Kategorie
Bez kategorii

Midnight- Satanic Royalty (2011)

Kolejny zespół, o którym dowiedziałem się na czeskim festiwalu Brutal Assault. Amerykański Midnight, który przez większą część życia funkcjonował jako ,,one man band” pod wodzą niejakiego Athenara, do którego przed wydaniem drugiej płyty dołączył kolega o wdzięcznej ksywie SS. Projekt powstał w 2003 roku i w zamyśle miał grać miks black metalu ze speed metalem. Dziś jednak zamierzam odnieść się do debiutanckiego krążku Midnight zatytułowanego wdzięcznie Satanic Royalty , wydanego 8 listopada 2011 roku. Czy album okaże się równie dobry, co parę utworów zagranych z niego na wspomnianym wcześniej festiwalu? Czy jest dalej godny nazwania go pionierskim w nowym nurcie metalu? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Tytułowe Satanic Royalty idealnie otwiera album. Już bowiem od początkowych wolniejszych riffów, pierwszy wrzask Athenara , następuje zmiana tempa na dynamiczniejsze. Pojawia się też bardzo dobra, choć krótka, solówka gitarowa. Wyraziste przejścia oraz partie perkusyjne, które średnio podchodzą pod blackowe, a raczej bardziej punkowe dopełniają wszystko Do tego genialnie dobrany wokal. Owo tempo pozostaje utrzymane przy You Can’t Stop Steel, tej motoryki jest o wiele więcej, do tego dograny drugi wokal też daje genialny efekt. Tutaj natomiast znajduje się jedna z najlepszych solówek gitarowych na tym krążku. Na Rip This Hell tak naprawdę tylko riffy trochę się równią. Dalej jest energia, przez co dalej z automatu headbangingu mi się chce. Natomiast Necromania jest już cięższa i trochę wolniejsza, może przez dużą ilość blastów oraz przejść, ale dalej pomimo pozorów, daje mi tylko chwilę oddechu, bo w połowie wraca odpowiednia prędkość.

Black Damnation rozpoczyna mylnie solówka gitarowa, która mogłaby zapowiadać balladę. Jednak to nie ballada, bardziej spokojny utwór, choć sam zamysł szanuję, to może przez sam wokal, skłonny do rozważań nie jestem. Druga solówka gitarowa jest równie dobra, choć nie tak jak otwierająca. W Lust Filth and Sleaze dla odmiany znowu usłyszałem najszybszą solówkę gitarową na tej płycie. Powróciła piekielnie dobra prędkość. Podobnie jest zresztą na Violence On Violence oraz Savage Dominance. Na Holocaustic Deafening bardzo podoba mi się podkreślenie partii basu od samego początku. Zamykający płytę Shock Til Blood rozpoczyna się znowu solówką gitarową innego typu, bardziej heavy metalową. Potem znowu diabelska prędkość i tak jak początek, tak również koniec jest spektakularny.

Tak się akurat złożyło, iż to na Midnight wypadło, aby opisać, ich debiutancki album jako jeden z wielu które miały wpływ na muzykę metalową. W czasie kiedy po dość długim czasie, licznych (trzech) EP-kach, (czterech) splitach, Athenar wypuścił pierwszy pełno metrażowy album, stał się pionierem. Stworzył bowiem nurt nazwany potem słusznie blackn’rollem. Połączeniem brytyjskigo Venom, znanego z kultowego Black Metal z 1982 roku, oraz legendarnego amerykańskiego Motorhead. Po ośmiu latach nie stracił na swej świeżości w żadnym stopniu. Dostarczone różnego rodzaju typy samych solówek gitarowych skutecznie przyprawiają o ból głowy jak po wypiciu wielu litrów mocnych trunków. Za każdym razem zarzekasz się, że, nie będziesz pił, a jednak to robisz, bo to lubisz. Tak samo ja mam z tym albumem. Do tego w tym przypadku tutaj mam swoich ulubieńców, tytułowy Satanic Royalty, Black Damnation, Lust Filth and Sleaze, Holocaustic Deafening oraz zamykający ten genialny krążek Shock Til Blood. Kto wie, może kiedyś odniosę się do najnowszego ich albumu, który planują wydać 24 stycznia przyszłego roku? Sam tego nie wiem. Dzieło wieńczy też okładka. Plyta okazała się naprawdę przełomowa i sprawiła, iż narodził się nowy muzyczny nurt. Jest on obecny nawet w naszym kraju. Mam tu nam myśli, chociażby zespół Brüdny Skürwiel. Jeśli nie znacie amerykańskiego Midnight, nadróbcie koniecznie zaległości, bo naprawdę warto! Athenar jest dla mnie mistrzem blackn’rollu, a już na pewno wykorzystania gitary elektrycznej. Ocena może być zatem tylko jedna.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Dragonforce – Extreme Power Metal (2019)

Ostatnio moją uwagę ponownie przykuł brytyjski Dragonforce. W okrągłe dwadzieścia lat od czasu rozpoczęcia swojej działalności wydali 27 sierpnia 2019 roku wydany przez Metal Blade Records, swój ósmy album zatytułowany bardzo odważnie, Extreme Power Metal. Czy okaże się faktycznie tak ekstremalny, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu jak sugeruje tytuł? Czy może będzie nad odwrót? Chętnie się przekonam oraz udzielę odpowiedzi.

Już od samego początku zespół nie próżnuje. Mam tu na myśli singiel otwierający Highway to Oblivion. Szybkie elektroniczne wprowadzenie, no i od razu hiper prędkość gitar połączona ze zgranymi partiami perkusji. Do tego nie tylko jeden główny wokal, a aż sześć biorąc pod uwagę cały krążek to dość sporo. Co do bogactwa riffów nie mam wątpliwości od heavy po thrash metalowe. Nawet w jedynym, wolniejszym a chwytliwym The Last Dragonborn, który trochę mi przypomina fragment ścieżki dźwiękowej z tej najstarszej wersji filmu Karade Kid. Natomiast zamykający płytę cover najsłynniejszej ballady autorstwa Celine Dion z filmu Titanic wyprowadził mnie mocno z równowagi, a potem tylko bawił. Potraktowałem go jako ciekawostkę, bo poważnie nie potrafię.

Dragonforce zaaplikował mi solidną dawkę energii, we wszystkich utworach z płyty, no może poza ostatnim. Podobno power metal jest gatunkiem uodpornionym na radykalne impulsy. Czy aby na pewno? Każdy bowiem, kto kiedykolwiek omdlewał, dyszał lub zesztywniał z podniecenia po usłyszeniu zwrotnych solówek oraz mknących jak błyskawica rymów, znajdzie to coś dla siebie. W moim przypadku jednak tego wszystkiego, czyli zawrotnej prędkości gitar połączonej z perkusją, było za dużo. Wokal Marca spisywał się świetnie, jednak na tej płycie ewidentnie zespół poszedł o krok za daleko. Tak więc w Extreme Power Metal jest dla mnie za dużo speed metalu, pomijając fakt, iż okładka jest rodem z jakiejś gry komputerowej, co wyjaśnia pikslowe brzmienie klawiszy w wielu utworach. Spójność albumu jest również nie do podważenia, bo jest zbyt przewidywana, lecz sprawia, iż, nie mam ulubionej kompozycji, która wyróżniałaby się czymś wybitnym. Album nie jest zły, ale zbyt intensywny oraz szybki, co chociażby po czterech pierwszych utworach, psuje bardzo dobre pierwsze wrażenie, jeśli o mnie chodzi, zwłaszcza aby do niego wracać. Na pewno nie. Zamiast naprawdę ekstremalnego power metalu, zespół stworzył kit-piksel-speed power metal.

Korekta Paulina Wawrzusiak

5/10