Kategorie
Bez kategorii

Dragonforce – Extreme Power Metal (2019)

Ostatnio moją uwagę ponownie przykuł brytyjski Dragonforce. W okrągłe dwadzieścia lat od czasu rozpoczęcia swojej działalności wydali 27 sierpnia 2019 roku wydany przez Metal Blade Records, swój ósmy album zatytułowany bardzo odważnie, Extreme Power Metal. Czy okaże się faktycznie tak ekstremalny, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu jak sugeruje tytuł? Czy może będzie nad odwrót? Chętnie się przekonam oraz udzielę odpowiedzi.

Już od samego początku zespół nie próżnuje. Mam tu na myśli singiel otwierający Highway to Oblivion. Szybkie elektroniczne wprowadzenie, no i od razu hiper prędkość gitar połączona ze zgranymi partiami perkusji. Do tego nie tylko jeden główny wokal, a aż sześć biorąc pod uwagę cały krążek to dość sporo. Co do bogactwa riffów nie mam wątpliwości od heavy po thrash metalowe. Nawet w jedynym, wolniejszym a chwytliwym The Last Dragonborn, który trochę mi przypomina fragment ścieżki dźwiękowej z tej najstarszej wersji filmu Karade Kid. Natomiast zamykający płytę cover najsłynniejszej ballady autorstwa Celine Dion z filmu Titanic wyprowadził mnie mocno z równowagi, a potem tylko bawił. Potraktowałem go jako ciekawostkę, bo poważnie nie potrafię.

Dragonforce zaaplikował mi solidną dawkę energii, we wszystkich utworach z płyty, no może poza ostatnim. Podobno power metal jest gatunkiem uodpornionym na radykalne impulsy. Czy aby na pewno? Każdy bowiem, kto kiedykolwiek omdlewał, dyszał lub zesztywniał z podniecenia po usłyszeniu zwrotnych solówek oraz mknących jak błyskawica rymów, znajdzie to coś dla siebie. W moim przypadku jednak tego wszystkiego, czyli zawrotnej prędkości gitar połączonej z perkusją, było za dużo. Wokal Marca spisywał się świetnie, jednak na tej płycie ewidentnie zespół poszedł o krok za daleko. Tak więc w Extreme Power Metal jest dla mnie za dużo speed metalu, pomijając fakt, iż okładka jest rodem z jakiejś gry komputerowej, co wyjaśnia pikslowe brzmienie klawiszy w wielu utworach. Spójność albumu jest również nie do podważenia, bo jest zbyt przewidywana, lecz sprawia, iż, nie mam ulubionej kompozycji, która wyróżniałaby się czymś wybitnym. Album nie jest zły, ale zbyt intensywny oraz szybki, co chociażby po czterech pierwszych utworach, psuje bardzo dobre pierwsze wrażenie, jeśli o mnie chodzi, zwłaszcza aby do niego wracać. Na pewno nie. Zamiast naprawdę ekstremalnego power metalu, zespół stworzył kit-piksel-speed power metal.

Korekta Paulina Wawrzusiak

5/10

Kategorie
Bez kategorii

Tides of Nebula – From Voodoo to Zen (2019)

Ostatnio wiele polskich zespołów zwróciło moją uwagę. Dziś jest nie inaczej. Dawno bowiem nic progresywnego nie słuchałem, posiadającego do tego wiele rockowych elementów. Dlatego sięgnąłem po najnowszy album warszawskiego Tides from Nebula, wydany 20 września 2019 roku przez Mistic Producions, zatytułowany From Vodooo to Zen. Sam nie wiem czego się spodziewać, gdyż bardzo dawno Tides from Nebula nie słuchałem. Sam jestem ciekaw czy od 2013 roku, kiedy miałem z nimi ostatni muzyczny kontakt, czy dokonali postępów. Zobaczymy.

Otwierający płytę Ghost Horses, zaczyna się bardzo tajemniczo, budując jednocześnie napięcie. Ten fakt jest akurat na plus, natomiast inną sprawą jest, iż, to oczekiwanie wydłuża się w nieskończoność, powodując u mnie irytację. Do tego brak wokalu jest bardzo rozczarowujący. Inną sprawą jest kwestia instrumentalna. Zastosowanie specyficznego riffu gitarowego, lekko przytłumionej, rodem trochę z lat 60/70 tych jest innowacyjnym rozwiązaniem, niepozostającym bez echa z mojej strony.

Na drugim The New Delta tego gitarowego brzmienia jest więcej, a do tego efekt ogólny jest taki, iż więcej tu noisu, który może sprawiać wrażenie odgłosów, zbliżonych do wycia wilków. Oczywiście odpowiednio dobrane partie perkusyjne nadają odpowiednie tempo owej kompozycji, dochodzi też dużo elektroniki. Lecz jakoś wpada i wypada mi to jednym uchem.

Dopamine też jest od samego początku elektroniczna, lecz wreszcie bardziej dynamiczna dzięki dobrym, nieudziwnionym riffom oraz partiom perkusyjnym. Jest odrobinę lepiej, do tego gustowne krótkie gitarowe solo. Oprócz tego sama elektroniczna końcówka przypomniała mi kilka utworów niemieckiej grupy Rammstein. Tytułowej dopaminy jednak nie doświadczyłem.

Czwarty Radionoize jest znowu spokojniejszy, bardziej ambientowy. Nawet kumulujące się riffy gitarowe oraz partie perkusyjne tego spokoju nie burzą. Lecz jak dla mnie jest zbyt pasywne. Pomimo braku monotonii ze strony instrumentalnej. Nie moja bajka. Tytułowy From Voodoo to Zen jest kolejnym spokojnym utworem, jedyne co może przykuć uwagę to dziwne przejścia perkusji, do tego jeszcze partie orkiestrowe. Dziwna kombinacja. W Nothing to Fear and Nothing to Doubt tylko fragment dynamiczniejszych riffów gitarowych jest coś wart. Zamykający krążek Eve White, Eve Black,Jane niczym się znowu nie wyróżnia, czego we wcześniejszych utworach nie usłyszałem. No może poza fortepianem. Samo w sobie zamknięcie jest dobre, bo nie odbiega od konwencji płyty, ale na mnie szczególnego wrażenia nie zrobiło.

Krótko mówiąc. Cała płyta jest dla mnie dużym rozczarowaniem. Po pierwsze brak jakiegokolwiek wokalu. Zróżnicowanie instrumentalno-elektroniczne może i jest, ale utwory, jak dla mnie zbyt ciągną się w nieskończoność, w tym przypadku to nie jest komplement. Tak naprawdę, jak raz na trzy lub cztery miesiące, najdzie mnie ochota na posłuchanie spokojniejszej, zupełnie delikatniejszej, bo bardziej rockowej muzyki, to ta płyta zupełnie do mnie nie przemawia. Zapewne musiałbym nałykać się jakiś dziwnych substancji psychoaktywnych, aby poczuć klimat From Vodooo to Zen. Znacznie lepszy poziom prezentuje polski Riverside czy popularny amerykański Dream Theater, a znajdą się w dyskografiach tych zespołów albumy bardziej rockowe czy strike instrumentalne. Tak jak lubię progresywne brzmienia, to krążek From Vodooo to Zen jest najgorszym, z tych które było mi dane przesłuchać w tym roku, choć po cichu chciałem zostać pozytywnie zaskoczonym. Niestety nie udało się warszawskiemu Tides of Nebula tego dokonać. Nawet mój znajomy Szymek, który lubi właśnie tego typu muzykę, był również rozczarowany. Widać czy bardziej słychać, że nawet polskim artystom, zdarza się nie zawsze wydawać udane płyty, wtedy jak w tym konkretnym przypadku, co jest to dla mnie dodatkowo bolesne.

Korekta Paulina Wawrzusiak

2/10

Kategorie
Bez kategorii

Crystal Viper – Tales of Fire and Ice (2019)

Polski Crystal Viper z Martą Gabriel, na wokalu i gitarze, wydał swój najnowszy album zatytułowany Tales of Fire and Ice nakładem niemieckiej wytwórni AFM Records 22 listopada 2019 roku. Mniejsza o celowy, bądź też nie, zabieg marketingowy zespołu. Umiejętnie wrzucono bardzo kiczowatą wersję okładki, którą potem zamieniono na właściwą. Brawo, skutecznie przykuło to uwagę publiczności przed premierą tego krążka. Sam byłem bardzo sceptycznie nastawiony jeśli chodzi o jego muzyczną zawartość. Mają tym bardziej w głowie ich album z 2017 roku, na którego temat, wypowiedziałem się już na łamach tego blogu. Ciekawych zapraszam do zapoznania się. Tak czy inaczej, czy album Tales of Fire and Ice pozytywnie mnie zaskoczył? Może wręcz przeciwnie? Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać oraz poznać odpowiedzi na owe pytania.

W intrze Prelude oprócz nastrojowej gitary słuchać też deszcz i szykującą się burzę. Pierwszy utwór Still Alive rozpoczyna dynamiczne riffy, potem pojawia się wokal w heavy metalowym stylu. Niby dalej siłowy, lecz bardziej naturalny. Nastroju dodają tu partie klawiszowe, brzmiące bardzo podobnie, jak nie identycznie, co organy kościelne. Mimo to kompozycja dynamiczna, ale jakoś mnie w pełni nie porwała. Choć pozytywnie zaskoczyła. Na Crystal Sphere uwagę przykuwa galopująca perkusja a wcześniej gitarowe riffy. No dobrze oprócz tego zastosowanie chórków też jest tu dobre, no i w połowie przejście na bardziej thrashowe riffy.

Na Bright Lights pogłębiają się trochę wirtuozerskie popisy gitarowe, poprzedzone odpowiednim perkusyjnym wstępem. Za to tutaj partia solowa naprawdę jest godna pochwały. Wokal dalej nie jest tworzony na siłę. Neverending fire już od samego początku jest bardziej stonowany od poprzednich kompozycji. Lecz później przychodzi lekka zmiana tempa, powodująca, iż, lepiej słyszalne są dynamiczniejsze riffy. Natomiast mam wrażenie, że, jest to utwór z tych refleksyjnych. Choć nie jestem do końca pewien czy to pierwsze solo gitarowe było niezbędne do utrzymania klimatu. Mimo tego lekkiego mankamentu utwór spełnił moje kryteria jeśli chodzi o dobrą balladę.

Interlude już samym wstępem sugeruje nawiązanie bardziej do ludu niż ognia. Partie klawiszy brzmiące identycznie co fortepian, mistrzowsko zbudowały u mnie napięcie i oczekiwanie na rozwój dalszych ,,wypadków”. Przerywnik doskonały, do tego wprowadzenie do kolejnego utworu. Under Ice jest równie dynamiczny co jednocześnie trochę refleksyjny. Tutaj znowu jednak partia solowa robi dobrą robotę. Więc określę go bardziej pośrodku, pomimo iż parę cech dobrej ballady posiada.

One Question przez sam początek wreszcie daje mi zastrzyk energii, której potrzebowałem. Oprócz tego pierwszy raz mam ochotę na headbanging. Motoryka jest tu po prostu na najwyższym poziomie. Do tego dochodzi tak naprawdę przebojowość, przynajmniej dla mnie. Tutaj po raz trzeci solo gitarowe robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Tomorrow Never Comes (Dyaltov Pass) dostarcza mi tego samego co poprzedni utwór. Wreszcie jestem na ładowany, bo jak pod muzycznym kątem nie było się do czego wcześniej doczepić, to do braku energii już tak. Tu po raz drugi mamy do czynienia z naprawdę bardzo dobrą solówką, napisaną pod drugą pod kątem przebojowości kompozycję na tym albumie.

Przedostatni Tears of Arizona jest kolejną mocno refleksyjną balladą na tym albumie. Nawet może odrobinę lepszą od pierwszej? Trudno powiedzieć. Tutaj znowu klawisze przypomniały mi, a przez to nadały tej balladzie klimat trochę bardziej gotycko-symfoniczny. Ostatnim i do tego bonusem jest kompozycja Dream Warriors, która zamyka płytę, nie pozbawiając jej unikatowego klimatu. Pomimo iż, w przeciwieństwie do Tears of Arizona jest bardziej dynamiczny. Oprócz tego dwie solówki w jednym utworze to jest coś. Poziom godny bonusu.

Podsumowując, Crystal Viper jednak potrafi zaskoczyć. Bo nie ukrywam, że, byłem naprawdę bardzo sceptycznie nastawiony do tej płyty. Jednak Marta wraz z zespołem widać wyciągnęli wnioski z własnych błędów. Zaczynając od samej spójności, wszystkie elementy układają się w tytułowe opowieści lodu i ognia. W przeciwieństwie do poprzedniej płyty, epickości dodają utworom wreszcie odpowiednio skomponowane partie klawiszowe. Słuchać też, iż Matra nie próżnowała i od siebie dodała więcej wirtuozerskich gitarowych popisów oraz poprawiła brzmiący sztucznie, często wokal na bardziej naturalny. A co zrobiła na tych trzech balladach to istny wokalny majstersztyk. Jedynym ,,ale” drobnym, ale jednak jest fakt, iż, jeśli Crystal Viper wydałby album na takim samym poziomie, lecz całkowicie po polsku, żaden z fanów by się nie pogniewał, chyba wręcz przeciwnie. Bo jednak jakby nie patrzeć polski język nie jest zły. Warto by zrobić konkurencję na naszym rodzimym heavy/power metalowym rynku, a nie iść tylko na eksport. Tak jakoś przy okazji mnie naszła taka refleksja. Żeby zakończyć pozytywnie, dodam,iż w końcu mam kilku ulubieńców z tego krążka, do których będę pewnie za jakiś czas wracał, czyli Neverending Fire, One Question, Tomorrow Never Comes (Dyaltov Pass), Tears of Arizona i Dream Warriors. Wszystkie owe czynniki w tym jeden drobny mankament, powodują, iż, w przypadku tej płyty Crystal Viper wypadł u mnie bardzo mocno na plus.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – The Great War (2019)

Z racji, iż nie tylko muzyka jest jedną z moich pasji. Po raz trzeci wróciłem do dobrze znanego szwedzkiego zespołu Sabaton. Tym razem sięgnąłem po ich najnowszy album zatytułowany The Great War, wydany 19 lipca 2019 roku oczywiście przez Nuclear Blast. Wolałem wrócić do niego po krótkiej przerwie, aby mieć nieco chłodniejsze spojrzenie na ową płytę. Czy owy album mnie rozczarował? Może czymś zaskoczył? Tym bardziej iż, jest to trzeci album koncepcyjny w historii tej grupy, jak sam tytuł płyty sugeruje o I Wojnie Światowej. Zobaczymy. Tym bardziej iż, na koniec zostawiłem małą niespodziankę dotyczącą owej płyty.

Bardzo ważną rolę odegrał na tej płycie utwór otwierający, czyli The Future of Warfare. Opowiadający o przełomie technologicznym w zakresie obronności, mianowicie o pojawieniu się po raz pierwszy czołgów podczas działań wojennych podczas I Wojny Światowej. Jeśli chodzi o muzykę to sam elektroniczny, trochę pompatyczny początek, wraz z elementami chóru oraz wokalem Joakima, zrobił dobre wrażenie, lecz później zmiany temp oraz wokalu również, zepsuły nieco owy efekt. Nie odbudowała go tu nawet naprawdę dobra solówka gitarowa.

Seven Pillars of Wisdom zaczyna się natomiast dobrym riffem gitarowym. Tu też wokal Joakima jest wspierany, ale przez bardziej gustownie dobrany męski chór jak na moje ucho. Sam utwór opowiada o działaniach brytyjskiego wojskowego, dyplomaty oraz archeologa Thomasa Edwarda Lawrence na Bliskim Wschodzie. Tu akurat kompozycja jest w odpowiednich momentach dynamiczniejsza, co jest akurat jej plusem.

Trzeci utwór, będący później singlem, stanowił dla mnie zagwodkę. Czemu? Dlatego iż, opowiada historię losów zarówno 82 Dywizji Powietrznodesantowej oraz o Alvinie Yorku. Co było stanowiło w tej historii dla mnie problem, fakt iż, na ostatnim albumie The Last Stand , za pomocą intra Diary of an Unknown Soldier oraz utworu The Last Battalion poruszony zostaje lepiej, po raz pierwszy motyw amerykański podczas I Wojny Światowej, niż na wyżej wspomnianym singlu czyli 82nd All the Way z The Great War. Mam tu na myśli spójność muzyki z lirykami. Bo sam utwór 82nd All the Way pod kątem muzycznym, nie jest zły, należy wręcz do bardzo wąskiego grona utworów z tej płyty. Tak samo jest z Devil Dogs, drugim na tej płycie utworze, opowiadającym o amerykanach. Oba są bardzo dynamiczne, dzięki dobrym riffom gitarowym oraz skąpej ilości elektroniki. Przynajmniej w moim odczuciu,ale tylko jeśli chodzi o ich muzyczny aspekt.

The Attack of the Dead Men pod kątem historycznym, jest ciekawy, lecz tutaj znowu muzyka jak dla mnie w pełni nie odzwierciedla grozy, paniki oraz cierpienia jaki przeżywali rosyjscy żołnierze zaatakowani przez Niemców gazem musztardowym 6 sierpnia 1915 roku. Poważnie, jak dla mnie szanuję za próbę, lecz okazała się ona trochę nieudana.

The Red Baron oraz Great War to dwa single. Oba okazały się na tyle przebojowe, iż trafiły w mój gust. Dobre riffy połączone z nieprzekombinowaną perkusją, wirtuozerska, choć bardzo gospelowa solówka keybordowa na The Red Baron bywała irytująca, ale tylko podczas kilkukrotnych przesłuchań. Tytułowy The Great War nawiązuje do ogólnego cierpienia podczas owego konfliktu (Wielkiej Wojny), szczególnie podczas bitwy pod Passchendaele, której tragiczny obraz zespół poruszył wcześniej w utworze The Prise of a Mile z płyty Art of War z 2008 roku, możliwe, iż, to było powodem, dlaczego też tak mi się spodobał jako fanowi. Sam tytuł The Red Baron jest oczywiście o słynnym niemieckim asie przestworzy o tym właśnie pseudonimie.

W A Ghost in the Trenches , Sabaton po raz drugi opowiada o słynnym snajperze, tym razem o kanadyjczyku Francisie Pegahmagabow, bohaterze oczywiście I Wojny Świtowej. Tylko problem polega znowu na tym, że w przeciwieństwie do White Death z Coat of Arms z 2010 roku, nie jest to tak dynamiczny utwór. Jest dla mnie po prostu za spokojny przez co nieco nużący i o wiele mniej przebojowy.

Pierwszy singiel promujący płytę przed jej premierą to Fields of Verdun. Tekst dotyczy historii Francji, a dokładnie opowiada o jednym z nielicznych aktów odwagi ich wojskowych w czasach współczesnych. Temat poruszony w tym utworze sprawił, iż, naprawdę z wielkim oczekiwaniem czekałem na ten krążek. Pod względem muzycznym, niczego mu nie brakowało w chwili wydania, jak i teraz. Gdyż już od samego początku do samego końca jest dynamicznie, riffy gitarowe oraz idealnie skomponowane partie perkusyjne, a także uspokojenie, czyli dramatyczny zwrot akcji, wraz z najlepszym solo gitarowym na tej płycie.

Przed ostatni The End of the War to End All Wars już od swojego smyczkowo-fortepianowego początku wprowadza wreszcie refleksyjny nastrój, potem pomimo bardziej dynamicznych riffów oraz wreszcie najbardziej rozbudowanych partii perkusyjnych utrzymuje się do samego końca. W sumie lepiej późno niż wcale no i po raz trzeci chór wkomponowany odpowiednio. Jak dla mnie outrem płyty jest muzyczna aranżacja popularnego wierszu, oczywiście z czasów Wielkiej Wojny In Flanders Fields, okoliczność, iż został umieszczony po naprawdę dobrym The End of the war to End All Wars, a także chór brzmiący za bardzo kościelnie, przekreśla go u mnie całkowicie i tym samym klasyfikuje jako najgorszym outro w historii Sabatonu, gdzie znowu sam pomysł nie był zły, lecz wykonanie pozostawiło mi sporo do życzenia.

Teraz jeszcze parę słów podsumowania. Całość jako album jest spójna to fakt. Lecz jakość brzmienia jest gorsza od ostatniego The Last Stand. Piszę to nie tylko jako recenzent, ale i jako fan Sabatonu, którym pozostanę. Nie będę tu wymieniał porównań połączenia disco-polo z metalem z odzysku, bo tak zrozumiałem Mirka, kiedy dzielił się swoimi odczuciami, odnoście tej płyty, o które go osobiście zapytałem, lecz tak jak same historie są naprawdę świetne, tak muzyczne ich obraz, jeśli chodzi o cały krążek, jest bardzo rozmazany. Wspomnianą niespodzianką jest fakt, iż nieco lepsza jest History Edition, gdyż gości na niej głos amerykańskiego historyka Indgiego Neidella. Standardowa wersja jest naprawdę fatalna. Na koniec dodam, iż poza singlami, które są znośne, oprócz naprawdę bardzo dobrego Fields of Verdun, godnymi uwagi są Devil Dogs i The End of the war to End All Wars, co sprowadza mnie do naprawdę wydania może nie bardzo krytycznej, lecz też niepochlebnej oceny tej płycie, nie tylko z perspektywy recenzenta, ale zwłaszcza jako fana tego zespołu, co z tej drugiej perspektywy łatwe nie było.

Korekta Paulina Wawrzusiak

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Myrath – Shehili (2019)

Koncerty mają to do siebie, iż, wybierając się na występ doskonale znanego zespółu, można odkryć zupełnie nieznany. Tak było w przypadku tunezyjskiego Myrath, który okazał się doskonałym supportem przed Beast in Black 13 listopada we Wrocławiu. Stwierdziłem, iż, zagłębię się w ich twórczość. Tym bardziej iż 3 maja tego roku wydali swój najnowszy album Shehili. Okaże się, czy dobre wrażenie na żywo wystarczy, aby przykuli moją uwagę na dłuższy czas. Podzielę się swoimi wrażeniami co do ich najnowszego krążka.

Asl jako intro spisuje się świetnie. Duży atut stanowi tradycyjny wokal, prawdopodobnie w języku arabskim, oraz wykluczam, iż jest to strike tunezyjski, tego tak naprawdę nie wiem, ale nastrój został odpowiednio zbudowany. Pierwszy utwór Born to Survive już, chociażby przez swój początek, czyli klaskanie w dłonie, bębny arabskie oraz chórki zyskuje na przebojowości. Jeszcze do tego dochodzą bardzo corowe riffy oraz wspaniała solówka gitarowa. You’ve Lost Yourself wyróżnia jeszcze dynamiczniejsze riffy, podchodzące nawet pod thrashowe. Kolejna dobra solówka. Dance jako singiel, ma w aranżacji trochę więcej instrumentów smyczkowych niż poprzednik. Ciekawym zastosowaniem było przy zmianie tempa podkreślenie partii basu. Choć jednak tutaj wokal jest dla mnie trochę lekko przekombinowany, zwłaszcza jeśli chodzi o górne partie. Poza tym solówka niby jest, ale nie jest najlepsza z płyty.

Wicked Dice zaczyna się wichrową ciszą, którą przerywają znowu corowe riffy. Oprócz tego to nic co wcześniej pod kątem muzycznym no może poza trochę większą ilością dźwięków czystego piania, nie powaliło mnie na kolana. Nawet umieszczone dwie solówki nie uratowały tej kompozycji. Na Monster in My Closet poza bębnami, moją uwagę bardzo przykuł, podrasowany corowy riff oraz spójność z arabsko-symfonicznymi aranżacją. W pewnym momencie to gitary są tłem dla solowych partii symfonicznych, co akurat mi się podoba. Solówka gitarowa natomiast jest tu jedną z lepszych.

Krótki początek Lili Twil wykonany na zurnie, brzmiał tak nieziemsko, iż ten dźwięk utkwi mi w pamięci na długi czas. Potem dalszych popisów instrumentalnych nie ma końca. Partie basowe oraz perkusyjne, dziwne solo gitarowe, wokal w języku arabskim (tunezyjskim). Jednak nie będąc bezkrytycznym, język angielski, którego wokalista potem zaczął używać, zepsuł efekt, który mozolnie zbudowali sami muzycy, nawet z nim gdy śpiewał w rodzimym języku. Serio. Poza ten utwór okazuje się coverem. Orginalną wersje wykonuje Les Frères Mégri.

No Holding Back ewidentnie jednym uchem wpada, a drugim wypada. Nie ma tam nic, co przykułoby znowu moją uwagę na dłużej. Podobnie mam z Stardust. Z Mersal jest, pewnie przez chórki oraz więcej blasów. No i wraca arabski wokal. Solo na miznarze (arabskim instrumencie ludowym) też trochę przywraca tego ducha Bliskiego Wschodu. Niestety wokalista, który w pewnych momentach brzmi jakby, audiotunu używał, co nie jest komplementem, oj nie.

Darkness Arise jest powrotem do dobrego corowego brzmienia, połączonego z blastami oraz arabskimi aranżacjami. Oprócz tego pojawia się gitarowe oraz keybordowe solo warte mej uwagi. Tytułowy Shehili zamyka ten krążek. Na koniec słyszymy cały ten wachlarz arabskich instrumentów od trąbek po fleciane. Każde miało swój czas. Jak i na koniec słyszymy arabski język. Na sam koniec gitarę elektryczną. Istnie wirtuozersko-epicki koniec.

Podsumowując, sam muzyczny pomysł na połączenie folkowych brzmień Bliskiego Wschodu jest dobry. Muzycznie, a przede wszystkim instrumentalnie jest bardzo bogato. Przebojowe wręcz utwory takie jak Born to Survive, You’ve Lost Yourself czy Dance brzmią bardzo dobrze. Co ciekawe na nich najmniej przeszkadza mi wokal. Nie jest on zły ani też dobry. Po prostu może być. Moim zdanie większy problem pojawia się, kiedy zostły zastosowane półśrodki, polegające na połączeniu języka angielskiego z arabskim. . Miało to miejsce w utworach Lili Twil, Mersal i Shehili. . Krótko mówiąc, typ wokalu, jaki serwuje mi Zaher, działa tylko w przypadku kiedy słucham bardziej przebojowych utworów. Pod kątem muzycznym jest bardzo wirtuozersko, a nawet eksperymentalnie co doceniam. Choć autorski Shehili lepiej wypadł od coveruLili Twil. Pojawiasię więc lekki dysonans jeśli chodzi o finalną ocenę. Jako instrumentalne dokonanie, pomimo braku uniknięcia powtórzeń oraz zastosowania progresji, przy wielu ludowych instrumentach byłaby bardzo wysoka. Jednak dodając do tego wokal, który tylko w przypadku połowy utworów , wraz jednak z intrem (Asl) z albumu, brzmi poprawnie, a mimo to nie rzuca na kolana, a na reszcie jest tylko gorzej, sprowadza ocenę na poziom ciekawostki muzycznej. Ogólnie stwierdzę, iż, paru tych przebojowych utworów posłucham pewnie za jakiś czas, trudno powiedzieć kiedy. Na żywo jako support dali jednak radę, lecz na ich solowy występ się nie wybiorę. Wokal, mnie trochę rozczarował, za bardzo heavy/power metalowy a do tego w tej kategorii mocno przeciętny, jak dla mnie, do brzmień oprócz orientu bardziej jednak progresywno-corowych.

7/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Katatonia – Tonight’s Decision (1999)

Dziś oto jest ten dzień, kiedy wracam, po krótkim, lecz dość intensywnym kontakcie, do zespołu, który dziwnym trafem został zastąpiony przez inny, w moim osobistym rankingu. Mam tu na myśli pionierów szwedzkiego doom metalu, czyli Katatonię, których swego czasu zastąpiłem amerykańskim Type of Negative. Jednak to uległo zmianie. Tonight’s Decision to album Katatonii, który słuchałem przed laty, a dziś do niego powróciłem dzięki Justynie Szatny. Co Ciekawe, w tym roku upływają dwie dekady od kiedy ujrzał światło dzienne z 1999 roku. Co najlepsze w tym roku upływają dwie dekady od kiedy ujrzał światło dzienne. Czy czas okazał się dla tej płyty łaskawy? Czy w moim odczuciu, od 2007 roku, ta płyta zmieniła się na lepsze czy gorsze? Zobaczymy.

Otwierający płytę For My Demons dalej nadaje odpowiedni nastrój. Deklamacja, a potem śpiew Jonesa. Całość dopełniają dobrze nastrojone gitary wraz z blastami oraz odpowiednie klawisze. Breakdowny trafione w punkt. Jednakże wisienką na przysłowiowym torcie są te pojedyncze riffy uspokajające. W I Am Nothing bass wraz z rozpoczynającymi partiami perkusyjnymi nadal się moim uszom podoba. Tej kompozycji nic nie brakuje, a partie bassu brzmią mi wyraźniej. Swoje robi boczny wokal Andersa. In Death, A Song jest trochę cięższy, mam nawet wrażenie, iż riffy są trochę blackowe, lecz to tylko moje subiektywne odczucie. Tak czy inaczej, w tym przypadku, także wszystko dopracowane. Poza tym dość nietypowa struktura utworów w porównaniu do poprzednich, sprawia, że mam nowego ulubieńca. Ciekaw jestem kiedy będzie się do czego doczepić na tym krążku? Bo jak na razie nie ma.

Czwarty Had To (Leave) jest dobrą kontynuacją poprzedniego utworu, pod kątem muzycznym. Choć tu słychać wyraźniejsze breakdowny, a gitary w momencie uspokojenia wraz z partiami klawiszy, sprawiają wrażenie, jakbym przenosił się pomiędzy wymiarami jakimś tunelem. Natomiast This Punishment poprzez użycie klawisze brzmi na początku bardzo gospelowo. Moim zdanie w przypadku tego utworu partie perkusji brzmią bardzo jazzowo. Każdy jej element słychać bardzo wyraźnie. Nastrój uzupełnia mistrzowska solówka basowa oraz instrumentalny popis umiejętności na najwyższym poziomie.

W Right Into The Bliss warte według mnie wspomnienia są riffy podczas zmiany temp oraz dźwięk płyty winylowej, odtwarzanej z gramofonu. Daje to mistrzowski efekt. Całość dopełniają trochę cięższe partie gitar w kilku momentach oraz genialna solówka gitarowa. No Good Can Come Of This to kolejna kompozycja o bardzo złożonej strukturze. Choć jak dla mnie, nie jest ani zły, ani dobry. Docenić należy fakt różnorodności riffów, lecz to za mało. Podobnie jest z Strained, choć tu ratunkiem okazuje się bardzo dobra solówka i druga połowa tej kompozycji. Klasyczna gitara na Darkness Coming nadaje odpowiedni, trochę bardziej refleksyjny nastrój, lecz druga połowa przez bardziej nieco przygnębiający wokal Jonasa i niepotrzebne wejście gitary elektrycznej, trochę go burzy.

Nightmares By The Sea okazuje się coverem, choć w oryginale wykonywany przez Jeffa Buckleya. Moim zdaniem kompletnie nie pasuje do reszty, no i poddaje pod wątpliwość idealną spójność tego albumu. Ostatni natomiast Black Session okazuje się bardzo dziwnym zamknięciem płyty. Dzieje się tak ,chociażby przez skrajnie brzmiące riffy dwóch gitar. Z czasem można i do tego przywyknąć. Tak czy inaczej, tutaj po raz trzeci otrzymujemy bardzo złożony utwór.

Podsumowując, szwedzka Katatonia udowodniła, nawet mi, jako osobie, która miała z nią, krótką styczność, iż nadal jest warta uwagi. Po dwóch dekadach album Tonight’s Decision jeszcze bardziej niż na początku bardziej mnie zachwycił. Różnorodny wokal Jonasa, a zwłaszcza jego przygnębiające partie, udowodniły, że, jest jednym z lepszych wokalistów reprezentujących szeroko rozumiany doom metal. Domieszka blacku oraz gotyckiego brzmienia w riffach, sprawiła, iż, nie był i nadal to nie jest tylko doom. Nadal słychać eksperymenty i szukanie stylu, który uformował się z czasem, lecz, całe szczęście nie pozostał taki sam. Lecz jednak jest jedno, ale, spójność albumu, bardzo dosadnie zaburzył ją wyżej cover. Ostatni Black Session czy nawet bonusy z wersji z 2003 roku, czyli No Devotion oraz Fractured nie zdołały jej odbudować, choć same w sobie są świetnymi kompozycjami. Jednak nie jest to powodem, aby czuć pewien niedosyt. Tak czy inaczej, w moim odczuciu od 2007 roku, wydaje się być lepsza. Katalog moich ulubionych utworów poszerzył się o Had To (Leave), This Punishment oraz I Am Nothing. Jest więc więcej niż dobrze. Korzystając z okazji, chciałem podziękować Justynie, dzięki której ponownie do Katatonii powróciłem. Czy ostatni raz? Sam nie wiem. Tak czy inaczej, na razie był to powrót nie idealny, lecz bardzo udany.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Powerwolf – The Bible of the Beast (2009)

Jakiś czas temu wyraziłem swoją opinię na temat najnowszego albumu The Sacrament of Sin niemieckiego zespołu Powerwolf. Teraz po dłuższej przerwie, powróciłem do ich trzeciej płyty, wydanej 27 kwietnia 2009 roku, czyli ponad dekadę temu. Czy czas zadziałał na korzyść płyty? Czy moje ulubione utwory zostały zamienione na inne? No i czy nadal jest on jednym z opus magnum tego zespołu? Jest tylko jeden sposób, aby poznać odpowiedzi na te pytania.

Intro Opening – Prelude To Purgatory nadal doskonale wprowadza w klimat albumu. Utwór ten cechuje porządna dawka dramatyzmu. Całość dopełnia pompatyczność instrumentów symfonicznych, oczywiście z nieodzownymi organami kościelnymi, wraz z nadal mistrzowskim oratorskim warsztatem Attili Dorna. W pierwszym faktycznym utworze Raise Your Fist Evangelist. Attila nadal nie zawodzi, zwłaszcza jeśli chodzi o chórki. Kompozycja zawiera naprawdę dobre partie gitarowe z nieprzesadzonymi przejściami perkusji. Zaś na jego końcu znajduje się koniec naprawdę nadal dobra solówka gitarowa.

Moscow After Dark jest jednak bardziej przebojowy. Zawiera bowiem bogatsze riffy gitarowe oraz bardziej dynamiczną strukturę, przez co jest jedną z wielu najbardziej energetycznych kompozycji na tej płycie. Natomiast w Panic In The Pentagram już sam początek nadal przykuwa uwagę. Utwór cechują dobrze zagrane partie basowe oraz po zmianie tempa bardzo galopująca solówka gitarowa doskonale połączona z perkusją.

Catholic In The Morning… Satanist At Night pod kątem lirycznym idealnie pokazuje dwie ukryte natury człowieka, dobrą i złą. Pod kątem muzycznym niczego mu nie brakuje. Zwłaszcza kolejnej dawki pozytywnej energii. Seven Deadly Saints też jest dobry. Słychać, iż Attlia wręcz bawi się swoim głosem. Ma też kolejną bardzo dobrą solówkę gitarową.

Werewolves Of Armenia nadal jest nieśmiertelny. Legendarny wręcz już epicki wstęp wraz z odliczaniem po niemiecku ciągle daje rade. Do tego jeszcze to hu ha, nic dziwnego, że jest jednym z koncertowych hitów. Całość dopełniają przebojowe riffy oraz śpiew, z krótką deklamacja Attili. Na sam koniec otrzymujemy, chyba najbardziej chwytliwe gitarowe solo na tej płycie. We Take The Church By Storm ma mocno thrashowe riffy, co mogło umknąć mej uwadze, przy wcześniejszym odsłuchu. Jest to następny dynamiczny utwór. Lecz tutaj dwie solówki gitarowe mnie pozytywnie zaskoczyły. Oprócz tego tekst: Ohh, We take the church by strom ! Zapadnie mi mocno w pamięć.

Resurrection By Erection to kolejny wieloletni hit koncertowy. Tekst był i jest bardzo przewrotny, lecz ludzie rozumiejący grę słów, będą wiedzieć, że nie chodzi tylko o erekcję. Muzycznie znowu tak samo jak w przypadku Werewolves Of Armenia, bez żadnego zarzutu. Natomiast Midnight Messiah wydaje mi się niedoceniony. Dwie genialne wręcz solówki, mnóstwo przejść. Zbudowane napięcie idealnie podkreślą partie werbli. Przedostatni St. Satan’s Day rozpoczyna się dobrą marszówką. Całość uzupełniają partie chóru, zmienne tempo, dynamiczne riffy oraz znowu dobrze zagrane partie basowe. Tutaj natomiast solówka jest średnia. Na sam koniec mamy epicki Wolves Against The World, który w założeniu nie był balladą, jak dla mnie stał się nią, ponieważ zawiera wszystkie jej cechy. Uważam też, że Powerwolf miał już wcześniej w swoim repertuarze ballady oprócz niby tej ,,pierwszej” z ich ostatniej płyty. Choć ten temat nie jest prostym do zrozumienia.

Podsumowując. W przypadku tej płyty czas działa na jej korzyść. Pomijając nawet fakt, iż album ma równe 10 lat. Choć są na nim elementy, do których liczę, że grupa wróci w przyszłości, jak chociażby większa dramaturgia oraz partie basowe. Czas też dokonał pewnych zmian na mojej set liście płyty. Kiedyś moimi ulubionymi utworami z tego albumu były Werewolves Of Armenia, Catholic In The Morning… Satanist At Night orazResurrection By Erection, nadl są dobre. Lecz teraz zamieniałem je na Moscow After Dark, Midnight Messiah, We Take The Church By Storm oraz Wolves Against The World. Jako fan też chciałbym dożyć okazji, aby móc usłyszeć ten album wykonany w całości na żywo. Może na następnych trzech tegorocznych listopada (22 – Gdańsk, 24 – Wrocław oraz 25 – Kraków) występach w naszym kraju, zespół weźmie pod uwagę mijające dziesięć lat i zaprezentuje jakieś zapomniane utwory, jak chociażby We Take The Church By Storm, Midnight Messiah czy Moscow After Dark. Kto wie? Oby. Tak czy inaczej, jest to jeden z trzech albumów, na których zespół opiera swój styl. Jednym z opus magnum zespołu Powerwolf, pod względem muzycznym, jak i lirycznym. Biorąc to wszystko pod uwagę, ocena może być tylko jedna.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Babymetal – Metal Galaxy (2019)

Babymetal podobnie jak polski Nocny Kochanek budzi skrajne emocje. Jest to jednak zespół japoński. Ci, co mieli do czynienia odrobinę z japońską kulturą, nie zaprzeczą, że, jest ona pełna dziwnych zjawisk, czy też elementów, które wzajemnie się wykluczają. Nie ulega wątpliwości, iż, po wydaniu swoich dwóch albumów Babymetal, rozpoczął niekończącą się dyskusje w kwestii kiczu, a także przyczynił się do powstania nurtu kinder/ modern metalu. Dziś po raz kolejny ciekawość zwyciężyła i postanowiłem przesłuchać ich najnowszy album Metal Galaxy, wydany 8 października tego roku. Czy pożałuję swojej decyzji? Czy może jednak jako osobie nie stroniącej, od brzmień ścieżek dźwiękowych z licznych anime, się nie rozczaruje? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Już samo intro mające w swoim założeniu być kosmiczne, jest w rzeczywistości mocno depstapowe. Zastosowano także tutaj, coś, czego nie zdzierżę, a mianowicie audiotun. Tak więc już sam początek mnie nie przekonał. Potem jest już chyba tylko gorzej.

Na Da Da Dance, otrzymujemy bowiem fuzję j-popu z heavy metalem i dyskotekowym bitem. Dwu biegunowe tempo i trochę na siłę zaprezentowana solówka gitarowa nie przekonuje mnie, lecz trochę bawi. Na Elevator Girl podstawowym błędem był tekst po angielsku. Po japońsku mógł dać radę, no ale cóż trudno. Jak na razie tylko singiel Shanti Shanti Shanti do mnie dociera. Dlaczego? Dlatego iż, po pierwsze uwielbiam orientalnie brzmiące gitary. Po drugie jest tu zachowany umiar i jednobiegunowość, bez zbędnych twistów. Natomiast utwór Oh! Maijini! Z gościnnym udziałem Joakima, z zespołu Sabaton, jest dla mnie japońskim utworem, dobrym tylko do grania na mocno zakrapianej imprezie. Więc lubić go można tylko pod mocnym wpływem alkoholu.

Kolejne utwory znajdujące się na płycie, a więc Brand New Day, BBAD oraz Night Night Burn stanowią swoistą porcję misz maszu. Od dupstepu, po j-pop, a nawet cyfrową perkusję. Z całym szacunkiem, doceniam fakt rozwoju technologi w muzyce, jednak w tym przypadku nie poszło to w dobrym kierunku. Nadmienię tutaj, chociażby Night Night Burn na początku gitary brzmiały obiecująco. Szkoda. Jednak najbardziej mnie zaintrygował eksperymentalny In the name of, gdzie nie ma damskiego wokalu. Brzmi on bardzo death/grind corowo ,nie wiem, kto podkładał screma i growl ,ale zrobił kapitalną robotę. Wraz z utworami Distorion i Pa pa Ya! Znowu powracamy na ową imprezę, tylko z folku przerzucimy się na klimaty techno/disco. Szkoda mi trochę Allisy, bo w samym chórku jej growl brzmiał dobrze. Pozostałe utwory, nawet z przedostatniego Shine, który miał potencjał na całkiem dobrą balladę ,ale tego magicznego ,,czegoś” zabrakło.

Krótko i na temat. Jak jestem fanem podobnych brzmień ,może nie aż tak za bardzo innowacyjnych ,ale jednak rodem z wielu anime, ale tu tylko jedna kompozycja zachowała umiar. Mówię o Shanti Shanti Shanti. In the name of natomiast okazała się mocno eksperymentalna i odstawała od reszty, więc mnie do siebie również przekonała. Po przesłuchaniu wyżej wspomnianej płyty mam sprzeczne wrażenia. Z jednej strony niby żałuję, a jednocześnie cieszę się, że zaspokoiłem swoją ciekawość. Jednakże w żadnym razie polecam tej płyty w całości. Rozumiem próby wprowadzenia audiotunu, perkusji cyfrowej i dupstepu jako modern metalu jednakże drogie panie nie ze mną te numery. Mnie nie nabrałyście. Płyta jest bardzo niespójna i dwubiegunowa. Została skomponowana na zasadzie mieszanki heavy metalu oraz j-popu. Te dwa style przeplatają się w kółko. Mnie osobiście ten schemat mocno kuje w uszy. Doceniam tylko dwie z szesnastu kompozycji, jakie zalazły się na tej płycie. Mam świadomość, iż, na wschodzie Babymetal ma potężną armię swoich wyznawców. Tutaj jednak jest Europa i jak na razie takie rozwiązania się nie sprawdzają, nawet dla mnie jako miłośnika anime. Jeden czy dwa utwory jeszcze może od biedy, ale cała płyta to jednak nie moja bajka.

Korekta Paulina Wawrzusiak

2/10

Kategorie
Bez kategorii

Judas Priest – Turbo (1986)

Zespołu Judas Priest nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Kiedyś wypowiedziałem się na temat ich ostatniego albumu Firepower wydanego w zeszłym roku. Dziś natomiast przekonam się, czy ich dziesiąty album Turbo, wydany 14 kwietnia 1986 roku, czyli 33 lata temu, przetrwał próbę czasu. Rozczarował czy zaskoczył? No i czy jakieś utwory pozwoliły ukazać swój ukryty potencjał.

Otwierający płytę singiel Turbo Lover zarówno kiedyś, jak i dziś, jest dla mnie bardzo przebojowy. Poza tym początek elektroniczno/gitarowy dalej robi wrażenie. Bogactwo riffów oraz umiejętne zmiany temp, pozwalają utrzymać dynamikę tego utworu, który jest jednym z klasyków koncertowych tego zespołu. Całość zostaje utrzymana w starym, heavy metalowym stylu, chociaż wstawki elektroniczne ukazują, że zespół eksperymentował i szukał nowych rozwiązań. Nawet dziś można to usłyszeć.

Przytłumiona gitara wykorzystana na początku numeru Locked In nadaje mu odpowiedni efekt. Dynamikę utworu wzmacniają gitarowe riffy oraz perfekcyjne solówki. Private Property również jest bardzo dobry. Tekst utworu może być przez niektórych odebrany jako antykomunistyczny przekaz. Taka interpretacja nie wydaje się jednakże właściwa, bowiem tematyka tekstu dotyczy po prostu ochrony własności prywatnej. Na początku mamy tu krótką elektroniczną, efektowną wstawką. Chór wspierający Roba oraz dobra solówka gitarowa, przyczyniły się do tego, iż utwór ten był i jest naprawdę dobry.

Partenal Guidance nie jest zły, lecz czegoś tutaj brakuje. Pomimo dobrej, solowej partii gitar, nadal nie wywarł na mnie specjalnego wrażenia. Rock You All Around the World jest kolejnym, dynamicznym, jaki znajduje się na tej płycie. Zaczyna się dość ostro, choć brzmi on potem trochę rock’n’rollowo, co w tym przypadku akurat nie jest złe. Wręcz przeciwnie, nadaje mu swoistego charakteru, przez co wyróżnia tę kompozycję od pozostałych na tym albumie. Ponadto, zawiera całkiem dobrą gitarową solówkę oraz gustownie dobrane partie perkusyjne. Moim zdaniem to najlepszy z numerów na tym krążku.

Out In the Cold ma bardzo nastrojowy początek. Judas Priest nadal potrafi zbudować napięcie. Moim zdaniem melodyjny sposób, w jaki Rob wykonuje wyżej wspomniany utwór, klasyfikuje go w kategorii, pomimo iż kompozycja nie jest utrzymana w wolnym tempie. Wcześniej jakoś nie dostrzegłem tego faktu. Z Wild Nights ,Hot & Crazy Days mam pewien problem. Z jednej strony niby jest dynamiczna, a z drugiej dziwnie zaaranżowana, przez co nadal jest dla mnie nudna.

Hot For Love kipi energią od samego początku. Tutaj przynajmniej dla mnie, na większą uwagę zasługują dość specyficzne riffy Jest to kolejny utwór na krążku, zawierający w sobie wpływ elektroniki. Tak więc znowu nie mam się do czego w negatywny sposób przyczepić, jeśli chodzi o ten numer. Przedostatni Reckless jest dla mnie nieodkrytą perełką tej płyty, zasługującą na miano singla. Posiada on zarówno nastrojowy, jak i przebojowy charakter. Zawiera jedną z trzech najlepszych gitarowych solówek na płycie, co też mówi samo za siebie. Ostatni All Fired, w porównaniu do Turbo Lover, nie jest może aż tak dynamicznym zamknięciem albumu, lecz uważam, że nadal spełnia swoją funkcję. Warto odnotować, że utwór ten dograny w 2001 roku, kiedy to powstała nowa wersja tejże płyty. Nie ma go na pierwotnej wersji krążka z 1986 roku.

Podsumowując. Album Turbo po upływie 33 lat od premiery, nadal jest godny swojej nazwy. Jak na tamte czasy, był mocno innowacyjny, może przez umiejętne połączenie odrobiny elektroniki z mistrzowskimi partiami gitarowymi. Zresztą jak na ,,Boga Metalu” przystało, Rob, jako wokalista zrobił to, co, umie najlepiej. Dał z siebie więcej, niż od niego oczekiwano. Pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie fakt, iż pewne dotychczas słabo znane przeze mnie utwory, dołączyły do grona moich ulubionych Mam tu na myśli Locked In, Private Property, Reckless oraz Out in the Cold. Tak się akurat złożyło, iż, w tym roku mija dokładnie 50 lat od czasu, kiedy Judas Priest zaczął funkcjonować na rockowo-metalowej scenie muzycznej, dostarczając wiele innowacyjnych rozwiązań, dzięki którym ona ewoluowała. Ten album też zalicz się do tego typu innowacji, może to nie będzie ich ostatni album, o którym napiszę? Szczerze? Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam, czas wszystko zweryfikuje. Tak czy inaczej, jak się domyśliliście, ocena tego arcydzieła może być tylko jedna. Chętnie też poznam wasze opinie na temat tej płyty.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – Carolus Rex (2012)

Postanowiłem ponownie odświeżyć sobie kolejny, bo drugi już album zespołu Sabaton. Carolus Rex, bo o nim mowa, ma już ponad 6 lat od swojego wydania oraz jest szóstym albumem Sabaton u. Był to też pierwszy krążek, na którym zarówno po angielsku, jak i po szwedzku, przybliżone zostały dzieje Imperium Szwedzkiego. Dotyczoną onee zarówno jego powstania, jak i upadku. Wspominałem już, że ten zespół lubię, więc podzielę się swoimi odczuciami, po sześciu latach o oficjalnej premiery tej płyty. Czy nadal do niego wracam? Może jednak niektóre utwory odżyły na nowo a inne umarły? Przekonajmy się. Dodam też, iż, jest to ostatni krążek przed odejściem z zespołu Daniela Mÿhra (instrumenty klawiszowe), Daniela Mullbacka (perkusja), Rikarda Sundéna(gitara) oraz Oscar Monteliusa (gitara). Ich brak wprowadził lekki chaos, ale zespół, a raczej dwójka jego założycieli doskonale z tym sobie poradziła.

Na początku mamy do czynienia z doskonale budującym napięcie krótkim intrem Dominium Maris Baltici. Z którego od razu przenosimy się do pierwszego utworu The Lion From The North/ Lejonet Från Norden. Dynamika jest nadal utrzymana, całość uzupełniają wyraźne przejścia perkusji. Umiejętne wykorzystanie chórków śpiewających o chwale Gustawa II Adolfa: Gustavus! Adolphus! (Gustavus Adolphus gå fram, libera, impera) Libera et impera! Acerbus et ingens! (Acerbus et ingens gå fram, libera, impera) Augusta per augusta. Potem dochodzi do tego solo gitarowe i klawiszowe. Jest to Najbardziej epicki początek, z jakim miałem i mam do czynienia.

Gott Mit Uns/ Gott Mit Uns to również energetyczny utwór, choć nie tak epicki, jak pierwszy. Przedstawione są w nim okoliczności pierwszej bitwy pod Breitenfeld, w trakcie wojny trzydziestoletniej, którą Szwedzi stoczyli przeciwko Niemcom. W jej wyniku Gustaw II Adolf zmienił układ sił w ówczesnej Europie na korzyść Imperium Szwecji oczywiście. Muzycznie riffy, jak i sama melodia bardzo łatwo wpada w ucho. Nic dziwnego, że , utwór ten został umieszczony na set liście koncertowej zespołu na bardzo długi czas.

A Lifetime Of War/En Livstid I Krig jest naprawdę dobrą oraz nastrojową balladą. Jednak mnie osobiście tekst w języku szwedzkim jakoś tak bardziej porusza. Poza tym udział instrumentów smyczkowych nadaje podniosły charakter wyżej wspomnianemu utworowi. Wszystko jest tu dopracowane. Można się o tym przekonać zwłaszcza w momentach, kiedy gra staje się bardziej dynamiczna. Uwagi słuchacza zwraca końcowe, gitarowe solo.

1648/1648 to data jednej z bardziej spektakularnych porażek w historii Szwecji. Chodzi bowiem o nieudane oblężenie Pragi w trakcie wojny trzydziestoletniej. Tu wszystko jest ok, choć jakimś dziwnym trafem utwór ten zawsze mi wpadał i wypadał jednym uchem. Teraz też tak jest pomimo niezłego gitarowego solo. No cóż, tak czasem bywa.

The Carolean’s Prayer/Karolinens Bön to druga ballada na tej płycie. Moim zdaniem jest odpowiednia, choć nastroju na samym początku nadały partie organ kościelnych, odnosząc się do samego tytułu. Sama opowieść jest dość prosta, bo opowiada o niezłomności i wierze żołnierzy w samego Boga, jak i wodza Karola XII.

Tytułowy Carolus Rex kontynuuje dzieje Karola XII, wspominając czas jego oficjalnego wstąpienia na tron. Jak na singiel przystało, pod względem muzycznym jest to znowu jeden z najbardziej epickich utworów na płycie. Po raz kolejny mam do czynienia z bogatym dorobkiem perkusji oraz doskonale dobranymi riffami. Uroku dodają także breakdowny oraz solo gitarowe będące jednym z najlepszych na całej (może nawet najlepsze). Nic więc dziwnego, że Sabaton nie rezygnuje z niego na swoich koncertach.

Killing Ground /Ett Slag Färgat Rött to dobra dawka energii. Bez zbędnego patosu, utwór opowiada po prostu o męstwie szwedzkich żołnierzy nacierających na niemieckich wrogów bez żadnej litości. Nie mniej jednak ten utwór jest idealny do wyżycia się pod sceną, w tym do headbangingu.

Poltava to już troszeczkę inna sprawa. Tutaj znowu słyszymy o bardzo dotkliwej porażce Szwedów pod Połtawą, ze strony Cesarstwa Rosyjskiego, w którym rządził Piotr I Wielki. Poprzez dynamiczne riffy, jak i zmiany temp zespół oddał doskonale zarówno panikę, jak i strach Szwedów. Efekt uzupełnią jednakowo wspaniały głos Joakima. Jak i odpowiednie użycie chórków, to wszystko składa się na kolejny, dobry epicki utwór.

Trzecią a przy tym ostatnią balladą na płycie jest ta o śmierci Karola XII. Mowa oczywiście o Long Live The King/Konungens Likfärd. Jest równie pompatyczna oraz klimatyczna jak dwie pozostałe. Doskonałym zamknięciem płyty jest Ruina Imperii/ Ruina Imperii, która podkreśla już totalny upadek szwedzkiego, które jednak trwało ponad sto lat, dając nawet nam jako Rzeczpospolitej w kość. Utwór można określić jako elektroniczny majstersztyk połączony znowu z instrumentami smyczkowymi. Efekt nadaje nietypowo zmutowany wokal Joakima wraz z udziałem męskiego chóru.

Podsumowując. Płyta była i jest równie dobra, jak The Art of War. Sabaton nadal ukazuje na niej, wszystko, co miał i ma najlepsze. Warto pamiętać, iż jest to przecież pierwszy koncepcyjny album o historii Szwecji w dorobku tego zespołu. Pomimo iż jednakowe obie wersje (angielska oraz szwedzka) są dobre to moim zdaniem doskonale dopasowanym językiem pod skomponowaną muzykę, jest jednak wersja szwedzka. Jako Polacy doceniliśmy fakt, że, w końcu Sabaton przedstawił historię swojego kraju. Okoliczności związane z powstaniem płyty były smutne, ale cóż, czasu nikt nie cofnie. Ja mając w głowie wcześniejsze, mocno przeciętne jak dla mnie Coat Of Arms, album Carolus Rex uważam za wybitny, stawiając go na równi z Art of War, choć wiedząc, że jest nieco inny. To jest kolejna płyta, na której korzyść działa upływający czas. Dlatego też chętnie do niej wracam. Jak chociażby do kompozycji takich jak Lejonet Från Norden, Gott Mit Uns, En Livstid I Krig, Carolus Rex czy Ruina Imperii. Do tego dwie równie wspaniałe okładki. Oprócz tego wszystkiego wkrada się jeszcze pewna bardziej osobista historia, związana z faktem, że to na krakowskim koncercie promującym ten właśnie album, pierwszy raz ujrzałem Angelinę, najpierw swoją najlepszą przyjaciółkę a obecnie partnerkę. To dodaje jeszcze bardziej subiektywny czynnik sentymentalny. Dlatego ocena może być tylko jedna dla tego arcydzieła, nawet pomijając moje osobiste wspomnienia.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak