Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – Coat of Arms (2010)

Osoby śledzące mojego bloga wiedzą już, że nie pierwszy raz recenzuje album grupy Sabaton. Jest tak, chociażby z powodu, iż, łączy moje oba zainteresowania, muzykę i historię. Zainspirowany dość interesującej konwersacją z Martą, wezmę się za mający już dokładnie dziesięć lat, piąty studyjny album Szwedów, zatytułowany Coat of Arms. Napiszę, co sprawia że, pomimo upływu dekady od jego wydania, tak naprawdę moja opinia o nim jest w sumie niezmienna.

Tytułowy singiel otwierający ten album, brzmi jak kontynuacja drogi, jaką zespół obrał na płycie The Art of War z 2008 roku. Na temat krążka o sztuce wojny wyraziłem swoje zdanie, kto nie zna, polecam się zapoznać. Co do Coat of Arms, jest dobry, ale nie odkrywczy. Natomiast drugi utwór Midway, opowiadający o legendarnej bitwie morskiej, rozegranej podczas II Wojny Światowej między USA a Japonią, to jest istna energetyczna oraz przebojowa petarda. Swoją drogą pojawił się w kinach bardzo dobry film o tym samym tytule. Także jak ktoś jest fanem kina wojennego. Polecam. Szkoda, że, Sabaton-u nie zaprosili do współpracy. Także Midway, to genialny utwór do nakręcenia się przed pracą, jeśli ktoś ma ją dość stresującą. Oddający instrumentalnie i wokalnie przez Joakima dramatu owej morskiej batalii.

Polski akcent, który oczywiście pojawia się w Uprising. Kompozycja również odpowiednio oddaje realia Powstania Warszawskiego, jest przebojowa, a jednocześnie też dramatyczna. Za to zapewne polscy fani jeszcze bardziej pokochali grupę, a polski fanklub Polish Batalion, zyskał nowych członków. Zresztą moim zdaniem słusznie. Także na razie nie jest źle.

Inna sprawa już jest w przypadku drugiego i ostatniego singla promującego tę płytę czyli – Screaming Eagles. No i tu pojawiają się przysłowiowe ,,schody”. Jak dla mnie pod kątem muzycznym jest on mocno przeciętny, a co najważniejsze za mało przebojowy jak na singiel. Wpada i wypada jednym uchem. Natomiast piąta kompozycja to zupełnie inna historia. Oczywiście mam tu na myśli The Final Solution. Zapewne z racji delikatnej tematyki, która została muzycznie genialnie oprawiona, ten utwór jest moją słabością i najlepszą jak dotąd balladą w dorobku tej grupy. Kolejny utwór Aces In Exile, jest też o Polakach, jak i innych cudzoziemcach biorących udział w Bitwie o Anglię. Jednak muzycznie? Znowu wpada i wypada jednym uchem. Tak samo jest też z Saboteurs. Poruszający tematykę ciężkiej wody i akcji sabotażowej przeprowadzonej przez norweski ruch oporu. Słabo.

Jednak z ósmą kompozycją zatytułowaną Wehrmacht, pojawiają się kontrowersje. Chodzi o tematykę niemieckiego wojska III Rzeszy, czyli Wermachtu. W wielu państwach europejskich, z racji doznanych krzywd, nie został on odebrany pozytywnie, a wręcz przeciwnie. Choć sam w sobie nie wychwala owej armii, najwidoczniej Joakim i spółka przecenili zdolności interpretacyjne części fanów. Zwłaszcza Polaków. Przedostatni White Death jest o najlepszym moim zdaniem snajperze, który stąpał po tej Ziemi i jednocześnie jest jednym z największych bohaterów narodowych dla wszystkich Finów, mówię oczywiście o istnym łowcy żołnierzy radzieckich w czasie wojny zimowej, czyli Simo Häyhä o pseudonimie Biała Śmierć. Tu trashowe riffy to istna magia, tak samo jak solówka gitarowa. Ostatni bardziej rock’n rollowo / metalowo tematycznie Metal Ripper muzycznie broni się bardzo dobrze, zatem fakt luźniejszej tematyki jest do wybaczenia, bo tu jest druga pod kątem technicznym, najlepsza solówka gitarowa na tej płycie. Zamknięcie albumu lepsze niż początek.

Podsumowując to wszystko i dodając coś jeszcze od siebie. Album jest ogólnie dobrą kontynuacją The Art of War, ale z paroma dobrymi patentami. Kontrowersyjną tematyką akurat przeciętnego utworu, jeśli chodzi o muzyczny aspekt – Wehrmacht. Drugi już po 40:1, w dorobku Sabatonu ,,polski hit koncertowy” – Uprising. Ponadczasową balladę, przy której za każdym razem mam łzy w oczach, The Final Solution oczywiście mam tu na myśli. Dający odpocząć od historii samej w sobie, Metal Ripper, no i dwie energetyczne petardy, czyli, Midway oraz White Death. Oczywiście wszystkie te wymienione kompozycje są moimi ulubionymi z tej płyty, do których wracam bardzo często. Reszta jest przeciętna, ale też nie na fatalnym poziomie muzycznym. Krótko mówiąc, w wyniku prostej kalkulacji, album wypada nie najgorzej w moich uszach, chociaż w porównaniu do poprzedniczki, forma spadła prawda Marto? Dla mnie nieco spadła jeśli chodzi o cały krążek, pomimo nieco lepszej okładki.

8/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – The Great War (2019)

Z racji, iż nie tylko muzyka jest jedną z moich pasji. Po raz trzeci wróciłem do dobrze znanego szwedzkiego zespołu Sabaton. Tym razem sięgnąłem po ich najnowszy album zatytułowany The Great War, wydany 19 lipca 2019 roku oczywiście przez Nuclear Blast. Wolałem wrócić do niego po krótkiej przerwie, aby mieć nieco chłodniejsze spojrzenie na ową płytę. Czy owy album mnie rozczarował? Może czymś zaskoczył? Tym bardziej iż, jest to trzeci album koncepcyjny w historii tej grupy, jak sam tytuł płyty sugeruje o I Wojnie Światowej. Zobaczymy. Tym bardziej iż, na koniec zostawiłem małą niespodziankę dotyczącą owej płyty.

Bardzo ważną rolę odegrał na tej płycie utwór otwierający, czyli The Future of Warfare. Opowiadający o przełomie technologicznym w zakresie obronności, mianowicie o pojawieniu się po raz pierwszy czołgów podczas działań wojennych podczas I Wojny Światowej. Jeśli chodzi o muzykę to sam elektroniczny, trochę pompatyczny początek, wraz z elementami chóru oraz wokalem Joakima, zrobił dobre wrażenie, lecz później zmiany temp oraz wokalu również, zepsuły nieco owy efekt. Nie odbudowała go tu nawet naprawdę dobra solówka gitarowa.

Seven Pillars of Wisdom zaczyna się natomiast dobrym riffem gitarowym. Tu też wokal Joakima jest wspierany, ale przez bardziej gustownie dobrany męski chór jak na moje ucho. Sam utwór opowiada o działaniach brytyjskiego wojskowego, dyplomaty oraz archeologa Thomasa Edwarda Lawrence na Bliskim Wschodzie. Tu akurat kompozycja jest w odpowiednich momentach dynamiczniejsza, co jest akurat jej plusem.

Trzeci utwór, będący później singlem, stanowił dla mnie zagwodkę. Czemu? Dlatego iż, opowiada historię losów zarówno 82 Dywizji Powietrznodesantowej oraz o Alvinie Yorku. Co było stanowiło w tej historii dla mnie problem, fakt iż, na ostatnim albumie The Last Stand , za pomocą intra Diary of an Unknown Soldier oraz utworu The Last Battalion poruszony zostaje lepiej, po raz pierwszy motyw amerykański podczas I Wojny Światowej, niż na wyżej wspomnianym singlu czyli 82nd All the Way z The Great War. Mam tu na myśli spójność muzyki z lirykami. Bo sam utwór 82nd All the Way pod kątem muzycznym, nie jest zły, należy wręcz do bardzo wąskiego grona utworów z tej płyty. Tak samo jest z Devil Dogs, drugim na tej płycie utworze, opowiadającym o amerykanach. Oba są bardzo dynamiczne, dzięki dobrym riffom gitarowym oraz skąpej ilości elektroniki. Przynajmniej w moim odczuciu,ale tylko jeśli chodzi o ich muzyczny aspekt.

The Attack of the Dead Men pod kątem historycznym, jest ciekawy, lecz tutaj znowu muzyka jak dla mnie w pełni nie odzwierciedla grozy, paniki oraz cierpienia jaki przeżywali rosyjscy żołnierze zaatakowani przez Niemców gazem musztardowym 6 sierpnia 1915 roku. Poważnie, jak dla mnie szanuję za próbę, lecz okazała się ona trochę nieudana.

The Red Baron oraz Great War to dwa single. Oba okazały się na tyle przebojowe, iż trafiły w mój gust. Dobre riffy połączone z nieprzekombinowaną perkusją, wirtuozerska, choć bardzo gospelowa solówka keybordowa na The Red Baron bywała irytująca, ale tylko podczas kilkukrotnych przesłuchań. Tytułowy The Great War nawiązuje do ogólnego cierpienia podczas owego konfliktu (Wielkiej Wojny), szczególnie podczas bitwy pod Passchendaele, której tragiczny obraz zespół poruszył wcześniej w utworze The Prise of a Mile z płyty Art of War z 2008 roku, możliwe, iż, to było powodem, dlaczego też tak mi się spodobał jako fanowi. Sam tytuł The Red Baron jest oczywiście o słynnym niemieckim asie przestworzy o tym właśnie pseudonimie.

W A Ghost in the Trenches , Sabaton po raz drugi opowiada o słynnym snajperze, tym razem o kanadyjczyku Francisie Pegahmagabow, bohaterze oczywiście I Wojny Świtowej. Tylko problem polega znowu na tym, że w przeciwieństwie do White Death z Coat of Arms z 2010 roku, nie jest to tak dynamiczny utwór. Jest dla mnie po prostu za spokojny przez co nieco nużący i o wiele mniej przebojowy.

Pierwszy singiel promujący płytę przed jej premierą to Fields of Verdun. Tekst dotyczy historii Francji, a dokładnie opowiada o jednym z nielicznych aktów odwagi ich wojskowych w czasach współczesnych. Temat poruszony w tym utworze sprawił, iż, naprawdę z wielkim oczekiwaniem czekałem na ten krążek. Pod względem muzycznym, niczego mu nie brakowało w chwili wydania, jak i teraz. Gdyż już od samego początku do samego końca jest dynamicznie, riffy gitarowe oraz idealnie skomponowane partie perkusyjne, a także uspokojenie, czyli dramatyczny zwrot akcji, wraz z najlepszym solo gitarowym na tej płycie.

Przed ostatni The End of the War to End All Wars już od swojego smyczkowo-fortepianowego początku wprowadza wreszcie refleksyjny nastrój, potem pomimo bardziej dynamicznych riffów oraz wreszcie najbardziej rozbudowanych partii perkusyjnych utrzymuje się do samego końca. W sumie lepiej późno niż wcale no i po raz trzeci chór wkomponowany odpowiednio. Jak dla mnie outrem płyty jest muzyczna aranżacja popularnego wierszu, oczywiście z czasów Wielkiej Wojny In Flanders Fields, okoliczność, iż został umieszczony po naprawdę dobrym The End of the war to End All Wars, a także chór brzmiący za bardzo kościelnie, przekreśla go u mnie całkowicie i tym samym klasyfikuje jako najgorszym outro w historii Sabatonu, gdzie znowu sam pomysł nie był zły, lecz wykonanie pozostawiło mi sporo do życzenia.

Teraz jeszcze parę słów podsumowania. Całość jako album jest spójna to fakt. Lecz jakość brzmienia jest gorsza od ostatniego The Last Stand. Piszę to nie tylko jako recenzent, ale i jako fan Sabatonu, którym pozostanę. Nie będę tu wymieniał porównań połączenia disco-polo z metalem z odzysku, bo tak zrozumiałem Mirka, kiedy dzielił się swoimi odczuciami, odnoście tej płyty, o które go osobiście zapytałem, lecz tak jak same historie są naprawdę świetne, tak muzyczne ich obraz, jeśli chodzi o cały krążek, jest bardzo rozmazany. Wspomnianą niespodzianką jest fakt, iż nieco lepsza jest History Edition, gdyż gości na niej głos amerykańskiego historyka Indgiego Neidella. Standardowa wersja jest naprawdę fatalna. Na koniec dodam, iż poza singlami, które są znośne, oprócz naprawdę bardzo dobrego Fields of Verdun, godnymi uwagi są Devil Dogs i The End of the war to End All Wars, co sprowadza mnie do naprawdę wydania może nie bardzo krytycznej, lecz też niepochlebnej oceny tej płycie, nie tylko z perspektywy recenzenta, ale zwłaszcza jako fana tego zespołu, co z tej drugiej perspektywy łatwe nie było.

Korekta Paulina Wawrzusiak

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – Carolus Rex (2012)

Postanowiłem ponownie odświeżyć sobie kolejny, bo drugi już album zespołu Sabaton. Carolus Rex, bo o nim mowa, ma już ponad 6 lat od swojego wydania oraz jest szóstym albumem Sabaton u. Był to też pierwszy krążek, na którym zarówno po angielsku, jak i po szwedzku, przybliżone zostały dzieje Imperium Szwedzkiego. Dotyczoną onee zarówno jego powstania, jak i upadku. Wspominałem już, że ten zespół lubię, więc podzielę się swoimi odczuciami, po sześciu latach o oficjalnej premiery tej płyty. Czy nadal do niego wracam? Może jednak niektóre utwory odżyły na nowo a inne umarły? Przekonajmy się. Dodam też, iż, jest to ostatni krążek przed odejściem z zespołu Daniela Mÿhra (instrumenty klawiszowe), Daniela Mullbacka (perkusja), Rikarda Sundéna(gitara) oraz Oscar Monteliusa (gitara). Ich brak wprowadził lekki chaos, ale zespół, a raczej dwójka jego założycieli doskonale z tym sobie poradziła.

Na początku mamy do czynienia z doskonale budującym napięcie krótkim intrem Dominium Maris Baltici. Z którego od razu przenosimy się do pierwszego utworu The Lion From The North/ Lejonet Från Norden. Dynamika jest nadal utrzymana, całość uzupełniają wyraźne przejścia perkusji. Umiejętne wykorzystanie chórków śpiewających o chwale Gustawa II Adolfa: Gustavus! Adolphus! (Gustavus Adolphus gå fram, libera, impera) Libera et impera! Acerbus et ingens! (Acerbus et ingens gå fram, libera, impera) Augusta per augusta. Potem dochodzi do tego solo gitarowe i klawiszowe. Jest to Najbardziej epicki początek, z jakim miałem i mam do czynienia.

Gott Mit Uns/ Gott Mit Uns to również energetyczny utwór, choć nie tak epicki, jak pierwszy. Przedstawione są w nim okoliczności pierwszej bitwy pod Breitenfeld, w trakcie wojny trzydziestoletniej, którą Szwedzi stoczyli przeciwko Niemcom. W jej wyniku Gustaw II Adolf zmienił układ sił w ówczesnej Europie na korzyść Imperium Szwecji oczywiście. Muzycznie riffy, jak i sama melodia bardzo łatwo wpada w ucho. Nic dziwnego, że , utwór ten został umieszczony na set liście koncertowej zespołu na bardzo długi czas.

A Lifetime Of War/En Livstid I Krig jest naprawdę dobrą oraz nastrojową balladą. Jednak mnie osobiście tekst w języku szwedzkim jakoś tak bardziej porusza. Poza tym udział instrumentów smyczkowych nadaje podniosły charakter wyżej wspomnianemu utworowi. Wszystko jest tu dopracowane. Można się o tym przekonać zwłaszcza w momentach, kiedy gra staje się bardziej dynamiczna. Uwagi słuchacza zwraca końcowe, gitarowe solo.

1648/1648 to data jednej z bardziej spektakularnych porażek w historii Szwecji. Chodzi bowiem o nieudane oblężenie Pragi w trakcie wojny trzydziestoletniej. Tu wszystko jest ok, choć jakimś dziwnym trafem utwór ten zawsze mi wpadał i wypadał jednym uchem. Teraz też tak jest pomimo niezłego gitarowego solo. No cóż, tak czasem bywa.

The Carolean’s Prayer/Karolinens Bön to druga ballada na tej płycie. Moim zdaniem jest odpowiednia, choć nastroju na samym początku nadały partie organ kościelnych, odnosząc się do samego tytułu. Sama opowieść jest dość prosta, bo opowiada o niezłomności i wierze żołnierzy w samego Boga, jak i wodza Karola XII.

Tytułowy Carolus Rex kontynuuje dzieje Karola XII, wspominając czas jego oficjalnego wstąpienia na tron. Jak na singiel przystało, pod względem muzycznym jest to znowu jeden z najbardziej epickich utworów na płycie. Po raz kolejny mam do czynienia z bogatym dorobkiem perkusji oraz doskonale dobranymi riffami. Uroku dodają także breakdowny oraz solo gitarowe będące jednym z najlepszych na całej (może nawet najlepsze). Nic więc dziwnego, że Sabaton nie rezygnuje z niego na swoich koncertach.

Killing Ground /Ett Slag Färgat Rött to dobra dawka energii. Bez zbędnego patosu, utwór opowiada po prostu o męstwie szwedzkich żołnierzy nacierających na niemieckich wrogów bez żadnej litości. Nie mniej jednak ten utwór jest idealny do wyżycia się pod sceną, w tym do headbangingu.

Poltava to już troszeczkę inna sprawa. Tutaj znowu słyszymy o bardzo dotkliwej porażce Szwedów pod Połtawą, ze strony Cesarstwa Rosyjskiego, w którym rządził Piotr I Wielki. Poprzez dynamiczne riffy, jak i zmiany temp zespół oddał doskonale zarówno panikę, jak i strach Szwedów. Efekt uzupełnią jednakowo wspaniały głos Joakima. Jak i odpowiednie użycie chórków, to wszystko składa się na kolejny, dobry epicki utwór.

Trzecią a przy tym ostatnią balladą na płycie jest ta o śmierci Karola XII. Mowa oczywiście o Long Live The King/Konungens Likfärd. Jest równie pompatyczna oraz klimatyczna jak dwie pozostałe. Doskonałym zamknięciem płyty jest Ruina Imperii/ Ruina Imperii, która podkreśla już totalny upadek szwedzkiego, które jednak trwało ponad sto lat, dając nawet nam jako Rzeczpospolitej w kość. Utwór można określić jako elektroniczny majstersztyk połączony znowu z instrumentami smyczkowymi. Efekt nadaje nietypowo zmutowany wokal Joakima wraz z udziałem męskiego chóru.

Podsumowując. Płyta była i jest równie dobra, jak The Art of War. Sabaton nadal ukazuje na niej, wszystko, co miał i ma najlepsze. Warto pamiętać, iż jest to przecież pierwszy koncepcyjny album o historii Szwecji w dorobku tego zespołu. Pomimo iż jednakowe obie wersje (angielska oraz szwedzka) są dobre to moim zdaniem doskonale dopasowanym językiem pod skomponowaną muzykę, jest jednak wersja szwedzka. Jako Polacy doceniliśmy fakt, że, w końcu Sabaton przedstawił historię swojego kraju. Okoliczności związane z powstaniem płyty były smutne, ale cóż, czasu nikt nie cofnie. Ja mając w głowie wcześniejsze, mocno przeciętne jak dla mnie Coat Of Arms, album Carolus Rex uważam za wybitny, stawiając go na równi z Art of War, choć wiedząc, że jest nieco inny. To jest kolejna płyta, na której korzyść działa upływający czas. Dlatego też chętnie do niej wracam. Jak chociażby do kompozycji takich jak Lejonet Från Norden, Gott Mit Uns, En Livstid I Krig, Carolus Rex czy Ruina Imperii. Do tego dwie równie wspaniałe okładki. Oprócz tego wszystkiego wkrada się jeszcze pewna bardziej osobista historia, związana z faktem, że to na krakowskim koncercie promującym ten właśnie album, pierwszy raz ujrzałem Angelinę, najpierw swoją najlepszą przyjaciółkę a obecnie partnerkę. To dodaje jeszcze bardziej subiektywny czynnik sentymentalny. Dlatego ocena może być tylko jedna dla tego arcydzieła, nawet pomijając moje osobiste wspomnienia.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – The Art of War (2008)

Tym razem przeniosę się do szwedzkiego Falun, miejsca narodzin Sabatonu, kapeli uwielbianej przez jednych, znienawidzonej przez innych. Sam lubię ich twórczość, może też z powodu mojego hobbistycznego zainteresowania historią. Tak czy inaczej, odświeżyłem sobie po prawie 11 latach przerwy, ich czwarty studyjny album zatytułowany The Art of War. Czy dalej mnie zachwyca lub nudzi? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Ogólnie tematyka płyty opiera się na szeroko rozumianej sztuce wojennej. Fakt, iż, w prologu (intrze) Sun Tzu Says jest cytowany fragment dzieła samego Sun Tzu, akurat o tym samym tytule, nie jest przypadkiem. Jednak samo zastosowanie go jako lektora z kobiecym głosem chyba tak.

Pierwszy utwór po intro, czyli Ghost Division oprócz tego, iż, paradoksalnie opowiada o legendarnej 7 Dywizji Erwina Rommla, to nadal pod kątem dynamiki sieje istne spustoszenie. Nie brakuje klawiszy dopełniających gitary oraz dużej ilość blastów. Efekt dopełnienia to solo na keybordzie.

Tytułowy The Art of War, zaczyna się kolejną mądrą deklamacją ze strony pani lektor, cytującą znowu Sun Tzu. Tutaj znowu jak kiedyś tak i teraz otrzymałem solidną porcję idealnie pokrywających się partii klawiszy i gitar. Plusem są też bardzo wyraźnie podkreślone przejścia przez perkusje, a zwłaszcza blasy, no i wpadający w ucho jednak rytm charakterystycznych klawiszy. Solówka gitarowa również nadal jest bardzo dobra. Oprócz tego wokale wspierające Joakima też robią swoje.

Czas najwyższy utwór, którym Szwedzi zjednali sobie serca wszystkich polskich fanów. Mam na myśli kultowy już 40:1. Opowiadający epicką historię naszych mężnych żołnierzy, którzy bronili Wizny przed Niemcami do ostatniej kropli krwi. Co ciekawe 40:1 pozwolił, aby świat dowiedział się o tym, że to w Polsce zaczęła się II Wojna Światowa. Pod kątem muzycznym jest to kolejny klasyk koncertowy, gdyż wszystkie elementy, czyli przejścia perkusyjne oraz gitary, a także wokale wspierające są dopięte najlepiej jak można, jak epickie solo gitarowe. Dla mnie paradoksem jest, że niektórzy nasi rodacy, potrafią żartować na ten temat i nie przyznawać się, że go nie słyszeli, bo w to akurat nie uwierzę.

Unbreakable jest kolejnym z dynamicznych utworów. Jednakże odrobiny czegoś mu zabrakło. Szkoda. Skoro nawet naprawdę dobre gitarowe solo go nie ratuje na tyle, abym zmienił zdanie. Później mamy kolejny barwny przerywnik w postaci The Nature of Warfare pozwalający nieco odpocząć. Oraz posłuchać wywodów Sun Tzu.

Natomiast kolejny utwór Cliffs of Gallipoli, mówi o beznadziejnym oraz niepotrzebnym poświęceniu wielu istnień ludzkich w bitwie o Gallipoli w 1915 roku podczas I Wojny Światowej. Zaczyna się od bardzo szybkiej partii pianina, które towarzyszy do samego końca tej kompozycji. Jednocześnie podkreśla dzięki temu epickość tej opowieści. Kolejny już kultowy przebój w dorobku zespołu, którego nie naruszył w żaden sposób upływający czas. Jak i kolejnego doskonałego solo gitarowego, jednego z trzech najlepszych na całym albumie.

Talvisota to natomiast pokazanie konfliktu znanego jako wojna zimowa, z perspektywy totalnie zaskoczonych Sowietów którzy, nie spodziewali się aż tak zażartego oporu ze strony Finów. Jednak w ostateczności fiński Dawid przegrał z sowieckim Goliatem, nie poddając się jednak tak łatwo, czego dowodem było aż 126 825 poległych samych żołnierzy radzieckich, przy zdecydowanie mniejszych stratach ze strony Fińskiej. My jako Polacy mieliśmy i nadal mamy z Finami wiele wspólnego, może więc dlatego mi ten utwór nawet muzycznie nadal przypada do gustu, a zwłaszcza jego szybkie tempo, o czym świadczą bardzo szybkie partie gitarowe.

Panzerkampf rozpoczyna się nawet bardzo dobrym gitarowym solo. Tutaj mamy przedstawiony kolejny konflikt, czyli tak zwaną wojnę ojczyźnianą z perspektywy Sowietów, jako ofiar ze strony agresji Niemców. Jako Polak tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć, bo nasz kraj oba te reżimy doświadczyły okrutnie, lecz mimo wszystko prości ludzie nie byli niczemu winni, bronili swoich domów przed wrogiem w największej bitwie pancernej II Wojny Światowej. Muzycznie znowu nie ma się do czego doczepić. Poza tym słyszę tu drugie równie dobre solo, dobre zmiany temp budujące nastój.

Union (slopes of st. Benedict) to opowieść o tak naprawdę międzynarodowych aż czterech bitwach o Monte Cassino. Warto podkreślić, że Polacy, dla których był to chrzest bojowy, w ostateczności po prawie 5 miesiącach działań Aliantów zdobyli Monte Cassino. Tu też niczego nie brakowało i nie brakuje. Wprowadzający głos pani lektor, też znowu zdaje egzamin. Jednak to drugi dobry, ale nie genialny utwór, któremu czas chyba zabrał to ,,coś”.

Kolejna niezwykle poruszająca, przynajmniej dla mnie historia o cenie ludzkiego życia jest ukazana w kolejnym już teraz kultowym The Price of a Mile. Może nie ma tu pianina, ale nie jest potrzebne, aby poczuć tak naprawdę klimat tej kompozycji. Tak samo, jak w przypadku Cliffs of Gallipoli. Mogę nawet rzec, iż to są dwa najbardziej nastrojowe, nietypowe ballady z całego muzycznego dorobku grupy.

Ostatni Firestorm to istna muzyczna burza gitar oraz ogromnej ilości przejść. Oprócz tego to w tym utworze znalazłem drugie najbardziej interesujące solo klawiszy z tej płyty. Jest to ostania dawka energii przed zamykającym płytę outro A Secret. Z wersji re-armed miałem do czynienia z dwoma bonusowymi utworami, przedstawiającymi szwedzkich wikingów w heavy metalowym stylu kolejnym, czyli Swedish Pagans oraz Glorius Land, który ogólnie opowiada o obronie własnej ojczyzny. Pierwszy okazał się kolejnym koncertowym hitem. W tym drugim natomiast jest bardzo dobre gitarowe solo oraz dość interesujący zabieg wokalny Joakima. Pomijam bowiem wersję demo Art of War czy wykonany na żywo Swedish National Anthem.

Podsumowując. Pomimo upływu 11 lat od wydania tej płyty, nadal jest ona istną kopalnią przebojów, poza tym tylko jeszcze dwie płyty mają porównywalna ilość kultowych kompozycji dla fanów zespołu Sabaton. O tych dwóch pozostałych płytach też napiszę parę słów. Tak czy inaczej. Moi byli i obecni faworyci z tego albumu, czyli 40:1, Ghost Division, Art of War, Cliffs of Gallipoli, Panzerkampf oraz The Price of a Mile, natomiast z bonusów Swedish Pagans. To wyraźnie jak bardzo dobry jest to album. Moim zdaniem nadal jednym z trzech najlepszych zespołu Sabaton.

10/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Follow The Cipher – Follow The Cipher (2018)

Już niestety po kolejnej edycji Masters of Rock. Uwierzcie-było świetnie. Tak się składa, iż, tegoroczna edycja pozwoliła mi, powrócić do płyty, z którą moje uszy nie miały pierwszego dobrego kontaktu. Mówię tu o debiutanckim albumie szwedzkiej grupy Follow The Cipher o dokładnie takim samym tytule, wydany 11 maja 2018 roku przez Nuclear Blast. Czy dobrze zrobiłem, wracając do tej płyty, po dość długiej przerwie? Zobaczymy.

W Enter the Cipher klawisze posłużyły jako dobre intra. Potem wkracza dość nietypowy wokal Lindy, a potem dwóch wokali wspierających. Mam tu na myśli Viktora. Ten duet o dziwo wypada dobrze, potem otrzymujemy bardzo dobrą solówkę gitarową. No i znowu uspokojenie tempa i ostatni break down. Powalony nie byłem, ale też nierozczarowany.

Druga kompozycja, czyli Valkyria to istna petarda energetyczna. Zarówno w wersji studyjnej, jak i na żywo. Choć wokal Lindy jest tu mocno na pograniczu krzyku, przynajmniej ja ciągle odnoszę takie wrażenie. Znowu dobry udział Viktora, lecz dodatkowej dynamiki i mocy dodają istnie metalcore break downy, blasty i scream. Mieszanka, która albo wypali, albo nie, w moim przypadku wypaliła tak, jak trzeba.

My Soldier jest dość mocno przeciętny, choć tu też Linda wraz z Vicktorem się bardzo się starają, muzycznie też to wszystko nie jest złe, bo są przejścia, odpowiednie klawisze, ale mimo to wpada i wypada mi to jednym uchem. Z Winterfall jest znowu inna sprawa, sam riff zmieniający się potem w dobrą gitarową solówkę to jest to. Wokal jest dobry, trzy jasno określone przejścia, no i bonusowa druga gitarowa.

Myślałem, że tego uniknę, ale jednak teraz wyłapię to, co wyróżnia pozostałe kompozycje autorskie na tej płycie. Titan’s Call zaczyna się trochę inaczej, a oprócz tego jest kolejnym utworem z dwoma naprawdę dobrymi solówkami. The Rising natomiast jest dla mnie najbardziej chwytliwym oraz energetycznym utworem na tym albumie. Do tego w trakcie wokalu Lindy, złowrogi głos i fraza: ,,Hunter will remember” pomysł genialny. Do tego gościnne solo Chrisa Rörlanda. Na żywo dla mnie również istny majstersztyk.

Z A Mind’s Escape mam problem, bo niby jest wszystko w miarę dobrze, zmiany temp etc. Okazał się dla mnie zbyt dziwny lub niekompletny. Tak samo z Play with Fire, choć fortepian jako początek zachęcał, ale oprócz tego, pomimo iż riffy nie były złe, jak i cała reszta.

I Revive oraz Starlight zaczynają się bardzo przebojowo. Tu nie ma żadnych eksperymentów, co jest dobre. Riffy, breakdowny, partie dwugłosowe. Na Startlight jednak Vicktor brzmiał bardzo podobnie do Nilsa z Astral Doors, oprócz tego znowu zaserwował bardzo dobry scream, a metalcorowe zabiegi sprawiły, że album, zakończony został z hukiem.

Inną zupełnie kwestią jest cover zespołu Sabaton utworu Carolus Rex, gdyż jeden z założycieli zespołu Karl Kängström pomagał przez długi czas w pisaniu piosenek tej grupie. Przerobiony dość pomysłowo, ale potraktowałem go jako dodatek do płyty, a nie jej integralną część.

Podsumowując. Debiut nie jest najgorszym, z jakimi moje uszy się spotykały. Część płyty gdzie utwory, nie były dopracowane, bo zespół badał, czy pewne rozwiązania się przyjmą, szkoda, tylko że to się przeplatało z kompozycjami gotowymi. Dokładnie pięć numerów jest naprawdę dobrych, a moimi ulubionymi aż trzy, czyli: The Rising, I Revive oraz Starlight. Jeśli chodzi o spójność muzyczną, niby jest, ale złe jak dla mnie ułożenie utworów powodowało, iż finalnie nie była ona dostateczna. Jeśli ktoś jest fanem futurystycznych brzmień i nie boi się posłuchać czegoś sprawdzonego, polecam sprawdzić. Spodoba się lub nie. Mnie ta płyta, jak na debiut, no i po 9-miesięcznej przerwie, bardzo przypadła do gustu, na, tyle że, będę śledził dalej poczynania tej grupy, oczekując, iż może kiedyś, zagrają koncert w Polsce, na tak wysokim poziomie, jak w tym roku na Masters of Rock. Na koniec dodam, że okładka sama w sobie jest bardzo mroczna.

8/10