Kategorie
Bez kategorii

Brothers of Metal – Emblas Saga (2020)

Ach ta Szwecja. Ponownie mając do czynienia z zespołem z tego kraju, a dokładnie Brothers of Metal, nabrałem ochoty na odrobinę fuzji heavy metalu z viking metalem. Akurat tak się złożyło, iż właśnie ten zespół wydał swój drugi już album zatytułowany „Emblas Saga” dokładnie 10 stycznia 2020 roku nakładem AFM Records. Czy owo połączenie gatunków okaże się trafione? Po przesłuchaniu płyty, rzecz jasna, napiszę parę słów o swoich wrażeniach i odczuciach dotyczących krążka.

Intro „Brood of the Trickster” jest epickim wstępem do całego albumu. Lektor specyficznym tonem głosu wprowadza słuchacza w magiczny świat dźwięków. „Powersnake” to od samego początku heavy metal na wypasie. Dobrym zabiegiem jest w tym utworze zarówno męski jak i damski głos, w tle zaś słyszymy okrzyki Wikingów. Jeśli chodzi o muzyczny aspekt, jest nieźle. Nastrój budują spokojniejsze fragmenty i kobiecy wokal. Natomiast solówka gitarowa, jak dla mnie, jest trochę jakby wciśnięta na siłę. 

„Hel” otwiera niezły riff, w tle słyszymy okrzyki. Kawałek opowiada historię Hel, władczyni Krainy Umarłych, dziwną i niepokojącą. Tutaj jednak solówka dobrze się wkomponowuje. „Chain Breaker” oprócz tego, że jest dynamiczny i wokalista potrafi dobrze screamować, to nic nowego nie wnosi. Choć przyznać trzeba, że duet dwóch, różniących się od siebie wokali jest ciekawy, aczkolwiek tylko tyle. 

„Kaunaz Dagaz”, jak dla mnie, brzmi dziwnie. Muzycznie jest na poziomie przeciętnym. Broni się tylko jednym, bardziej thrashowym riffem i gitarową solówką. Natomiast spotkanie z partiami wielogłosowymi już miałem, więc nie ma tutaj zaskoczenia. Początek „Theft of the Hammer” przypomina mi trochę Amon Amarth, kiedy przestawili się na heavy metalowe kompozycje. Pomimo podobieństw, gitary sprawiają, iż bardzo dobrze się go słucha.

„Weaver of Fate” jest balladą, która jednak nie spełniła moich oczekiwań. Pomimo dobrego, damskiego wokalu i krótkiej solówki, nie ma tego czegoś. „Njord” jako pieśń o bogu mórz i opiekunie kupców, sama w sobie jest dobra, jeśli spojrzeć pod kątem lirycznym. Muzycznie broni się na tyle, że da się ją przesłuchać w całości.

Tytułowa „Emblas Saga” wreszcie porusza mnie na tyle, że budzę się z letargu. Śpiew w wykonaniu Ylvy w ich ojczystym języku sprawdził się w tym utworze idealnie. Deklamacja lektora, dobre tło muzyczne, ciekawe partie gitarowe i różnorodne barwy wokali zdały egzamin. Ten kawałek wprowadza wreszcie w epicki nastrój.

„Brothers Unite” rozpoczyna się dość spokojnie, wręcz flegmatycznie. Spodziewając się czegoś nowego, otrzymuję jednak znane mi już patenty. Nawet fragment, w którym słychać „zaśpiewy Wikingów podczas uczty”, nie ratuje tego utworu. Wprowadza natomiast słuchacza w zniecierpliwienie.  Zaczynający się epicko „One”, jest wręcz łagodny w swoim brzmieniu. Do tego screamujący wokal, uzupełnia drugi głos deklamacją. W dalszej części utworu znowu pojawia się Ylva. To wszystko razem brzmi na tyle dobrze, że mogę „One” zakwalifikować do udanej ballady. 

Przedostatni „Ride of the Valkyries” jest dynamiczny, choć nie na tyle, aby uznać trafność jego tytułu. Pomimo chęci i niezłych gitar, czegoś jednak zabrakło. Więc w ostateczności, jednak NIE!. Zamykający „To the Skies and Beyond” charakteryzuje dobra solówka gitarowa, riff jest dosyć chwytliwy, duety wokalne też dają radę. Także ostatni kawałek można uznać za znośny, wraz z symfonicznym zakończeniem.

Reasumując, na koniec powiem tak, jeśli chodzi o heavy metal o tematyce nordyckiej, to nie jest to fuzja na każdą okazję. Trzeba mieć odpowiednie nastawienie i dystans. Lirycznie jest przyjemne dla ucha, muzycznie ratują ten krążek od katastrofy „Powersnake”, „Theft of the Hammer”, „One” oraz „Ride of the Valkyries”. Sam album jednak na dłuższą metę nie zapada w pamięć . Zapewne wrócę do któregoś z tych utworów przy okazji gry komputerowej o tematyce nordyckiej, lecz raczej nie nastąpi to prędko.

Korekta: Sylwia Prekurat

5/10

Kategorie
Bez kategorii

Amon Amarth – Twilight of the Thunder God (2008)

Tak mi się wydaje, ale oczywiście mylić się mogę, że mało kto, zwłaszcza jeśli miał ze zdecydowanie cięższymi dźwiękami do czynienia, nie słyszał o szwedzkim Amon Amarth, czyli naczelnej grupie wykonującej szeroko rozumiany viking metal, którego może nie byli prekursorami, lecz na pewno odpowiadają za jego obecnie wielką popularność. No właśnie. Sam osobiście padłem ich ofiarą. Za sprawą wydanego 19 września 2008 roku, ich siódmego albumu zatytułowanego Twilight of the Thunder God, wydanego przez Metal Blade Records. Kiedy to ja rozpoczynałem pierwszy roku szkolny w liceum. Dostając ten album, od kumpla, który stwierdził, że: ,,Muszę go przesłuchać i tego nie pożałuję”. Faktycznie tak kiedyś było. Nie żałowałem. Byłem wręcz zachwycony! Czy po dwunastu latach nadal ma tej krążek w sobie to ,,coś”? No i czemu po zapoznaniu się z nim, przez wiele lat byłem ultra fanem Amonów, a później już trochę mniej? Tylko ponownie słuchając tego krążka, się to okaże. Tak zamierzam z dziką ochotą bowiem zrobić!

Już od samego początku nadal jest tak jak kiedyś. Za sprawą tytułowego singla Twilight of the Thunder God. Czemu? Po pierwsze iśćie ,,wojenny” wstęp. Scream Johana Hegga, perkusja i co najważniejsza od razu wpadający w ucho riff. Przebojowość na najwyższym poziomie. Po drugie, stopniowe zmiany tempa. Gościnny występ, jeśli chodzi o solo gitarowe Roppego Latvali (ówczesnego członka zespołu Children of Bodom, o tym akurat zespole pisałem nie raz na tym blogu). Solówka mistrzostwo świata! Breakdowny również, przez co headbanging zawsze jest! Po samym tytule można się domyślić, że, jest to pieśń o gromowładnym Thorze, walczącym z mitycznym wężem Jormungandem. Ciekawostką jest fakt, że od tego utworu, jeśli chodzi o teledyski, rozpoczęła się współpraca szwedzkiej grupy z polskim domem produkcyjnym Grupa 13 S.p.z.o.o. .

Na Free Will Sacrifice, dynamika nie zwalania, oj nie. Na samym początku nawet bardziej są podkreślone gitary, mam tu na myśli riffy oczywiście. W połowie znowu istna perkusyjna – gitarowo – wokalna nawałnica! Potem popisowe przejście gitar i perkusji. Czuć klimat mitycznego Ragnaröku. Choć ta kompozycja jest z tych dobrych.

Kolejny singiel, który nadal zwala z nóg. Kto czuwa nad Asgaardem? No kto?Guardians оf Asgaard! Ta sama przebojowość. Mamy kolejnego gość również, w postaci wspierającego wokalu, czyli Larsa-Görana Petrova znany z równie kultowej szwedzkiej grupy Entombed. Samemu zawsze jak słyszę, ten singiel śpiewam tak: „We’re the guardians /Guardians of Asgaard /Guardians/Guardians of Asgaard/Guardians/Of Asgaard ”. Nie bez powodu należy też ten utwór do tak zwanego niezbędnika koncertowego tej grupy. W pełni na to zasługuje!

Where Is Your God, jest z tych zdecydowanie intensywniejszych. Naprawdę deathowych utworów. Melodyki w riffach tam zdecydowanie mniej, paradoksalnie sam tekst, jest też idealnie tu muzycznie odzwierciedlony. Choć momentami Hegg brzmi jak, w pewnym sensie rapował scremując, może to głupie, ale po latach dopiero, odniosłem takie wrażenie. Mimo to tak jak kiedyś Where Is Your God był nieszczególny, niby tylko intensywniejszy. Tak po latach odkryłem w nim ukryty pełny potencjał. Zatem wpisuję go na listę ulubionych utworów, z tego krążka.

Varyags of Miklagaard, daję odrobinkę odpoczynku. Bardzo żałuję faktu, iż ta kompozycja nie została singlem . Bo ma wszystkie atuty, nie singlu, a bardzo dobrego singla. Tu nawet breakdowny przez liczniejsze blasty są podkreślone. Riffy dodają też tą melodyjność. Tu też headbanging jest pewny. W moim przypadku jeszcze nucąc : ,,We were loyal warriors / That’s the oath we gave To protect the emperor Even to the grave/ It’s time to take farewell / We have been resolved / From the sacred oath we gave It’s time to go back home/ ’’.

Tattered Banners Аnd Bloody Flags, ma wstęp trzech rodzajów riffów, waz z iście epicką marszówką na perkusji. Umiejętnym również budowaniem napięcia, jeśli chodzi, o rozwinięcie akcji, jeśli chodzi o tekst. Miłośnicy mitologii skandynawskiej przed odkryciem Amon Amarth, wiedzą, o co mi chodzi. Zatem nadal Tattered Banners Аnd Bloody Flags jest jedną z ulubionych kompozycji. Choć w sumie jeśli chodzi o epickość to w tym momencie albumu, jest najlepszy!

No Fear For the Setting Sun, jest kolejnym strikte deathowym utworem, z odrobiną bardziej thrashowych gitar. Potrzebnym na albumie, bo to po latach zrozumiałem, ale jako samodzielna kompozycja, średnio. No może w sumie solo gitarowe go by uratowało. The Hero zaskakuje. Mocno heavy metalowy start, jeśli chodzi o riffy gitar. Poza tym bardziej popisowym tłem to się nie wyróżnia. Jeśli miałbym wskazać najsłabsze ogniwa? No Fear For the Setting Sun i The Hero. Pomimo bardzo dobrych tekstów, muzyka wypada przeciętnie, na tle 12 lat.

Przedostatni Live For the Kill jest natomiast o wiele lepszy. Podkreślony jest też wokal wspierający gitarzystów. Gościnnie też fińska Apocalyptica zrobiła genialne tło ze swoich trzech wiolonczeli. Do tego jeszcze na sam koniec jednak z lepszych solówek gitarowych, a potem to ,,wiolonczelowe uspokojenie”. ,,Kropką na i” jest zbiorowy scream wszystkich. Epickość osiągnęła szczyt.

Zamykająca ,,ballada” Embrace of the Endless Ocean, owy szczyt skutecznie zachowuje. Słuchając tekstu Hegg, doskonale wie, jaki rodzaj screamu zastosować, a mimo to nadal chwyta za serce. Kiedy pierwszy raz słuchałem Embrace of the Endless Ocean, nie potrafił do mnie dotrzeć fenomen tej kompozycji. Jakim cudem z viking metalu, można stworzyć balladę? Gdzie nie dość, że nie ma czystego śpiewu. Męskiego lub żeńskiego? W końcu do mnie dotarło. Skoro do Embrace of the Endless Ocean, regularnie wracałem, zawsze towarzyszyły mi przy nim ,te same emocje, to znaczy, że k**** można! Zamknięcie genialne.

Twilight of the Thunder God jako płyta nadal jest dla mnie jednym z opus magnum szwedzkiego zespołu Amon Amarth. Ma w sobie to ,,coś”. Energię. Epickość. Co najważniejsze utwory tworzą spójną całość. Malutkimi potencjalnymi do tego, słabymi ogniwami, muzycznie, tylko żeby było jasne, są Fear For the Setting Sun i The Hero. Jeśli chodzi o teksty, tematyka skandynawskiego ragnareku, jeśli chodzi o jakość i autentyczność, jest absolutnie profesjonalna. Czemu po tym albumie byłem ultra fanem Amonów? Właśnie dlatego. Z czasem ta jakość się rozmyła. Muzyczna i liryczna. Zainteresowanych odsyłam do recenzji albumu Berserker, to poznacie temat bliżej, z mojej perspektywy. Krążek Twilight of the Thunder God dał temu zespołowi niebywałą wręcz popularność! Gdyby nie ta płyta, to bym ich, też nie odkrył. Również to jest też powód, dla którego ta płyta jest nadal dla mnie numerem jeden w dokonaniach Amonów, no i dlatego że, osiem kompozycji jest genialnych, a dwie dobre. Z genialną okładką! Na sam koniec dodam też, że Jacku poznałeś więc mój ulubiony album Amon Amarth, który przeszedł próbę czasu. Chętnie poznam twój!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Reaper – Unholy Nordic Noise (2020)

Szwecja jest jednak bardzo bogata, jeśli chodzi o zespoły. Z racji większego zainteresowania grupami pokroju Midnight, akurat skandynawski Reaper przykuł moją uwagę. Tym bardziej iż 31 stycznia 2020, wydał swój debiutancki album, zatytułowany Unholy Nordic Noise. Czy okazał się równie dobry jak najnowszy materiał Midnight? Trzeba przesłuchać, aby się przekonać, więc to zamierzam zrobić.

Intro samo w sobie jest bardzo intrygujące. Tym bardziej iż rozpoczyna się bardzo tajemniczą deklamacją. Już pierwsze Hero of the Graveyard Flies jest plugawe do samego szpiku kości. Do tego wokal przypomina mi tu zarówno Shagratha z Dimmu Borgir lub Abbatha z Immortal. Natomiast w Severing Tentacles of Faith gitary brzmią bardzo podobnie, jak w polskim zespole blackowym Morowe, oprócz tego przynajmniej ja, słyszę tu więcej speed metalu, a solówka jest naprawdę godna uwagi. Na Arctic Wrath – Blood and Bone panuje istna blackowo-thrashowa rzeźnia. Poważnie. Order of the Beelzebub natomiast rozpoczyna się piekielnie chwytliwym riffem, a potem leci już z przysłowiowej górki. Choć tu zastosowanie chórków, jest bardzo interesujące. Horn of Hades, The Birth of War, Surrender to the Void , This Crystal Hell, Ravenous Storm of Piss oraz De krälande maskarnas kör to na początku wolny wstęp , lecz potem jest już tylko szybciej i mocniej. Na sam koniec otrzymujemy równie intrygujące Outro.

Dodając jeszcze parę słów na koniec. Jest to solidny debiut dla fanów polskiego Voidhungera czy norweskiej Aura Noir, choć jak wspomniałem, usłyszeć w nim da się też tam nawet Morowe Nihila. Jak na niecałe półgodziny materiału, jest dobrze. Może nie genialnie, ale potencjał moim zdaniem jest. Jestem ciekaw drugiej płyty szwedzkiego Reaper-a, bo debiut nie wypadł aż, tak fatalnie jak zakładałem na początku.

Korekta Paulina Wawrzusiak

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Faidra – Six Voices Inside (2020)

Wreszcie coś godnego uwagi, dokładnie z szeroko rozumianego atmospheric black metalu, zostało mi polecone przez dwie osoby. Do tego jest to płyta kolejnej grupy ze Szwecji. Zespół o nazwie Faida 21 lutego 2020 wydał swój debiutancki album zatytułowany Six Voices Inside, wydany przez Nordthen Silence Productions. Z ogromną ciekawością zakładam słuchawki, bo akurat ten podgatunek blacku jest u mnie dość problematyczny, lecz mniejsza z tym. Chętnie się wypowiem na temat owego krążka.

Otwierający album Pack Amongst Wolves już mi coś przypomina. Jeden riff gitarowy ciągnie się przez ponad dwie minuty. Partie perkusyjne, a tym bardziej odpowiednio dobrane blasty, dają odpowiedni nastój. Choć jeśli chodzi o scream, to jest on wątpliwej jakości. Wyciszający zupełnie inny riff, daje pewne odprężenie. Potem znowu powrót do minimalnie, ale jednak większej ilości dynamiki.

Co ciekawe znowu w The Depths, scream, genialnie skonstruowane breaki z blastami jednocześnie, są po prostu świetne. Klimat nadal utrzymany przez nagrany podkład keybordowy. Po przyzwoitym początku jest jeszcze lepiej. Gdyż identycznie jest w trzecim Obsequies. Tylko że w nim, pod koniec jest krótka deklamacja po angielsku. Zespół dalej utrzymuje poziom. Nawet więcej, pomimo najcięższego rozwinięcia kompozycji, nawet trochę dethowej, sam porwałem się do headbangingu. Nie pamiętam kiedy przy atmospheric black metalu, tak było. Do tego znowu ta perkusja.

Przedostatni The Judas Cradle, kontynuuje to co dobre, dodając do partii perkusyjnych jeszcze podwójną stopę oraz jedyną, chyba ,,solówkę” gitarową na tym albumie. Ostatni natomiast i tytułowy zarazem, Six Voices Inside, idealnie zamyka tę płytę. Po raz drugi i ostatni słyszymy deklamację po angielsku. Choć momentami tu wokalista brzmi tu jak Shagrath z norweskiego Dimmu Borgir.

Chciałbym bardzo podziękować Sylwii i Wiktorowi, za podesłanie mi tej płyty do odsłuchu. Udało się Wam sprawić, że może wreszcie zacznę słuchać częściej atmospheric black metalu. No i owszem, Sylwia, słychać na tej płycie mocną inspirację starym Burzum ,lecz jak też wyłapałem trochę podobieństw do Dimmu Borgir. Tak czy inaczej, pomimo iż album, nie jest innowacyjny, to fanom gatunku do gustu przypadnie na pewno, lecz również zespołów takich jak Burzum czy Dimmu Borgir z czasów Stormblast. Inspiracja to jedno, okoliczności słuchania to druga sprawa. One też muszą być, bo akurat w atmospheric black metalu, słuchacz, przynajmniej dla mnie, musi je mieć. Co do ulubieńców to tu stawiam na The Depths oraz The Judas Cradle. Album jest mroczny też kiedy trzeba, a jego spójność nienaganna. Z racji, natomiast że to jest debiut, zapewne możne być, jeszcze lepiej.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – Coat of Arms (2010)

Osoby śledzące mojego bloga wiedzą już, że nie pierwszy raz recenzuje album grupy Sabaton. Jest tak, chociażby z powodu, iż, łączy moje oba zainteresowania, muzykę i historię. Zainspirowany dość interesującej konwersacją z Martą, wezmę się za mający już dokładnie dziesięć lat, piąty studyjny album Szwedów, zatytułowany Coat of Arms. Napiszę, co sprawia że, pomimo upływu dekady od jego wydania, tak naprawdę moja opinia o nim jest w sumie niezmienna.

Tytułowy singiel otwierający ten album, brzmi jak kontynuacja drogi, jaką zespół obrał na płycie The Art of War z 2008 roku. Na temat krążka o sztuce wojny wyraziłem swoje zdanie, kto nie zna, polecam się zapoznać. Co do Coat of Arms, jest dobry, ale nie odkrywczy. Natomiast drugi utwór Midway, opowiadający o legendarnej bitwie morskiej, rozegranej podczas II Wojny Światowej między USA a Japonią, to jest istna energetyczna oraz przebojowa petarda. Swoją drogą pojawił się w kinach bardzo dobry film o tym samym tytule. Także jak ktoś jest fanem kina wojennego. Polecam. Szkoda, że, Sabaton-u nie zaprosili do współpracy. Także Midway, to genialny utwór do nakręcenia się przed pracą, jeśli ktoś ma ją dość stresującą. Oddający instrumentalnie i wokalnie przez Joakima dramatu owej morskiej batalii.

Polski akcent, który oczywiście pojawia się w Uprising. Kompozycja również odpowiednio oddaje realia Powstania Warszawskiego, jest przebojowa, a jednocześnie też dramatyczna. Za to zapewne polscy fani jeszcze bardziej pokochali grupę, a polski fanklub Polish Batalion, zyskał nowych członków. Zresztą moim zdaniem słusznie. Także na razie nie jest źle.

Inna sprawa już jest w przypadku drugiego i ostatniego singla promującego tę płytę czyli – Screaming Eagles. No i tu pojawiają się przysłowiowe ,,schody”. Jak dla mnie pod kątem muzycznym jest on mocno przeciętny, a co najważniejsze za mało przebojowy jak na singiel. Wpada i wypada jednym uchem. Natomiast piąta kompozycja to zupełnie inna historia. Oczywiście mam tu na myśli The Final Solution. Zapewne z racji delikatnej tematyki, która została muzycznie genialnie oprawiona, ten utwór jest moją słabością i najlepszą jak dotąd balladą w dorobku tej grupy. Kolejny utwór Aces In Exile, jest też o Polakach, jak i innych cudzoziemcach biorących udział w Bitwie o Anglię. Jednak muzycznie? Znowu wpada i wypada jednym uchem. Tak samo jest też z Saboteurs. Poruszający tematykę ciężkiej wody i akcji sabotażowej przeprowadzonej przez norweski ruch oporu. Słabo.

Jednak z ósmą kompozycją zatytułowaną Wehrmacht, pojawiają się kontrowersje. Chodzi o tematykę niemieckiego wojska III Rzeszy, czyli Wermachtu. W wielu państwach europejskich, z racji doznanych krzywd, nie został on odebrany pozytywnie, a wręcz przeciwnie. Choć sam w sobie nie wychwala owej armii, najwidoczniej Joakim i spółka przecenili zdolności interpretacyjne części fanów. Zwłaszcza Polaków. Przedostatni White Death jest o najlepszym moim zdaniem snajperze, który stąpał po tej Ziemi i jednocześnie jest jednym z największych bohaterów narodowych dla wszystkich Finów, mówię oczywiście o istnym łowcy żołnierzy radzieckich w czasie wojny zimowej, czyli Simo Häyhä o pseudonimie Biała Śmierć. Tu trashowe riffy to istna magia, tak samo jak solówka gitarowa. Ostatni bardziej rock’n rollowo / metalowo tematycznie Metal Ripper muzycznie broni się bardzo dobrze, zatem fakt luźniejszej tematyki jest do wybaczenia, bo tu jest druga pod kątem technicznym, najlepsza solówka gitarowa na tej płycie. Zamknięcie albumu lepsze niż początek.

Podsumowując to wszystko i dodając coś jeszcze od siebie. Album jest ogólnie dobrą kontynuacją The Art of War, ale z paroma dobrymi patentami. Kontrowersyjną tematyką akurat przeciętnego utworu, jeśli chodzi o muzyczny aspekt – Wehrmacht. Drugi już po 40:1, w dorobku Sabatonu ,,polski hit koncertowy” – Uprising. Ponadczasową balladę, przy której za każdym razem mam łzy w oczach, The Final Solution oczywiście mam tu na myśli. Dający odpocząć od historii samej w sobie, Metal Ripper, no i dwie energetyczne petardy, czyli, Midway oraz White Death. Oczywiście wszystkie te wymienione kompozycje są moimi ulubionymi z tej płyty, do których wracam bardzo często. Reszta jest przeciętna, ale też nie na fatalnym poziomie muzycznym. Krótko mówiąc, w wyniku prostej kalkulacji, album wypada nie najgorzej w moich uszach, chociaż w porównaniu do poprzedniczki, forma spadła prawda Marto? Dla mnie nieco spadła jeśli chodzi o cały krążek, pomimo nieco lepszej okładki.

8/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Allen / Olzon – Worlds Apart (2020)

Najwidoczniej pewni artyści nie lubią próżni twórczej. Wśród nich jest znana z Nightwish oraz The Dark Element – Anette Olzon, która podjęła współpracę z Allenem Russel. Który jest znany przede wszystkim z zespołu Symphony X. Oboje zawiązali projekt Allen/ Olzon i 6 marca 2020 roku wydali album zatytułowany Worlds Apart. Z racji, iż, osoba Anette Olzon nie jest mi obojętna, jestem ciekaw, co z tej współpracy wynikło. Muzyczna tragedia czy cudowne objawienie i wprowadzenie muzycznych innowacji? Słuchając, przekonam się, oraz podzielę się swoimi wrażeniami.

Otwierający Never Die to niby epickość, czyli klimatyczne, nawet trochę przedłużane wejście gitar, a potem partii smyczkowych. Sam wokal Allena brzmi typowo power metalowo, ale na samym końcu strikte heavy. Drugi, tytułowy Worlds Apart to keybordowo/fortepianowy wstęp. Po raz pierwszy pojawia się wokal Anette, choć zdawkowo, bo w duecie z Allenem. Na tym krążku po raz pierwszy, lecz nie ostatni. Prostota w tym dwie solówki gitarowe zadziałały, bo singiel nawet wpada w ucho.

Na I Will Never Leave You Allen trochę przekombinował moim zdaniem z death metalowymi breakami oraz przejściami. Nie tędy droga. Wokalnie Anette natomiast ukazała się w pełnej klasie. What If I Live to kolejny duet wokalny Allena i Anette. Muzycznie wpada i wypada jednym uchem, jak dla mnie. Lost Soul natomiast jak dla mnie, jest najbardziej epicką, we właściwym tego słowa znaczeniu, kompozycją na tej płycie. Do tego thrashowe riffy które można na niej usłyszeć tego nie zaburzają. No Sign of Life nie wyróżnia się znowu niczym szczególnym, zarówno muzycznie jak i wokalnie. Wyraźnie czuć zmęczenie materiału. Sytuację ratuje bardzo dobra ballada One More Chance. Czyżby tytuł nie był przypadkowy? Proszący o danie płycie szansy? Nie wiem, mogę się jedynie domyślać. Sama ballada zawiera w sobie odpowiedni nastrój, więc daje jej duże B. Natomiast już bardziej dynamiczny My Enemy, też od biedy można podciągnąć pod balladę, gdyż zawiera jej kilka cech. Przynajmniej ja tak uważam. Osobisty tekst, gdzie duet dwojga wokalistów jest dopasowany idealnie, a tych momentów na krążku jest mało. Nastrój też, nie kłuci się tu z przebojowością. Who You Really Are też niczym mnie nie zachwyciło. Typowy heavy metal. Przedostatni Cold Inside jako ballada wypada słabiutko, nastoju prawie żadnego, tu wypada małe b. Jak też słusznie myślałem, zamykający płytę Who’s Gonna Stop Me Now był przewidujący. Tylko że, tu twórcy, nie wysilili się nawet aby, dobrze dobrać symfoniczne elementy, przez co dla mnie to zamknięcie było fatalne.

Album Worlds Apart sam w sobie odkrywczy oraz innowacyjny nie jest. To na pewno. Jest z rodzaju tych prostszych, choć pod koniec jako słuchacz byłem już lekko zmęczony i znudzony. Nie wiem, kto pisał poszczególne utwory, oraz czy wszystkie nie były pisane wspólnie. Serio. Jeśli miałbym wskazać te godne uwagi, to byłyby to Never Die, One More Chance oraz My Enemy. Nawet nie jestem do końca pewien, czy, wolę go bardziej, od drugiego już(ale dla mnie słabszego od debiutanckiego) albumu Songs the Night Sings zespołu The Dark Element, ale zbytnie gitarowe popisy, deathowe breaki, a także kiczowatość źle dobranych symfonicznych ozdobników, lub ich całkowity brak, to wszystko sprawia, że, ta płyta jest miszmaszem gatunkowym. W złym tego słowa znaczeniu. Trzy utwory trzymają określoną stylistykę znaną mi z metalu symfonicznego. Na koniec dodam, że, okładka też jest kiczowata. Nie wspomnę już o kosmicznej polskiej cenie tej płyty. Taki materiał to się może ukazywać co rok lub dwa lata, ja zainteresowałem się nim,tylko dlatego, że, jestem fanem poczynań Anette Olzon. Jak zatem wyszła współpraca? Jej skutkiem powstał drugoligowy album, a mnie jeśli już to interesuje pierwsza liga, a przede wszystkim muzyczna ekstraklasa. Także jak dla mnie totalny niewypał, bo nie zamierzam się tym projektem już interesować.

6/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Aenimus – Dreamcatcher (2019)

Jeśli chodzi o Szwecję, to szukając kolejnej odskoczni od prostoty, natrafiłem na zespół Aenimus. Okazuje się, że całkiem nie dawno, bo 22 lutego 2019 roku wydali dzięki Nuclear Blast, swój najnowszy album zatytułowany Deamcatcher. Sam jestem ciekaw czy po sześciu latach przerwy, kiedy ze dwa razy miałem okazje posłuchać ich ostatniego albumu, w jakiś sposób mnie zaskoczą? Pozytywnie czy też negatywnie? Tylko w jeden sposób można się o tym przekonać.

Before the Eons zaczyna się bardzo intensywnie. Choć z typowym death metalem wspólnego do za wiele nie ma, już prędzej z deathcorem. Dobre przejścia oraz corowe riffy. Dobrze chociaż ze wokal to growl połączony ze screamem. Eternal to natomiast inna sprawa. Tu mamy do czynienia już z bardziej mrocznym klimatem, który podkreślają oparte na basie riffy. Wszystko brzmiało naprawdę dobrze ,ale czysty pseudo wokal któregoś z gości to skutecznie zepsuł. Zamiast genialnej kompozycji została zaledwie dobra. Nawet solówka tutaj nie pomogła. W The Ritual ten klimat jest bardziej podkreślony, do tego dobra wreszcie solówka gitarowa. Lecz ten elektroniczno-symfoniczny przerywnik z kolejną solówką, a potem sama symfonia? Interesująca rzecz. My Becoming jako bonus nic odkrywczego poza dużą ilością corowych brzmień nie wnosi. Natomiast The Dark Triad oraz nieco dłuższy Between Iron and Silver, samą bardziej złożoną strukturą się bronią. Choć w Between Iron and Silver ten czysty ,gościnny” wokal był znowu niepotrzebny. Serio.

Potem znowu corowy The Overlook, w którym jednak te perkusyjne przejścia są więcej niż przeciętne. Dobre trzy różne solówki też tam słyszę. Drugi bonus Caretaker też jakoś nie zachwyca. Kontynuacja poprzedniego utworu tylko z innym tekstem, tylko po co jest w nim na samym końcu partia czystego fortepianu? Pewnie jako wprowadzenie do następnej kompozycji. Bo na Second Sight słychać fortepian również. No i znowu jest przeciętnie. Wokal ze screamem daje radę, choć tu solówka gitarowa daje radę. Przedostatni Day Zero sprawił, że już się totalnie nudziłem. Bez istnego szału. Zmykający ten krążek tytułowy instrumentalny Dreamcatcher swoją funkcję niby spełnił, ale też nie na najwyższym poziomie.

Po prostu nie wierzę w to, co słyszę. Tak jak jeszcze poprzedni album Transcend Realitybył więcej niż dobry, liczyłem, że następca będzie lepszy. Jednak Dreamcatcher w dość mizerny, lecz trochę skuteczny sposób, przed całkowitą kompromitacją się obronił za pomocą jednak progresywnych utworów takich jak The Ritual,The Dark Triad oraz Between Iron and Silver. Choć jeśli na tym ostatnim nie byłoby czystego wokalu, efekt okazałby się lepszy i pewnie zamierzony. Ogólnie album nie przyprawił mnie o zawał, lecz w dużej mierze dzięki różnorodności solówek gitarowych. Kolejną też kwestią są bonusy, które na to miano wcale w moich uszach nie zasługują. Tak czy inaczej, Dreamcatcher nie okazał się snem, bardziej koszmarem, a muzyka wraz z tekstami nie przyprawiła mnie też ani dreszcz grozy. Kolejne rozczarowanie zatem, jeśli lubicie ryzyko, to je podejmijcie, dla mnie ten album, był jednorazowym, do którego wracać nie zamierzam.

Korekta Paulina Wawrzusiak

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Cult of Luna – A Dawn of a Fear (2019)

Festiwale mają to do siebie, że, pozwalają odkrywać to co wcześniej nieznane. Tak było w przypadku szwedzkich pionierów tak zwanego post metalu, czyli, Cult of Luna, których miałem okazje zobaczyć pierwszy raz na żywo, podczas festiwalu Brutal Assult w 2019 roku. Zaraz po powrocie, od razu przesłuchałem ich cały muzyczny dorobek. Tak się złożyło, iż, 20 sierpnia 2019 roku wydali swój najnowszy album zatytułowany A Dawn of a Fear. Zaraz poznacie moje wrażenia po wielokrotnym przesłuchaniu tego albumu. Czy się rozczarowałem bądź też nie? Kto to wie.

Otwierający płytę ponad dziesięciominutowy The Silent Man, wcale cichy nie jest. Posiada bardzo noisowy mroczny, nienastrojonych gitar i dysonansu, wywołanego odpowiednimi partiami perkusyjnymi. Do tego wszystko jeszcze ten scream jednego z trzech potencjalnych wokalistów, uwielbiam tajemniczość, choć wolałbym jednak wiedzieć. Później syntezator wraz z łagodniejszymi riffami nieco uspokaja nastrój. Choć ogromna ilość blasów i gustowne przejścia temu przeczą. Blackowy riff wraz z bardzo spokojną marszówką? Okazuje się, że można coś takiego połączyć, co udowadnia właśnie Cult of Luna. Prezentując intygujące otwarcie albumu.

Na początku Lay Your Head to Rest syntezator brzmi dość dziwnie, potem dochodzi wyrazisty bas oraz istny grad blastów, potwierdzający istny kunszt Magnusa jako perkusisty, potem w trakcie do basu dochodzą też podkreślające go jeszcze riffy. No i uspokajający noisowy koniec. Tytułowy A Down of Fear dostarcza przysłowiowego strachu, czy niepokoju od samego początku. Umiejętnie poprzez odpowiednie brzmienie gitar, perkusji, szpetów oraz inny wokal, bardziej tajemniczy, duże napięcie. Przez to, chociażby jest jednym z moich ulubionych utworów na tym krążku.

W Nightwalkers podoba mi się, zabieg w postaci znowu innego blackowego riffu wraz z taką samą partią perkusji przez ponad dwie minuty. Potem dopiero wzbogaca go druga gitara. Co ciekawe scream wokalisty pojawia się dopiero na samym końcu. Wszystkie, ewidentnie pozostałe kompozycje utrzymane są w podobnej stylistyce, co ku mojemu zdziwieniu mi nie przeszkadza wręcz przeciwnie.

Kiedy słuchałem ich najnowszego krążka, A Down of Fear, porównując ich wcześniejsze albumy, ten jest kompletnie inny. Bardziej mroczny, tajemniczy czy też nawet odrobinę melancholijny. Muzycznie, jak i lirycznie jest to ukazane w idealny sposób. Nie jest to bowiem płyta do słuchania w każdych okolicznościach, co to, to nie. Właśnie to ukazuje się jej wyjątkowość. Tłumaczy też bardzo złożoną strukturę kompozycji. Album ten można kochać lub nienawidzić, obojętnie uchem przejść raczej chyba nie można. Mnie on urzekł od początku do samego końca. Choć jak dla mnie tu post metal nie występuje, lecz umiejętnie podobierane gatunki metalu takie jak black, doom oraz szczypta noisu, jak i dwa różne typy wokali. Do tego jeszcze bardzo prosta okładka. Mam nadzieję, iż, kolejny ich album nie zawiedzie moich oczekiwań, bo A Dwon of a Fear podniósł poprzeczkę bardzo wysoko.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Sabaton – The Great War (2019)

Z racji, iż nie tylko muzyka jest jedną z moich pasji. Po raz trzeci wróciłem do dobrze znanego szwedzkiego zespołu Sabaton. Tym razem sięgnąłem po ich najnowszy album zatytułowany The Great War, wydany 19 lipca 2019 roku oczywiście przez Nuclear Blast. Wolałem wrócić do niego po krótkiej przerwie, aby mieć nieco chłodniejsze spojrzenie na ową płytę. Czy owy album mnie rozczarował? Może czymś zaskoczył? Tym bardziej iż, jest to trzeci album koncepcyjny w historii tej grupy, jak sam tytuł płyty sugeruje o I Wojnie Światowej. Zobaczymy. Tym bardziej iż, na koniec zostawiłem małą niespodziankę dotyczącą owej płyty.

Bardzo ważną rolę odegrał na tej płycie utwór otwierający, czyli The Future of Warfare. Opowiadający o przełomie technologicznym w zakresie obronności, mianowicie o pojawieniu się po raz pierwszy czołgów podczas działań wojennych podczas I Wojny Światowej. Jeśli chodzi o muzykę to sam elektroniczny, trochę pompatyczny początek, wraz z elementami chóru oraz wokalem Joakima, zrobił dobre wrażenie, lecz później zmiany temp oraz wokalu również, zepsuły nieco owy efekt. Nie odbudowała go tu nawet naprawdę dobra solówka gitarowa.

Seven Pillars of Wisdom zaczyna się natomiast dobrym riffem gitarowym. Tu też wokal Joakima jest wspierany, ale przez bardziej gustownie dobrany męski chór jak na moje ucho. Sam utwór opowiada o działaniach brytyjskiego wojskowego, dyplomaty oraz archeologa Thomasa Edwarda Lawrence na Bliskim Wschodzie. Tu akurat kompozycja jest w odpowiednich momentach dynamiczniejsza, co jest akurat jej plusem.

Trzeci utwór, będący później singlem, stanowił dla mnie zagwodkę. Czemu? Dlatego iż, opowiada historię losów zarówno 82 Dywizji Powietrznodesantowej oraz o Alvinie Yorku. Co było stanowiło w tej historii dla mnie problem, fakt iż, na ostatnim albumie The Last Stand , za pomocą intra Diary of an Unknown Soldier oraz utworu The Last Battalion poruszony zostaje lepiej, po raz pierwszy motyw amerykański podczas I Wojny Światowej, niż na wyżej wspomnianym singlu czyli 82nd All the Way z The Great War. Mam tu na myśli spójność muzyki z lirykami. Bo sam utwór 82nd All the Way pod kątem muzycznym, nie jest zły, należy wręcz do bardzo wąskiego grona utworów z tej płyty. Tak samo jest z Devil Dogs, drugim na tej płycie utworze, opowiadającym o amerykanach. Oba są bardzo dynamiczne, dzięki dobrym riffom gitarowym oraz skąpej ilości elektroniki. Przynajmniej w moim odczuciu,ale tylko jeśli chodzi o ich muzyczny aspekt.

The Attack of the Dead Men pod kątem historycznym, jest ciekawy, lecz tutaj znowu muzyka jak dla mnie w pełni nie odzwierciedla grozy, paniki oraz cierpienia jaki przeżywali rosyjscy żołnierze zaatakowani przez Niemców gazem musztardowym 6 sierpnia 1915 roku. Poważnie, jak dla mnie szanuję za próbę, lecz okazała się ona trochę nieudana.

The Red Baron oraz Great War to dwa single. Oba okazały się na tyle przebojowe, iż trafiły w mój gust. Dobre riffy połączone z nieprzekombinowaną perkusją, wirtuozerska, choć bardzo gospelowa solówka keybordowa na The Red Baron bywała irytująca, ale tylko podczas kilkukrotnych przesłuchań. Tytułowy The Great War nawiązuje do ogólnego cierpienia podczas owego konfliktu (Wielkiej Wojny), szczególnie podczas bitwy pod Passchendaele, której tragiczny obraz zespół poruszył wcześniej w utworze The Prise of a Mile z płyty Art of War z 2008 roku, możliwe, iż, to było powodem, dlaczego też tak mi się spodobał jako fanowi. Sam tytuł The Red Baron jest oczywiście o słynnym niemieckim asie przestworzy o tym właśnie pseudonimie.

W A Ghost in the Trenches , Sabaton po raz drugi opowiada o słynnym snajperze, tym razem o kanadyjczyku Francisie Pegahmagabow, bohaterze oczywiście I Wojny Świtowej. Tylko problem polega znowu na tym, że w przeciwieństwie do White Death z Coat of Arms z 2010 roku, nie jest to tak dynamiczny utwór. Jest dla mnie po prostu za spokojny przez co nieco nużący i o wiele mniej przebojowy.

Pierwszy singiel promujący płytę przed jej premierą to Fields of Verdun. Tekst dotyczy historii Francji, a dokładnie opowiada o jednym z nielicznych aktów odwagi ich wojskowych w czasach współczesnych. Temat poruszony w tym utworze sprawił, iż, naprawdę z wielkim oczekiwaniem czekałem na ten krążek. Pod względem muzycznym, niczego mu nie brakowało w chwili wydania, jak i teraz. Gdyż już od samego początku do samego końca jest dynamicznie, riffy gitarowe oraz idealnie skomponowane partie perkusyjne, a także uspokojenie, czyli dramatyczny zwrot akcji, wraz z najlepszym solo gitarowym na tej płycie.

Przed ostatni The End of the War to End All Wars już od swojego smyczkowo-fortepianowego początku wprowadza wreszcie refleksyjny nastrój, potem pomimo bardziej dynamicznych riffów oraz wreszcie najbardziej rozbudowanych partii perkusyjnych utrzymuje się do samego końca. W sumie lepiej późno niż wcale no i po raz trzeci chór wkomponowany odpowiednio. Jak dla mnie outrem płyty jest muzyczna aranżacja popularnego wierszu, oczywiście z czasów Wielkiej Wojny In Flanders Fields, okoliczność, iż został umieszczony po naprawdę dobrym The End of the war to End All Wars, a także chór brzmiący za bardzo kościelnie, przekreśla go u mnie całkowicie i tym samym klasyfikuje jako najgorszym outro w historii Sabatonu, gdzie znowu sam pomysł nie był zły, lecz wykonanie pozostawiło mi sporo do życzenia.

Teraz jeszcze parę słów podsumowania. Całość jako album jest spójna to fakt. Lecz jakość brzmienia jest gorsza od ostatniego The Last Stand. Piszę to nie tylko jako recenzent, ale i jako fan Sabatonu, którym pozostanę. Nie będę tu wymieniał porównań połączenia disco-polo z metalem z odzysku, bo tak zrozumiałem Mirka, kiedy dzielił się swoimi odczuciami, odnoście tej płyty, o które go osobiście zapytałem, lecz tak jak same historie są naprawdę świetne, tak muzyczne ich obraz, jeśli chodzi o cały krążek, jest bardzo rozmazany. Wspomnianą niespodzianką jest fakt, iż nieco lepsza jest History Edition, gdyż gości na niej głos amerykańskiego historyka Indgiego Neidella. Standardowa wersja jest naprawdę fatalna. Na koniec dodam, iż poza singlami, które są znośne, oprócz naprawdę bardzo dobrego Fields of Verdun, godnymi uwagi są Devil Dogs i The End of the war to End All Wars, co sprowadza mnie do naprawdę wydania może nie bardzo krytycznej, lecz też niepochlebnej oceny tej płycie, nie tylko z perspektywy recenzenta, ale zwłaszcza jako fana tego zespołu, co z tej drugiej perspektywy łatwe nie było.

Korekta Paulina Wawrzusiak

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Katatonia – Tonight’s Decision (1999)

Dziś oto jest ten dzień, kiedy wracam, po krótkim, lecz dość intensywnym kontakcie, do zespołu, który dziwnym trafem został zastąpiony przez inny, w moim osobistym rankingu. Mam tu na myśli pionierów szwedzkiego doom metalu, czyli Katatonię, których swego czasu zastąpiłem amerykańskim Type of Negative. Jednak to uległo zmianie. Tonight’s Decision to album Katatonii, który słuchałem przed laty, a dziś do niego powróciłem dzięki Justynie Szatny. Co Ciekawe, w tym roku upływają dwie dekady od kiedy ujrzał światło dzienne z 1999 roku. Co najlepsze w tym roku upływają dwie dekady od kiedy ujrzał światło dzienne. Czy czas okazał się dla tej płyty łaskawy? Czy w moim odczuciu, od 2007 roku, ta płyta zmieniła się na lepsze czy gorsze? Zobaczymy.

Otwierający płytę For My Demons dalej nadaje odpowiedni nastrój. Deklamacja, a potem śpiew Jonesa. Całość dopełniają dobrze nastrojone gitary wraz z blastami oraz odpowiednie klawisze. Breakdowny trafione w punkt. Jednakże wisienką na przysłowiowym torcie są te pojedyncze riffy uspokajające. W I Am Nothing bass wraz z rozpoczynającymi partiami perkusyjnymi nadal się moim uszom podoba. Tej kompozycji nic nie brakuje, a partie bassu brzmią mi wyraźniej. Swoje robi boczny wokal Andersa. In Death, A Song jest trochę cięższy, mam nawet wrażenie, iż riffy są trochę blackowe, lecz to tylko moje subiektywne odczucie. Tak czy inaczej, w tym przypadku, także wszystko dopracowane. Poza tym dość nietypowa struktura utworów w porównaniu do poprzednich, sprawia, że mam nowego ulubieńca. Ciekaw jestem kiedy będzie się do czego doczepić na tym krążku? Bo jak na razie nie ma.

Czwarty Had To (Leave) jest dobrą kontynuacją poprzedniego utworu, pod kątem muzycznym. Choć tu słychać wyraźniejsze breakdowny, a gitary w momencie uspokojenia wraz z partiami klawiszy, sprawiają wrażenie, jakbym przenosił się pomiędzy wymiarami jakimś tunelem. Natomiast This Punishment poprzez użycie klawisze brzmi na początku bardzo gospelowo. Moim zdanie w przypadku tego utworu partie perkusji brzmią bardzo jazzowo. Każdy jej element słychać bardzo wyraźnie. Nastrój uzupełnia mistrzowska solówka basowa oraz instrumentalny popis umiejętności na najwyższym poziomie.

W Right Into The Bliss warte według mnie wspomnienia są riffy podczas zmiany temp oraz dźwięk płyty winylowej, odtwarzanej z gramofonu. Daje to mistrzowski efekt. Całość dopełniają trochę cięższe partie gitar w kilku momentach oraz genialna solówka gitarowa. No Good Can Come Of This to kolejna kompozycja o bardzo złożonej strukturze. Choć jak dla mnie, nie jest ani zły, ani dobry. Docenić należy fakt różnorodności riffów, lecz to za mało. Podobnie jest z Strained, choć tu ratunkiem okazuje się bardzo dobra solówka i druga połowa tej kompozycji. Klasyczna gitara na Darkness Coming nadaje odpowiedni, trochę bardziej refleksyjny nastrój, lecz druga połowa przez bardziej nieco przygnębiający wokal Jonasa i niepotrzebne wejście gitary elektrycznej, trochę go burzy.

Nightmares By The Sea okazuje się coverem, choć w oryginale wykonywany przez Jeffa Buckleya. Moim zdaniem kompletnie nie pasuje do reszty, no i poddaje pod wątpliwość idealną spójność tego albumu. Ostatni natomiast Black Session okazuje się bardzo dziwnym zamknięciem płyty. Dzieje się tak ,chociażby przez skrajnie brzmiące riffy dwóch gitar. Z czasem można i do tego przywyknąć. Tak czy inaczej, tutaj po raz trzeci otrzymujemy bardzo złożony utwór.

Podsumowując, szwedzka Katatonia udowodniła, nawet mi, jako osobie, która miała z nią, krótką styczność, iż nadal jest warta uwagi. Po dwóch dekadach album Tonight’s Decision jeszcze bardziej niż na początku bardziej mnie zachwycił. Różnorodny wokal Jonasa, a zwłaszcza jego przygnębiające partie, udowodniły, że, jest jednym z lepszych wokalistów reprezentujących szeroko rozumiany doom metal. Domieszka blacku oraz gotyckiego brzmienia w riffach, sprawiła, iż, nie był i nadal to nie jest tylko doom. Nadal słychać eksperymenty i szukanie stylu, który uformował się z czasem, lecz, całe szczęście nie pozostał taki sam. Lecz jednak jest jedno, ale, spójność albumu, bardzo dosadnie zaburzył ją wyżej cover. Ostatni Black Session czy nawet bonusy z wersji z 2003 roku, czyli No Devotion oraz Fractured nie zdołały jej odbudować, choć same w sobie są świetnymi kompozycjami. Jednak nie jest to powodem, aby czuć pewien niedosyt. Tak czy inaczej, w moim odczuciu od 2007 roku, wydaje się być lepsza. Katalog moich ulubionych utworów poszerzył się o Had To (Leave), This Punishment oraz I Am Nothing. Jest więc więcej niż dobrze. Korzystając z okazji, chciałem podziękować Justynie, dzięki której ponownie do Katatonii powróciłem. Czy ostatni raz? Sam nie wiem. Tak czy inaczej, na razie był to powrót nie idealny, lecz bardzo udany.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak