart jest tego, aby do niego wracać. Chętnie też poznam zdanie moich przyjaciół, Kingi i Mateusza, wiernych fanów Behemotha na temat tego albumu.

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Romuvos – The Baltic Crusade (2020)

Duchy przeszłości powracają! Mam tu na myśli litewską grupę Ramuvos, którą miałem okazję poznać na jak dotąd jedynej, dokładnie siedemnastej edycji festiwalu KILKIM ŽAIBU. Wtedy też kupiłem ich płyty. Zepół 6 czerwca 2020 roku wydał swój trzeci krążek zatytułowany „The Baltic Crusade”. Z racji tego, iż po dłuższej przerwie od wszelakiego folku, którego miałem aż nadto, postanowiłem właśnie powrócić z recenzją kapeli folk – metalowej. Zaczynamy więc! Czy album okaże się lepszy od poprzednich? No cóż… posłucham i ocenię.

Otwierający singiel „Saule 1236” rozpoczyna się bardzo bojową deklamacją. Odpowiednio dobrane instrumentarium folkowe, zwłaszcza nykleharpha w rękach Bendora. Potem przy perkusji dramla w tle. Bas słychać wyraźnie, na sam koniec bardzo dobra solówka gitarowa. Wokal Velniasa też nie do podrobienia! Jest moc i udany powrót do korzeni! Obudziliście we mnie ducha lasu. „Memel 1257” to kolejna epicka kompozycja, która jest jednocześnie przewidująca, ale mimo wszystko bojowy nastrój został podtrzymany, zwłaszcza przez partie akustyczne. Potem wchodzą gitary i mocna perkusja. Jeśli chodzi o wokal to przyznam, że wersja anglojęzyczna, tych, którzy nie znają Romuvos, może zdezorientować. Kolejna dobra solówka, na koniec wchodzą bębny wraz z magicznymi fletami. Istna bajka!

„Skuodas 1259” to trzecia z bitew. Ten utwór jest trochę bardziej dynamiczny, może przez Bagpipe oraz Jaw harpe, za które odpowiedzialny jest Bendor. Wsłuchany w kawałek, nawet nie zauważamkiedy się kończy! „Durbe 1260” zaczyna się trochę bardziej intensywnie, choć sama forma tekstu to opowieść, a nie hymn. W tym utworze riffy  podobają mi się zdecydowanie bardziej.

Na „Pokarwis 1261” przy szumie wody, flety od samego początku utrzymują odpowiedni klimat. Do tego jeszcze śpiew wojów, mam tu na myśli wokal Velniasa. Po raz kolejny solówka gitarowa pozytywnie zaskakuje. Tytułowy „The Baltic Crusade”, jeśli chodzi o tekst, pokazuje jego symboliczne znaczenie. Muzycznie dalej jest epicko. Znowu Jaw harpa robi swoje. 

Podczas utworu „Lubawa 1263” bardziej popadam w zadumę niż w bojowy nastrój. Akurat to nie jest złe, czasami dobrze jest poczuć w muzyce oddech minionych wieków i zagłębić się w nie całym sobą. „Karuse 1270” jest utworem z tych dynamiczniejszych. Bardzo dobrze się składa, bo zaczynało brakować mi energii. Zamykająca płytę kompozycja „Aizkraukle 1279” to epicka pieśń. Zwłaszcza refren jest łatwy do zapamiętania: ,,Hail for the warriors that arose!/ Hail for the spirits heaven burns/ Hail for the gods and/ hail for those That long time is lost -Again and- We hail for the skies that lay above/ Hail for the heathen horses rode/ Hail for the blessing Perkunas That will call our hearts!’’. Jeszcze do tego znowu to folkowe instrumentarium na koniec. Lepiej być nie mogło!

Na podsumowanie powiem tak – Litewski Romuvos, wykazał się większą motoryką niż na poprzednich płytach. Część utworów to typowe opowieści jak „Durbe 1260”, „The Baltic Crusade” oraz „Pokarwis 1261”. Reszta to istne, bitewne, skoczne hymny. Ta różnorodność, myślę, że w przypadku tego krążka jest ważna, gdyż „The Baltic Crusade” to album koncepcyjny, opowiadający o czasach ostatnich krucjat. Ofiarami były ludy zamieszkujące tereny Wielkiego Księstwa Litewskiego, a ich głównym oprawcą Krzyżacy, czyli Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie. Co ciekawe, w 1385 roku Królestwo Polskie stanęło po stronie ludów litewskich. Tak czy inaczej, ten okres został doskonale odwzorowany, zarówno przez teksty jak i muzykę. Czy ten album jest lepszy od poprzednich? Jest zdecydowanie udoskonalony! Jeśli chodzi o szeroko rozumiany w moim mniemaniu folk – pagan metal to na chwilę obecną płyta „The Baltic Crusade” jest mocnym kandydatem na tytuł płyty 2020 roku w tej kategorii!

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

All Meridians – Blood Sun Shadow (2020)

Ponownie Stany Zjednoczone. Tym razem określająca się mianem kapeli post metalowej, zupełnie nieznana mi grupa All Meridians, która 19 czerwca 2020 roku wydała swój debiutancki album „Blood Sun Shadow”. Krocząc w nieznane, co de facto uwielbiam, ciekaw jestem tego co mają do zaoferowania. Czeka mnie zachwyt czy rozczarowanie? Przekonajmy się!

Rozpoczynające krążek „Elegy for the Living” to lekkie, dzięki dobrym stemplom, psychodeliczne intro. „Monuments” charakteryzuje się  zwolnionym  tempem, więc doomowych wpływów tu nie zabraknie. Wokal natomiast nie powala na kolana, jest przeciętny. Riffy są mi już znane, choć skład może pochwalić się też nowymi rozwiązaniami. Na sam koniec dostaję techniczne popisy utrzymujące klimat. Oprócz słabego wokalu reszta wyszła pięknie.

Na „Terminus” słyszymy wyraźny riff prowadzący, zmieniają się tylko przejścia. Wokal nadal utrzymuje się na średnim poziomie. W dalszej części kawałka partie perkusyjne trochę się rozkręcają, a solówka gitarowa całkiem ładnie trzepie. Całość jakoś się trzyma. W „Lijden” minimalistyczna gitara podtrzymuje nastrój kompozycji, dlatego jest warta docenienia. „Agents” rozpoczyna się mocnym wejściem. Gitary brzmią inaczej choć nadal „chwytliwe”. Pojawia się intensywność. Wokal natomiast jest zdecydowanie lepszy. „Cosmic Shrines” charakteryzuje wolniejsze tempo. Jednak zmiana następuje szybciej. Rozumiejąc już zamysł co do tej płyty, przyznam, że wokal w tym, konkretnym kawałku jest dopracowany. Do tego bardzo dobra solówka. Nie jest źle, coraz lepiej bym powiedział.

Krótkim przerywnikiem okazuje się „El Transparente”. Użyto w nim fortepianu, który zbudował nastrój, co dało ciekawy efekt końcowy. Zamykający „Opposing Energies” to klawiszowy akcent na samym początku, po czym następuje swoisty spokój. Następnie mamy zmianę tempa i intensywność, którą już znamy. Wokal jest bardziej ekspresyjny, co daje dobry rezultat. Jednak co do całokształtu kompozycji mam pewne wątpliwości.

Zatem czy „Blood Sun Shadow” mnie zachwycił? Niekoniecznie. Czy rozczarował? Też nie. Raczej zaskoczył. Wprowadził w stan emocjonalnego rozluźnienia, pomimo pewnych mankamentów wokalu w niektórych kompozycjach. Nie doświadczyłem tutaj intensywnego transu, raczej lekkiego relaksu. Co ciekawe, dwie kompozycje obroniły się jako samodzielne, dotyczy to utworów „Agens” oraz „Cosmic Shrines”. Jak na debiut? Nieźle. Naprawdę. Wiadomo, album nie na każdą chwilę, ale wart przesłuchania. Do tego dobra okładka.

Koretka: Sylwia Prekurat

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Turmion Kätilöt – Global Warning (2020)

Tym razem, jeśli chodzi o recenzję, na tapecie niezbyt znana kapela z Finlandii, wykonująca idrustial metal, mianowicie Turmion Kätilöt. Zespół 17 kwietnia bieżącego roku wydał dziewiąty już album zatytułowany „Global Warning”. Mogą zatem poszczycić się sporą ilością materiału na swoim koncie. Czy ,,nowa fala” industrial metalu mnie zachwyci? Zobaczymy.

Otwierający płytę „Naitu” od samego początku jest przesiąknięty elektroniką. Problem tkwi w tym, że to nie jest nic nowego ani odkrywczego. Fiński wokal z pewnością brzmi ciekawie. Jednak oprócz perkusji, gitar praktycznie nie słychać. Jak dla mnie początek fatalny. Na „Kyntövuohi” jest trochę lepiej. Wreszcie słychać gitary. Scream miesza się z wokalem wspierającym, choć fiński rap jest dziwnym doświadczeniem słuchowym. Przejścia są bardziej wyraźne – więcej blastów. Wszystko razem daje ciekawe połączenie, utwór wydaje się bardziej „przebojowy”. „Sylkekää Siihen” można by rzec… jest bardziej „chwytliwy”, lecz  rozwiązania te słyszeliśmy już w poprzednich kawałkach. Wpada w ucho i wypada równie szybko. 

„Viha Ja Rakkaus” jest trochę wolniejszą kompozycją z mniejszą ilością elektroniki, co akurat mnie cieszy. Daje to pewnego rodzaju odpoczynek. Sam utwór nie jest też zbytnio skomplikowany. Jednak w pamięci nie zapada. „Turvasana” jest bardziej energiczny. Melodia jakby znana, ale do handbangingu może być. Na tym temat się wyczerpuje. Ponownie szybko wpada w ucho i wypada. 

Niczym specjalnym nie jest też „Kuoleman Juuret”. Poza bardziej rozbudowanymi partiami keybordu, niczego więcej nie usłyszałem i nie doświadczyłem. „Syvissä Vesissä” to tylko inne stemple, ale identyczna melodia jak w poprzednich kompozycjach. „Sano Kun Riittää” daje trochę wytchnienia, ale nie na długo. Niestety, bez szału i jakichkolwiek zmian. Na „Jumalauta” od początku mamy do czynienia z tym samym, poza stemplami. Czyli znowu pójście na łatwiznę! Jak dla mnie to nie najlepiej świadczy o tej grupie.

Może reszta? Czyli „Revi Minut Auki”, „Syntisten Laulu”, „Ikävä” oraz „Mosquito Á La Carte (To Be Contiuned 5)”liczyłem tutaj na jakiś zwrot akcji, ale się k…. przeliczyłem, chociaż zamykający „Mosquito Á La Carte (To Be Contiuned 5)” okazał się odrobinę lepszy od pierwszej kompozycji na tym albumie.

„Global Warning” to płyta bardziej dyskotekowa niż do posłuchania. W przeciwieństwie do chociażby lubianego przeze mnie niemieckiego zespołu Rammstein, tu wszystko grane jest na jedno kopyto. Poza wymianą stempli, niczego nowego nie usłyszałem. Tylko tyle! Brak jakikolwiek solówek gitarowych. Złych lub dobrych. Keybord jest statyczny, bez wyraźnych zmian tempa. Nic kompletnie. Totalna muzyczna nuda. Niestety, kiedyś musi być ten pierwszy raz kiedy to fińska płyta okazuje się totalnym rozczarowaniem. Padło na dziewiąty album grupy Turmion Kätilöt. Porażka na całej linii. Z pewnością znajdą się zadowoleni amatorzy tego albumu. Ja pierwszy raz słuchałem i więcej nie mam zamiaru! Dno totalne! Mocny kandydat na najgorszy album tego roku. Pewnie jakbym jakimś cudem, był w jakimś klubie z muzyką elektroniczną, pod mocnym wpływem alkoholu, to może zdanie miałbym inne, ale dopiero wtedy. Chętnie też poznam Wasze opinie.

Korekta: Sylwia Prekurat

2/10

Kategorie
Bez kategorii

Odraza – Rzeczom (2020)

Po wielu sugestiach znajomych oraz własnej ciekawości, jak wiecie, postanowiłem wrócić na rodzimy rynek muzyczny, do znanej mi już krakowskiej, blackowej kapeli Odraza, która wydała 8 maja 2020 roku swój drugi album zatytułowany „Rzeczom” dzięki Godz Ov War Productions. Bez nastawiania się specjalnie na wielki „sztos” z chęcią przesłucham nowy materiał po sześcioletniej przerwie składu. Zaczynamy!

„Schadenfreude” pomimo niepozornego wstępu, od razu serwuje to co lubię – intensywność, ale z polotem. Perkusja nie zatrzymuje się aż do momentu gdy słychać dzwonki oraz dość kojący, lecz budujący napięcie bas. Gitary brzmią trochę podobnie jak w utworach Nihila z
Furii. Wokal kopie tu jak trzeba. To rozumiem! Istne zniszczenie. Do tego te bębny! Tak się gra black w 2020 roku!

Jeśli chodzi o utwór „Rzeczom” to tu możemy złapać oddech, chociaż późniejszy riff wydaje się znajomy – może kojarzyć się z norweskim metalem. Potem wchodzi bas i dynamiczne przejście! Wokal wsparty drugim jest odpowiednio mroczny – dostarcza mi całej sinusoidy emocji, które chcę z siebie wyrzucić! Genialne jest to, że cała płyta nie zwalnia ani na moment!

„W godzinie wilka” jest integralną częścią wcześniejszych kompozycji. Na początku kawałek dozuje emocje, w kolejnej części jest bardziej dynamiczny niż w poprzednich utworach. Do tego w sposób bardziej
chwytliwy. Headbanging odruchowo obowiązkowy! Potem tempo znowu trochę zwalnia przy okazji popisów perkusisty. Jak dla mnie?Mistrzostwo! Taki trochę polski Hellhammer.
„…twoją rzecz też” zaczyna się melancholijnie. Następnie słyszymy jakby zabawy instrumentalne rodem z debiutu System of a Down. Właśnie ta płyta przyszła mi na myśl. Jednak jest, to jak najbardziej zasłużony komplement bowiem dodaje temu krążkowi elementów wirtuozerskich.
Wokal natomiast przywodzi na myśl mroczny cyrk niczym z horroru, co wszystko razem jest bardzo efektowne.

„Na Długa 24” słyszymy genialną deklamację, do tego czysty wokal. Co ciekawe sposób deklamacji brzmi bardzo znajomo, w stylu „sir. Maleńczuka”. „Świt opowiadaczy” to już znana nam intensywność wraz z chwytliwym riffem. Potem wraca deklamacja, jakby głos starca, do tego łagodne, transowe brzmienie gitary. „Młot na małe miasta” to znowu mocne wejście z kolejną porcją genialnych riffów. Do tego nienaganny wokal. Co tu dużo pisać, świetny singiel!

„Najkrótsza z wieczności” ma jak dla mnie najlepszy tekst na tej płycie. Marszówka przy deklamacji okazuje się dobrym rozwiązaniem. Azur wykonał tu jedną z najlepszych solówek gitarowych. Drugą, genialną zagrał Bempo, która spokojnie buduje napięcie w całym utworze. Kompozycja „Ja nie stąd” jest doskonałym, instrumentalnym zwieńczeniem całego albumu w sposób epicki!

Podsumowując, krakowska Odraza jak dla mnie powraca w całej klasie! Szczerze? Mgła przy niej przestała dla mnie istnieć. Na chwilę obecną „Rzeczom” jest mocnym kandydatem do tytułu najlepszej black – metalowej płyty 2020 roku. Czemu? Całościowo album nie ma słabych stron. Jest perfekcyjnie spójny i nie jestem w stanie wskazać kompozycji, która nie obroniłaby się jako samodzielna. Zastanawiam się sam kiedy teraz zrecenzuję coś z blacku, bo przez Odrazę nie będzie to łatwe. Jedynie składanka „Apostoł” kapeli Czort jest poważną konkurencją dla tego krążka! Choć może się to zmienić, kto wie? Na chwilę obecną to właśnie Odraza ponownie „odrażająco” mnie zaczarowała, tyle w temacie!

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Firewind – Firewind (2020)

Poszukując czegoś z nurtu heavy i power metalu, natknąłem się na grecki Firewind. Ucieszył mnie fakt, iż zespół wydał swój dziewiąty album 15 maja 2020 roku zatytułowany po prostu „Firewind”. Wydawcą krążka jest AFM Records. Czy okaże się godnym kandydatem na album tego roku w swoim gatunku? Przekonać można się tylko w jeden sposób, oczywiście odsłuchując go!

Otwierający „Welcome to the Empire” zaczyna się  dosyć łagodnie, od gitarowych popisów Gusa,  trochę w neoklasycznym stylu, jednak bardzo nastrojowym. Później jest bardziej hardrockowo – chodzi o przejścia perkusyjne. Natomiast wokal Herbiego nie powala, wręcz dezorientuje słuchacza. Jak dla mnie średnio, pomimo dobrego riffu oraz solówki. Z „Devour” jest znacznie lepiej, bardziej heavy metalowo. Odpowiednia dynamika, wokal Gusa jest „na swoim miejscu”, obowiązkowa solówka i  umiejętnie w nią wpleciona perkusja.

Początek „Rising Fire” jest nietypowy. Elektronika połączona z elementami corowymi? No cóż… Można? Pewnie, że tak. Na szczęście w dalszej części mamy czysty heavy. Do tego z nie byle jaką solówką, a raczej dwoma…trzema? Nie! Aż czterema! Jednak jeśli chodzi o tzw. „przebojowość” to jednak „Devour” na chwilę obecną jest lepszy, zostawiając „Rising Fire” nieco z tyłu. „Break Away” stopniowo wprowadza klimat, który znam z Beast in Black. Natomiast będąc ,,podekscytowanym” i czekając na przysłowiowy ogień, dostaję k…. w twarz! Mam tu na myśli zupełnie niespodziewane przejścia, do tego jeszcze z przekształconym wokalem w tle. Nie oszczędzono mi tu rozczarowań, bo utwór okazał się tak naprawdę nijaki. Pomimo wokalu wspierającego oraz solówek, dynamika jednak jest zbyt mała. Także tu kapela „dała d…”.

No! Wreszcie, k…. ! „Orbitual Sunrise” ratuje sytuacje. Tu od samego początku do końca jest to, co lubię! Dynamika, czysty wokal w stylu Roba z Judas Priest z domieszką barwy Yannisa z Beast in Black, swoją drogą ich rodaka. Lepiej późno niż wcale. Wreszcie uruchomił mi się Headbanging! „Longing to Know You” to miała być z założenia ballada przez duże „B”. Nie można kompozycji odmówić nastroju, wokal Herbiego „chwyta za serducho”, jednak ciężko do końca określić ten kawałek jako balladę. Poruszył mnie, ale nie wzruszył, a to są dwa, trochę różne stany. Mimo wszystko.

„Perfect Stranger”  jest dosyć energetyczny. Słychać w nim sporo blastów w połączeniu z dobrym riffem. Jednak czegoś mu brakuje. Niewiele, a jednak. Z „Overdrive” mam identycznie, choć tu są wreszcie jakieś partie keybordu. Natomiast początek „All My Life” przypomina fragment utworu Sabaton „White Death”. Riff jest krótszy, ale śmiało, można powiedzieć, że niemalże identyczny. Pomimo tego wpada w ucho właśnie z powodu owych podobieństw. Pozostałe riffy też są bardzo dobre. Wszystkiego dopełniają jednak solówki. Wreszcie! „Space Cowboy” to kolejny, genialny popis umiejętności Gusa. Szkoda, że tzw. efekt ,,wow” psują lekko przekombinowane przejścia. Po ch….. było tak kombinować? Nie wyszło to dobre. Oj nie.

Zamykający „Kill the Pain” jest technicznym mistrzostwem, również bardzo energetycznym. Jednak jeśli chodzi o głos, akurat w tym utworze wokalista nie dotrzymał kroku instrumentom. Czemu tak się stało? Nie wiem.  Płyta kończy się mocnym akcentem, aczkolwiek
w przypadku „Kill the Pain” znowu z niedosytem.

Podsumowując, powiem tak… „miotaczem ognia” ten album zdecydowanie nie jest. Pomimo ogromnej pracy, jaką Gus włożył, w napisanie partii gitarowych to z pozostałymi zgrał się dobrze tylko w dwóch kawałkach. Mam tu na myśli „Orbitual Sunrise” oraz „All My Life”. W większości kompozycji z akcentem na prawie dobrze” było, to co pisał. Nie wiem, czy wszystko Gus tworzył sam, czy w porozumieniu z resztą zespołu? Dla mnie „Firewind” jest tylko momentami mocny i żywiołowy, ale zdecydowanie za mało było „huraganu”, a za dużo „zefirku”. Czuję się lekko rozczarowany. Nie tego oczekiwałem po tym krążku. Zdecydowanie ten krążek nie będzie mocnym kandydatem na płytę heavy/power z 2020 roku.

Korekta: Sylwia Prekurat

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Ulcerate – Stare Into Death And Be Still (2020)

Dzisiaj odkrywam przed wami kolejny kraj. Jest to po raz pierwszy Nowa Zelandia. Tak, nie przesłyszeliście się. Zespół nazywa się Ulcerate i właśnie wydał swój szósty album po czteroletniej przerwie zatytułowany „Stare Into Death And Be  Still”, dokładnie 24 kwietnia 2020 roku przez Demebur Mori Productions. Nie wiem czego się spodziewać. Słyszałem już kiedyś tą kapelę, ale to było dawno temu. Także… nie mogę się doczekać, aby ten krążek przesłuchać.

„The Lifeless Advance” zaczyna się progresywnym riffem, wraz z prostymi, ale obfitującymi w blasty garami. Potem jednak następuje istna,
perkusyjna nawałnica. Wokalista sprawnie operuje głębokim growlem, idealnym do death metalu. Zmiany tempa są dobre. Intensywność jest tu zrównoważona. Jednym słowem wpada w ucho. Do tego jeszcze te blackowe naleciałości. Dla mnie mistrzostwo! „Exhale the Ash” rozpoczyna dobry riff. Tu też jest intensywnie. Pałkarz niewątpliwie może pochwalić się dużymi umiejętnościami. Bo tu „bębny” są po prostu z……..! Riffy natomiast chwytliwe i nietuzinkowe! Nie ma się do czego przyczepić. Kolejny ulubieniec do mojej set-listy.

Natomiast „Stare into Death and Be Still” brzmi już inaczej. Początek to wolniejsze tempo, aczkolwiek w podobnym nastroju. Słychać więcej progresji. Czy to dobrze? Jak dla mnie? Owszem. Nie ma monotonii. Ja się przynajmniej nie nudzę! Tu też gitarzysta pokazuje, na co go stać! Ja się pytam gdzie wy – Ulcerate – byliście wcześniej? Genialny breakdown ze szczyptą intensywności, ale innymi bitami perkusyjnymi. Uderzenie w każdy talerz jest precyzyjne, w punkt. Doskonale słychać ten instrument. Mistrzostwo!

„There is No Horizon” od początku jakby wynurza się lekko z otchłani, co genialnie obrazuje stopniowana perkusja wraz z riffami, które znowu są delikatnie blackowe. To jedna z najbardziej nastrojowych kompozycji na płycie. „Inversion” to kolejna porcja instrumentalnych popisów technicznych jak na death metal przystało. Zabrakło tu jednak tego czegoś, dlatego jest to jak na razie najsłabsze ogniwo krążka.

Na „Visceral Ends” powraca mrok, poprzez doskonałe, gitarowe intro. Płyta ponownie obiera właściwy kurs. Spokój i tajemniczość, pewnego rodzaju stan uśpienia, aby później zaskoczyć nas dawką energii. Znowu jest epicko! Do tego ten genialny riff w tle! „Drawn Into the Next Void” jest oczywistą kontynuacją poprzedniego utworu. Akurat to mnie cieszy. Jednak tutaj brzmienie jest zdecydowanie cięższe! Same breakdowny to pokazują. Na końcu dopiero następuje znaczne zwolnienie tempa.

Ostatni „Dissolved Orders” ma krótki „stempel” wraz z dobrze dobranym gitarowym wstępem. W tej kompozycji mrok utrzymany jest do samego końca. Utwór sprawdził się też jako singiel. Ciekawy riff w tle wraz z perkusją nadały kawałkowi odpowiedni klimat.

„Stare Into Death and Be Still” jest na chwilę obecną najlepszym deathowym albumem 2020 roku, z jakim się spotkałem. Piszę to z pełną odpowiedzialnością, a miałem już okazję odsłuchać kilku płyt, z tym że na „pseudo” death metal szkoda mi czasu. Może kiedyś podejmę się recenzji któregoś z nich. Jednak wracając do Nowo Zelandczyków z Ucerate – Panowie chylę czoła! Słuchając waszych poprzednich dokonań muzycznych, nie jestem pewien, czy jest to wasz najlepszy album, ale z gatunku technical death metalu zdecydowanie tak. Jedyną, słabszą kompozycją na nim jest „Inversion”. Reszta to utwory, które jako samodzielne, doskonale się bronią. Płyta więc ogólnie jest spójna, a okładka z……..!!!

Korekta: Sylwia Prekurat

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Sirenia – At Sixes And Sevens (2002)

Uwielbiam gdy, dla takich fanów jak ja zespół świetnie prosperuje pomimo decyzji osoby zakładającej pierwotnie tą samą grupę. Wszystko zmienia się mniej więcej co dwie płyty. Pomijając fakt, że sam wcześniej został wyrzucony z innej kapeli, mowa w tym przypadku o Tristanii. Dla jasności mówię tu o Mortenie Velandzie i jego składzie, który znany jest pod nazwą Sirenia. Dzisiaj powrócę, do tego co kiedyś bardzo mi się podobało, tzn. szeroko rozumianego gothic metalu i debiutanckiego albumu tej jednoosobowej formacji, zatytułowanego „At Sixes And Sevens” wydanego 21 maja 2002 roku. Czy sama płyta straciła na swoim uroku? Czy może jednak z upływem czasu zyskała na jakości? No i na koniec zadamy sobie pytanie, czy fakt, iż jej autor miał ją przygotowaną dla swojego byłego zespołu, a wykorzystał jako debiut innej, można uznać za niewłaściwe? Przekonamy się jedynie, słuchając więcej niż jeden raz, prawda?

Otwierający płytę „Meridian” ukazuje dość spory zakres różnorodnych inspiracji muzycznych. Klawiszowe i smyczkowe partie wraz z operowym śpiewem dobrze utrzymują napięcie, jednak charakterystyczny scream, wraz z breakami oraz partiami perkusji można podciągnąć pod lekko deathowy. Jeśli chodzi o, „Sister Nightfall” to od samego początku pojawia się w nim charakterystyczny riff grany na gitarze akustycznej. Tu też pojawia się duet Fabienne oraz Jana Kennetha Barkveda. Potem robi się trochę blackowo przez scream Mortena.

Trzeci „On The Wane”  to bardziej klimat gotycki. Wokalnie jest dosyć ciekawie. Więcej na nim słychać Fabienne, a szept Jana to faktyczne mistrzostwo, choć wisienką na torcie jest solówka na skrzypcach. Na „In A Manica” słychać po raz pierwszy dwóch wokalistów – Jana jak również Kristiana. W tej kompozycji jest też więcej elektroniki, typowego keybordu. Tytułowy „At Sixes And Sevens” ma znakomity akustyczno – skrzypcowy wstęp wraz z wokalem Fabienne na czele, który w dalszym ciągu mnie zachwyca. 

Paradoksalnie, po upływie lat pozostałe kompozycje z tej płyty, zwłaszcza po uważnym przesłuchaniu pierwszych sześciu, niczym mnie ponownie nie zaskoczyły. Czy to źle? W pewnym sensie tak, bo jednak większość z nas, oczekuje po jakimś czasie na odkrycie czegoś nowego w znanych już kawałkach. No, ale cóż…bywa. Tak czy inaczej. Debiut „At Sixes And Sevens” z 2002 roku, mogę śmiało określić mianem średniego. Jako całość nie stracił swojego, unikatowego klimatu. Trochę gotyku, odrobinę doomu no i deathu. Słychać więc na nim muzyczne poszukiwania Mortena. Z upływem czasu jednak stał się bardziej przewidywalny, aż za bardzo. W tym aspekcie jest nieco gorzej. 

Czy to dobrze, że Morten wykorzystał stworzony przez siebie materiał pod szyldem zespołu Sirenia? Moim zdaniem tak. Natomiast sposób, w jaki nim potem zarządzał, nie kryjąc się z tym, to inna historia. Zastanawia mnie tylko jedno… Dlaczego nie poszedł w karierę solową skoro muzyków, z wokalistami włącznie, wykorzystywał jedynie do występów na żywo? Tak czy inaczej, w tamtym czasie „At Sixes And Sevens” był bardzo dobry. Obecnie jest tylko przyzwoity, choć nadal różnorodny.

Korekta: Sylwia Prekurat

6/10