Kategorie
Bez kategorii

Thrasher – Burning at the Speed of Light (1985)

Z projektami różnie bywa. Czasami są długotrwałe, a czasami nie. Ten pomimo iż, okazał się jednorazowym przykuł moją uwagę na tyle, że postanowiłem nabyć go w postaci klasycznego CD. Do tego był relatywnie tani bo za niecałe dwadzieścia złotych. Mniejsza, jedyny album projektu Thrasher, założonego przez Andiego ,,Ducka” MacDonalda i Carla Canedyiego, zatytułowany Burning at the Speed of Light, wydany został w 1985 roku przez Combat Records, a w 2007 roku przez nasz polski Metal Mind Productions. Czy po trzydziestu pięciu latach owa płyta jest kamieniem milowym heavy i thrash metalu tamtych czasów lub też zwykłą ciekawostką wydawniczą? No i czy jest warta polecenia? Postaram się odpowiedzieć wam na te wszystkie pytania.

Warto zaznaczyć, iż, w niektórych kompozycjach skład muzyczny ulegał zmianie. Jak chociażby gitara basowa. Otwierający Hot nad Heavy już po samej gitarze pokazuje, iż, mamy do czynienia z rasowym heavy metalem. Wokal Branda Sinsela sprawdza się bardzo dobrze, a solówka pojawiają się, gdzie trzeba. Wokale wspierające, czyli Dickie Peterson, Carl Canedy, Christa Keller i Tim Paterson zrobili również dobrą robotę. Ride the Viper to dalej heavy, jednak mam wrażenie, iż, bas jest momentami bardziej wyeksponowany, do tego gitary brzmią bardziej thrashowo jednak, co najlepsze to jestem pewien, że za gitarowe popisy odpowiada tu Andy ,,Duck” MacDonald. Trzeci natomiast Widowmaker nabiera bardziej speed metalowej stylistyki, perkusja bowiem wraz z gitarami pędzą jak szalone. Choć Brand Sinsel nadąża, czym udowadnia swój muzyczny kunszt i elastyczność. Black Lace nad Leather to jednak z upływem czasu rozczarowanie, gitary niby dobre, perkusja też, ale jakoś brakuje tego czegoś. Jednak na przestrzeni poprzednich kompozycji ta jest po prostu przeciętna. Poza tym dodano dodatkowy bas, Marsa Cowlinga i Neda Meloniego. Przekombinowali po prostu i tyle.

Piąty utwór wraca na odpowiedni poziom, zwłaszcza jeśli chodzi o gitarowe kwestie. Prostota jednak jest najlepsza Andy. Natomiast wejście perkusji było doskonałe, zresztą tak samo jak gitary. Jednak w tych dwóch kompozycjach zmieniono głównego wokalistę. W She Likes It Rough zaśpiewał James Rivera, a w Sliping Away Rick Caudle. Czy to źle? Oj nie, wręcz przeciwnie. W kolejnych następnych też pojawili się nowi. Na tytułowym Burning at the Speed of Light zaśpiewał Dan Beehler, na przedostatnim Bad Boys usłyszymy Rhetta ,,Southter Gentelman” Forrestera a na zamykającym krążek Never Say Die, Kerry Witting wraz z Andym.

Tak czy inaczej, ta płyta to solidny kawałek zarówno heavy, thrashu jak i speed metalu. Burning at the Speed of Light jest wizytówką nowojorskiej sceny metalowej tamtych czasów. Pomimo jednego przeciętniaka w postaci Black Lace nad Leather, wszystkie inne kompozycje są naprawdę świetne. Czy ten krążek okazał się owym kamieniem milowym w rozwoju sceny nowojorskiej w 1985 roku? Raczej nie, ale jak wspomniałem jest ponadczasową wizytówką tamtych lat. Polecam w ciemno wszystkim, sam nie żałując ze, tak właśnie owy krążek zakupiłem. Kupiłbym go jeszcze raz!

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Testament – Titans of Creation (2020)

Jedną z trochę niedocenionych amerykańskich grup, wykonujących thrash metal, który dziś nie jest bardzo sprecyzowany, jest moim zdaniem Testament. Nie bez powodu o nich wspominam,bowiem 3 kwietnia 2020 roku, miał premierę ich najnowszy, dwunasty już album, zatytułowany Titans of Creation, wydany przez Nuclear Blast. Czym okaże się lepszy lub też gorszy od wcześniejszego, wydanego już cztery lata temu Brotherhood Of The Snake? Jest tylko jeden znany mi sposób, aby się o tym przekonać.

Otwierający płytę Children Of The Next Level rozpoczyna tak zwaną jazdę bez trzymanki. Świadczy o tym, chociażby riff oraz dynamiczne partie perkusji. Ukoronowaniem jest oczywiście wokal Chucka. Prawie w połowie pojawia się bardzo dobry break down, gdzie nie jestem do końca pewien, czy Chuck nie jest wspomagany jeszcze przez któregoś z gitarzystów, jeśli chodzi o wokal. Potem też pojawia się bardzo chwytliwa solówka, jedna trochę krótsza, lecz ta dłuższa jest oczywiście jeszcze lepsza. Mistrzowskie otwarcie, sam singiel bowiem skutecznie mnie, jak i wielkiego amatora tej grupy Jacka, skutecznie zachęcił do zakupu pre orderu tego krążka.

WW III nie zwalnia tempa ani na chwilę, jeśli chodzi o dynamikę. Bardzo ciekawie brzmi podkreślony bas. Tematyka liryczna jest równie dość intrygująca. Pod sam koniec wstęp istnie speed metalowy, tak samo jak sama solówka, jak dla mnie. Blasty towarzyszące przejściom są genialne. Natomiast Dream Deceiver, jest lekkim opuszczeniem gardy z racji swojej chwytliwości oraz lekkiego podobieństwa, do dwóch singli, pochodzącego z poprzedniego albumu Brotherhood Of The Snake, tytułowego Brotherhood Of The Snake oraz A PaleKing. Czy to dobrze? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Ja zaliczając się do fanów zespołu, mogę przymknąć na to ucho, jednak jest to w pewnym sensie lekkie pójście na łatwiznę, to owej przebojowości Dream Deceiver nie pozbawia. Jak również w miarę dobrej solówki gitarowej.

Drugi singiel, czyli Night Of The Witch, przez gitary oraz partie perkusyjne na samym początku jest bardzo intensywny, na pewno bardziej od poprzedniego utworu. Jednak tu już odrobinę wkrada się rutyna, przynajmniej dla mnie jako fana. Choć wokal Chucka jest tu też bardziej nastawiony na krzyk, niż w poprzednich. Mimo to jednak jako singiel nie jest tak dobry, w porównaniu do Children Of The Next Level. Jednak poziom jest utrzymany. Natomiast z piątym w kolejności City Of Angels, jest zupełnie inaczej. Gdyż cieszy fakt, iż wspomnianej przeze mnie wcześniej przewidywalności, w tym przypadku zespół skutecznie się wyłamuje. Jak? Chociażby że, początek otwierają partie basu, same przejścia są bardziej progresywne, jak riffy spokojniejsze, tak samo jak wokale wspierające Chucka, czyli jednak się wcześniej się nie przesłyszałem. Do tego krótkie, lecz też jazzowe solo, potwierdza fakt, iż owa kompozycja zalicza się do jednej z ulubionych z tej płyty.

Ishtars Gate przez swój orientalny wydźwięk gitar, w samym wstępie, już zaskarbił moją sympatię. Liryczną tematyką oraz większą wirtuozerią basu w jego trakcie. Potem ponowny powrót muzycznego orientu. Nadal godne uwagi gitarowe popisy. Kolejny ulubieniec, obowiązkowo wpisany na playlistę. Symptoms też daje radę, choć tutaj słychać już zdecydowanie mniej thrashowej dynamiki, a duża ilość przejść, zaczyna mi przypominać trochę kurs w podgatunki z końcówką core. Co trochę mnie lekko niepokoi, a jednocześnie udowadnia, że, grupa nie boi się eksperymentów. Tak czy inaczej, mam co do tej kompozycji bardzo mieszane odczucia. Na False Prophet wraca to, czego mi zaczynało brakować. To bardziej thrashowe brzmienie, może nie ze spodziewaną intensywnością, ale to zawsze lepsze niż nic. Wreszcie! Furia wraca! Bo The Healers się pojawia, a z nim, chwytliwe riffy i podwójna stopa. Przez to, chociażby headbanging pojawia się u mnie bezwarunkowo. Code Of Hammurabi to znowu basowa wirtuozeria. Choć właściwa dynamika przychodzi jeśli o mnie chodzi, trochę za późno, jednak coś za coś. W zamian jeśli o mnie chodzi, jedna z najlepszych solówek na płycie. Oprócz tego również perkusja jest nietypowa. Przedostatni Curse Of Osiris to jest ta właściwa intensywność, idealna do dobrego pogo. Zamykający natomiast płytę Catacombs, umiejętnie buduje napięcie, gdzie słychać elementy podchodzące pod symfoniczne, z chórem włącznie, a sama marszówka jest świetna. Biorąc pod uwagę, że jest on całkowicie instrumentalny. Jeśli o mnie chodzi, zamknięcie idealne, bo pozostawiające słuchacza z lekkim niedosytem.

Czy Titans of Creation okazał się w ostateczności lepszy od poprzedniego, zdecydowanie krótszego Brotherhood Of The Snake? Cóż, po części tak, a lekko na nie. Czemu? Po pierwsze, chociażby przez swoją różnorodność, gdyż Brotherhood Of The Snake nie ma żadnego z progresywnych elementów, oprócz tego jest mniej wirtuozerii perkusji oraz gitary basowej, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że nie ma jej wcale. To akurat stawia w mojej hierarchii płyt grupy Testament, najnowszy album na wyższej pozycji niż Brotherhood Of The Snake. Jednak aby, nie być całkowicie bezkrytycznym, to minusem jeśli chodzi o podobieństwa obu krążków, jest Dream Deceiver. Jakby go nie było na krążku, szczerze w żądnym stopniu nie odczułbym braku, no, chyba że, zespołowi o to chodziło, o zwrócenie uwagi. Wracając jednak znowu do pozytywnych aspektów płyty. Mam z niej więcej kompozycji do których, na pewno przez jakiś czas będę wracał. Są to Children Of The Next Level, WW III, City Of Angels, Ishtars Gate, The Healers, Curse Of Osiris z towarzyszącym mu potem Catacombs. Do tego okładka też jest lepsza od poprzedniej. W ostateczności na Titans of Creation jest więcej kreatywnego tworzenia muzyki jak i samych tekstów, niż odrobiny zniszczenia. Korzystając z okazji, życzę zdrowia Chuckowi oraz basiście Stevowi. Obyście wyzdrowieli i jak się wszystko poukłada, zagrali na Masters of Rock w lipcu. Chętnie też poznam wasze opinie odnośnie tego krążka. Ja ze swojej strony temat wyczerpałem.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Reaper – Unholy Nordic Noise (2020)

Szwecja jest jednak bardzo bogata, jeśli chodzi o zespoły. Z racji większego zainteresowania grupami pokroju Midnight, akurat skandynawski Reaper przykuł moją uwagę. Tym bardziej iż 31 stycznia 2020, wydał swój debiutancki album, zatytułowany Unholy Nordic Noise. Czy okazał się równie dobry jak najnowszy materiał Midnight? Trzeba przesłuchać, aby się przekonać, więc to zamierzam zrobić.

Intro samo w sobie jest bardzo intrygujące. Tym bardziej iż rozpoczyna się bardzo tajemniczą deklamacją. Już pierwsze Hero of the Graveyard Flies jest plugawe do samego szpiku kości. Do tego wokal przypomina mi tu zarówno Shagratha z Dimmu Borgir lub Abbatha z Immortal. Natomiast w Severing Tentacles of Faith gitary brzmią bardzo podobnie, jak w polskim zespole blackowym Morowe, oprócz tego przynajmniej ja, słyszę tu więcej speed metalu, a solówka jest naprawdę godna uwagi. Na Arctic Wrath – Blood and Bone panuje istna blackowo-thrashowa rzeźnia. Poważnie. Order of the Beelzebub natomiast rozpoczyna się piekielnie chwytliwym riffem, a potem leci już z przysłowiowej górki. Choć tu zastosowanie chórków, jest bardzo interesujące. Horn of Hades, The Birth of War, Surrender to the Void , This Crystal Hell, Ravenous Storm of Piss oraz De krälande maskarnas kör to na początku wolny wstęp , lecz potem jest już tylko szybciej i mocniej. Na sam koniec otrzymujemy równie intrygujące Outro.

Dodając jeszcze parę słów na koniec. Jest to solidny debiut dla fanów polskiego Voidhungera czy norweskiej Aura Noir, choć jak wspomniałem, usłyszeć w nim da się też tam nawet Morowe Nihila. Jak na niecałe półgodziny materiału, jest dobrze. Może nie genialnie, ale potencjał moim zdaniem jest. Jestem ciekaw drugiej płyty szwedzkiego Reaper-a, bo debiut nie wypadł aż, tak fatalnie jak zakładałem na początku.

Korekta Paulina Wawrzusiak

8/10

Kategorie
Bez kategorii

Megadeath – Endgame (2009)

Megadeath – któż nie słyszał, jakiegokolwiek z utworów czy albumów, tego zespołu. Założonego przez Dave Mustaine z powodu wyrzucenia go z szeregów zespołu Metallica. To sprawiło, iż powstał mocny konkurent dla Metallica(y). Tak czy inaczej, powróciłem do twórczości Dave, po dość długiej przerwie, a powodem ku temu był koncert Judas Priest, którego supportem okazał się właśnie owy Megadeath. Ja podzielę się swoimi wrażeniami, co do płyty, dzięki której miałem okazję, bardziej się do tej grupy przekonać. Czy coś uległo zmianie? Czy dwunasty album Megadeath, wydany 11 września 2009 roku, zatytułowany Endgame, nadal po 11 latach jest dla mnie ,,tym właściwym” po reaktywacji zespołu, która nastąpiła w 2002 roku? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać. Trzeba go posłuchać.

Dużej ilości dynamiki tak jak kiedyś, dalej nie brakuje od samego początku krążka. Mam tu na myśli oczywiście krótki Dialectic Chaos, który dostarcza jedną z chyba najszybszych solówek gitarowych na tej płycie. This Day We Fight! tak naprawdę utrzymuje tempo, choć trzy krótsze solówki, wpadają i wylatują. Wokal Dave natomiast nadal jest dobry. Natomiast jeśli chodzi o 44 Minutes, riff otwierający jest bardzo dobry, do tego jeszcze ta przemowa przez głośnik. Idealnie jest też dobrana krótka deklamacja, zrobiła ona swoje. 1,320 tak jak kiedyś nie jest zły, lecz też nie za bardzo wybitny. Na Bite the Hand jest trochę więcej przejść i zmian tempa. Choć końcowa solówka z trzech, robi najlepsze wrażenie. Natomiast na Bodies wyraźniej można usłyszeć partie basu. Oprócz tego jes w tym utworze pewnego rodzaju nadmiar energii przynajmniej w moim odczuciu.

W tytułowym Endgame znowu pojawia się ten motyw głosu przemawiającego przez głośnik, przez to znowu Dave bardziej w tym utworze przemawia, niż śpiewa. Słychać niby dalej odpowiednie riffy oraz perkusję, ale jakimś cudem przestałem je odbierać jako bardzo szybkie. Ósmy The Hardest Part of Letting Go…Sealed With a Kiss zaczyna się jak ballada, lecz w połowie tempo ulega zmianie, to wreszcie wyprowadza mnie z pewnego rodzaju letargu, w jakim byłem. Choć pomimo owej zmiany pewnego rodzaju klimat pozostał, podkreśliła to dobitnie marszówka i partia gitary akustycznej. No i wreszcie znowu powrót do tego, za co polubiłem Dialectic Chaos. Gdyż Head Crusher dobitnie i całkowicie mnie wybudził. Na nim jest bowiem według mnie druga najszybsza solówka gitarowa na tym albumie. Pozostałe How the Story Ends oraz The Right to Go Insane są dobre, ale też niewybitne. Utrzymują znowu odpowiedni energetyczny ton, dostarczając przy tym kolejnych dwóch dobrych solówek.

Jednak zastąpiła pewna zmiana jeśli chodzi o ten album. Jak dla mnie Endgame nie jest już aż tak dobrym albumem, jak kiedyś. Z ośmiu ulubionych kompozycji, pozostały trzy. Mam tu nam myśli Dialectic Chaos, 44 Minutes oraz Head Crusher. Zapewne też po jedenastu latach, kiedy to przez parę dobrym miesięcy od premiery, miałem ten album w swoim odtwarzaczu, miała na to wpływ też owa przerwa. Tak czy inaczej, jestem odrobinę rozczarowany faktem, iż w przypadku tej płyty, czas zadziałał na jej niekorzyść. Sprawiając, iż, stała się dla mnie przeciętną, z tylko trzema wyżej wymienionymi utworami, do których może kiedyś znowu powrócę. Tak jak i sam nie wiem, czy powrócę do Megadeth. Czas pokaże. Choć balansowanie między heavy a thrash metalem daje im ode mnie pewnego rodzaju szansę, bo w przeciwieństwie do odcinającej kuponów na podstawie swojej legendy grupy Metallica, Dave, chociażby zawieszeniem działalności udowodnił, że jest ze swoimi fanami szczery.

Korekta Paulina Wawrzusiak

7/10

Kategorie
Bez kategorii

KAT & Roman Kostrzewski – Popiór (2019)

Historia zespołu Kat&Roman Kostrzewski z powodu samej nazwy daje do zrozumienia, że, został on stworzony na podwalinach jednej z największych legend polskiego thrash metalu w Polsce, co samo w sobie jest smutne. Czemu o tym wspominam? Ponieważ ostatnio, dokładnie 1 marca tego roku, sami wydali, już drugi swój album zatytułowany Popiór. Pomijając już okoliczności, w jakich został stworzony oraz co, stało się, przed ogłoszeniem trasy promującej, to teraz owa sytuacja zespołu jest tragedio komiczna. Jakiego są moje wrażenia po wielokrotnym przesłuchaniu tego albumu? Czy w jakimś stopniu ów krążek jest lepszy od debiutanckiego? Czy nawiązuje do macierzystego zespołu KAT, przed odejściem Romana Kostrzewskiego? Czy muzyka oraz liryki były warte czekania ośmiu lat? Czy będę chciał do nie wracać? Jeśli jesteście ich ciekawi oraz odpowiedzi na te pytania z mojej strony, chętnie się z Wami nimi podzielę, udzielając wyczerpujących odpowiedzi.

Utwór otwierający Łossod nie jest zły, gdyż można usłyszeć wirtuozerskie popisy na gitarze akustycznej, a wszystko zachowane w mistyczno-klimatycznej otoczce. Ośle to trochę inna historia. Bardzo szybkie rozpoczęcie heavy/hard riffem. Potem zmiana tempa. Solówka gitarowa, bez szału, ale też nie jest źle. Tarło i jego gitarowy początek jest zupełnie inny, bardziej popisowy. Solówka gitarowa warta uznania, nie powiem, że nie. Breakdowny z drugim bardzo dobrym solo w tle-mistrzostwo świata. Serio. Mdłości znowu doskonałe i nastrojowe intro. Potem się rozkręcił i to na dobre. Dobre i riffy i znowu kolejna godna uwagi solówka, no i powrót do spokojnych i wolnych fragmentów. Potem znowu kolejne dobre solo i ten riff prowadzący no i tajemnicze zakończenie. Baba zakonna to najbardziej energetyczny numer na całym krążku jak dla mnie, do tego przekaz jest najbardziej antyreligijny. Potem zwolnione breakdowny z blastami. Bardzo dobra solówka. Potem znowu energia oraz moc. Jest dobrze. Tytułowy Popiór to bardzo dobra ballada. Z odpowiednio zachowanym klimatem. Zakończona takim też gitarowym solo. Głowy w dół spuszczone to kolejna petarda. Wisienką jest nie tyle dobre solo, ile bardzo wyrazisty bas. Ostatnia kompozycja Dali na Mszę to trzeci potężny cios. Blasty z breakdownami proszę bardzo. Potem następuje zwolnienie jednak. Jednak potem powrót i bardzo dobre solo. Riffy w tle jednak tej mocy nie odbierają. Czy sprawdził się jako utwór zamykający? Tak i nie, kwestia względna. Jest dobry, ale czegoś zabrakło.

Mam bardzo mieszane odczucia nawet po dziesięciokrotnym przesłuchaniu tego krążka, rozłożonym bardzo w czasie. Najpierw byłem nastawiony jak pies do jeża. Potem ogarniała mnie jednak pozytywna euforia jako fana KAT-a z Romanem, gdyż jednak jego specyficzny wokal oraz liryki zapadają w pamięć. Jednakże po ochłonięciu ze skrajności, doceniając, bądź co bądź fakt wydania płyty, to mam nieodparte wrażenie, że, Roman to nagrał, bo bał się oraz czuł może presję fanów? Nie mam pojęcia. Dla mnie ta przerwa ośmiu lat była zbyt długa i już! Jeśli chodzi o bycie lepszym od debiutanckiego albumu Czarno-Biała, szczerze to przy pierwszym wydawnictwie wielokrotnie ruszałem głową do rytmu oraz miałem ochotę pójść w pogo, przy tym albumie czegoś takiego nie miałem, w przypadku Czarno-Białej zawsze! O czymś to świadczy prawda? Nawiązania do przekazu starego KAT-a z Romkiem, nic się nie zmieniło przekaz taki sam, co jest akurat malutkim światełkiem w dość długiej drodze z ciemnego tunelu. Muzycznie? Heh. Niby próby są, lecz jednak niepodejmowane z całkowitym sukcesem. Bez obrazy dla Krzysztofa „Pistolet” Pisteloka oraz Jacka Hiro, czy zastępującego już Irka Lotha, Jacka Nowaka. Dla Mnie idealny KAT, to skład z czasów Ich ostatniego, dla mnie albumu Szydercze Zwierciadło z 1997 roku. Gdyż do tego czasu liryki oraz wokal Romana, partie gitarowe w wykonaniu Piotra Luczyka, bas Krzysztofa Oseta to skład idealny, choć nie nagrał wszystkich płyt KAT-a, ale mam pewność, że, brzmiałyby tak, jak zostały nagrane, bo dwoma mózgami byli Roman i Piotr. Czyli pod tym względem jako fan jestem mocno nienasycony, może nie tanią, lecz podróbką przez którą, nie wyjdę z ,,owego tunelu” będąc w połowie drogi już przy debiucie, lecz przy albumie Popiór, ta droga nie uległa skróceniu, zwłaszcza jeśli chodzi o czas oczekiwania, wręcz powiedziałbym, iż, uległa drobnemu wydłużeniu. Czy warto było czekać? Osoba niebędąca wiernym fanem KAT-a z Romanem do nagranej płyty z 1997 roku, pewnie nie zauważy większej różnicy, tym bardziej niż zacznie przygodę z twórczością pana Kostrzewskiego od czasu zespołu Kat&Roman Kostrzewski, to już tym bardziej. Inni zatwardziali fani zapewne będą też zachwyceni, iż, ,,mistrz” Kostrzewski coś wydał z muzykami pod szyldem Kat&Roman Kostrzewski, choć z pierwotnej grupy został tylko on, więc powinno się to nazywać Kostrzewski Band, nazywając rzeczy po imieniu. Ja odpowiem, iż Nie. Jeśli chodzi o powroty, to do debiutu wróciłem w sumie raz po 3 latach, a potem kolejny tuż po wydaniu następcy i czwarty przed recenzją, raczej więc nie planuję. Do samego KAT-a wracam ciągle co parę miesięcy, więc jest to spora różnica. No ale cenę, to sobie zespół zaśpiewał sobie, zdecydowanie za dużą, w porównaniu do debiutu. Biorąc aż tak, wiele czynników pod uwagę, nie miałem ułatwionego zadania, lecz nie będę strasznie surowy, bo w sumie nie o to chodzi, to mam osobisty apel do pana Romana i Piotra, aby stworzyli zespoły sygnowane swoimi nazwiskami, bo to oszczędzi żenującej już sytuacji, w której legenda KAT-a dla mnie umiera! Moja ocena całościowa jest jedna i nie zmienna, pokreślę, iż byłaby, diametralnie inna, gdyby dwa albumy, Biało-Czana i Popiór, były sygnowane Roman Kostrzewski, a nie próbami stworzenia KAT-a na nowo, z innymi muzykami. Jestem ciekaw waszych odczuć, reakcji, licząc a rzeczową oraz kulturalną dyskusję pod Waszymi komentarzami. Gdyż jak wspomniałem kiedyś, każdy ma prawo do własnego zdania, moje jest jedno, jak i ocena.

5/10

Kategorie
Bez kategorii

Wywiad z Piotr Sopek (Devaner)

Dziś trochę bardziej undergrandowo. Wywiad z założycielem zespołu Devaner. Jeśli jesteś miłośnikiem oldschoolowego thrashu, grupa przypadnie Ci do gustu. Sam Piotr odpowie nam na wiele interesujących pytań. Dotyczących jego pasji oraz zespołu.

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z muzyką?

Z sama muzyką rozpocząłem na dobre przygodę gdzieś w okolicach 1983 roku, słuchając wszystkiego co było wtedy dostępne. Powstawała wtedy cała masa polskich zespołów rockowych takich jak Lady Pank, Oddział Zamknięty, Maanam, Perfect itd. Wychodziły pierwsze płyty na vinylach i tego się wtedy słuchało. Nie minęło sporo czasu i poznałem heavy metal. Pamiętam jak w telewizji publicznej puścili koncert brytyjskiego UFO a ja siedziałem i oglądałem to jak wryty. Jednak pierwszym zespołem który zrobił na mnie największe wrażenie był niemiecki Accept. Przegrywałem od znajomych każdą możliwą kasetę z jakąkolwiek płytą metalową tj. Iron Maiden, Judas Priest i tym podobne zespoły. Później przyszedł czas na thrash metal, który to zaczął dochodził do głosu i tak tkwię głównie w nim do czasów teraźniejszych, chociaż nie zamykam się na inne gatunki muzyczne.

Sam zacząłem grać na gitarze i założyłem własny zespół na początku lat dziewięćdziesiątych. Po zagraniu kilku koncertów i wydaniu jednej taśmy demo zespół się rozpadł, a ja powiesiłem gitarę na „kołek”. Już nie grałem, ale nadal słuchałem wszystkiego, co w metalu się pojawiało.

Jak doszło do powstania zespołu Devaner?

W knajpie przy piwie mój kumpel Bartek z zespołu Divine Weep zadał mi pytanie – dlaczego nie gram na gitarze? Pomyślałem – no właśnie dlaczego? Po powrocie do domu wyciągnąłem z futerału mego starego Mensfelda, który siedział tam od 1994 roku. Struny były stare, pordzewiałe, ale zacząłem powoli ćwiczyć po parę minut dziennie. Z dnia na dzień coraz mocniej wciągałem się w granie. Ćwiczyłem godzinę, dwie, a nawet trzy wszystkie możliwe gamy, pasaże i superpozycje. Pomyślałem, że fajnie by było znowu zagrać z zespołem na scenie. Rozpocząłem poszukiwania chętnych do zespołu i natrafiłem na problem, ponieważ takich ciężko było znaleźć. W miarę upływu czasu skład się ustabilizował, ale nie byli to ludzie przesiąknięci metalem i raczej luźno podchodzili do tematu. W końcu wszystko się posypało i zostałem tylko ja i basista. Przez Fejsa znalazłem drugie gitarzystę i tak w trójkę zrobiliśmy album Fear Of Being Born. Zespół na początku powstał w mojej głowie, następnie powstała nazwa, która to określa tylko i wyłącznie zespół. Z góry wiedziałem, że skład ma być czteroosobowy i jaki rodzaj muzyki będziemy grać. Być może, iż nie udało mi się zarazić swoją ideologią pozostałych ludzi w zespole a może po prostu teraz mamy takie czasy, że metal niestety, ale nie stanowi dominacji. Obecnie mam nowy skład zespołu i ludzi, którzy żyją metalem od lat. Mam nadzieję, że w tym składzie rozruszam zespół.

Jakimi zespołami się inspirowałeś, tworząc debiutancki album Fear of Being Born?

Na początku lat osiemdziesiątych byłem zainspirowany Metallicą, ale tylko pierwszymi czterema płytami. To dzięki nim nauczyłem się grać na gitarze. Przestali grać thrash metal, więc trzeba było poszukać kogoś innego. Do głosu doszła Sepultura i to na nich wzorowaliśmy się z pierwszym zespołem. Po latach na nowo odkryłem albumy Sepultury z Maxem na wokalu i chciałem stworzyć album z podobną muzyką. Słyszałem wypowiedzi, że nikt już tak nie gra, no i co z tego, ja tak gram. Po Sepulturze powstała nisza, która była do wypełnienia i to przynajmniej próbowałem zrobić. Album miał bardzo dobry odbiór wśród starej gwardii metalowej i chociaż według mnie brzmi zupełnie inaczej, to właśnie głównie do płyt Sepultury był porównywany, co dla mnie było ogromnym wyróżnieniem. Tym się inspirowałem i taki był odbiór a czy słychać tam jeszcze jakieś naleciałości, bo przecież słucham dużo i wszystkiego zostawiam do indywidualnej oceny.

Widziałem, że reaktywowałeś zespół, masz w planach nagrać drugi album czy tylko na chwilę obecną koncertowy powrót?

Bardzo ciężko wbrew pozorom jest znaleźć dobrych muzyków do grania. Wstawiłem na swoim Fejsie info, iż szukam perkusisty. Odezwał się do mnie Piotrek z Lublina. Sam znalazł nam nowego basistę Mikołaja również z Lublina. Mój drugi gitarzysta jest ze Świnoujścia, ale niebawem zjedzie do mnie. Udało mi się znaleźć świetnych ludzi i muzyków, którzy tak jak ja są przesiąknięci metalem. Bardzo dobrze się dogadujemy i ćwiczymy na próbach materiał z płyty. W planach mamy już zaklepane koncerty. Jeśli wszystko potoczy się, zgodnie z moimi planami to nie tylko będziemy koncertować, ale tez nagrywać. Na chwilę obecną zespół powstał na nowo i musimy się skupić na tym, co już pod szyldem Devaner wyszło. Czas pokaże co, będzie dalej, ale normalną koleją rzeczy jest fakt, iż trzeba nagrać album.

Z tego, co mi wiadomo, jesteś bardzo wielkim miłośnikiem szeroko rozumianej muzyki metalowej. Wydałeś zresztą ostatnio własną książkę ,,Cały ten Metal”. Co można w niej przeczytać? Skąd w ogóle pomysł na jej wydanie? Planujesz ogólnopolskie wydanie?

Metal czy też ogólnie pojęta muzyka towarzyszy mi już ponad 36 lat. To moje życie i wydaje mi się, że trochę się na niej znam, a przynajmniej mam na ten temat jakąś wiedzę. Swego czasu zrobiłem do radia Prorock audycję na temat thrash metalu. Słuchając tego mój kumpel, stwierdził, iż się marnuje i powinienem o tym napisać książkę. Musiałem przespać się z tematem i pomyślałem, dlaczego nie? Nie było sensu pisać tylko i wyłącznie o muzyce, więc wplotłem to wszystko w swoje życie prywatne, a że metal to ja tak więc oba wątki non stop się przeplatają. Prawie każdy, wydaje teraz jakieś książki, wychodzi to jako ogólnopolskie wydawnictwo, aby tylko na tym zarobić. Ja miałem trochę inny w tym cel. Po pierwsze to chciałem swojej najbliższej rodzinie zostawić jakąś pamiątkę po sobie i po swoim życiu. Moja starsza córka, czytając ją, mówiła – o! Tego nie wiedziałam. Po drugie chciałem, aby najbliżsi mi ludzie dowiedzieli się tez trochę o mnie. Taka odsłona bardzo dobrze wpływa na relacje i buduje więzi. Co innego jest opowiedzieć, a co innego jest samemu przeczytać, to bardziej zostaje w głowie. Wydanie takiej książki z kolorowymi zdjęciami to też bardzo duży koszt, a nie jest to pozycja do ogólnopolskiego wydania, bo kogo interesowałoby życie jednego metala z Podlasia. Książka rozpoczyna się w 1983 roku, bo to właśnie do tego roku byłem w stanie, cofnąć się wspomnieniami a kończy w 2018. Przez całą książkę opowiadam o sobie i muzyce, która na przełomie lat mi towarzyszyła. Podobno wyszło bardzo fajnie i ciekawie się to czyta, ale to już nie mnie oceniać.

Czym zajmujesz się oprócz muzyki?

Na co dzień pracuję i zajmuję się samochodami od strony logistycznej. Same samochody nigdy mnie nie interesowały, ale strona logistyczna wciągnęła mnie – lubię swoją pracę. Bardzo dużo czytam. Mam w domu kolekcję książek Masterton, czyli horrory, ale nie tylko. Do tego w ostatnim czasie odkryłem twórczość Remigiusza Mroza i głównie na jego książkach skupiam uwagę. Nie oglądam telewizji, czasem może jakiś film. Nie interesuje mnie polityka. W sumie można powiedzieć, że nudne życie, gitara, muzyka i książki.

Co wziąłbyś ze sobą na bezludną wyspę?

Przeniósłbym ze sobą swój niewielki pokój, moją samotnię i ona w pełni by mi wystarczyła. Tutaj ma cały swój świat, czyli to, co podawałem wyżej, gitary, płyty i książki. Nie musiałbym z nikim gadać i tyle do życia by mi wystarczyło.

Czy jest inny kraj oprócz Polski, w którym chciałbyś mieszkać, jeśli tak to, jaki i dlaczego?

To, że nie oglądam telewizji, nie znaczy, że nie wiem co się w kraju dzieje. Często absurd goni absurd i powala mnie ogólna głupota, ale da się tu żyć. Swego czasu byłem w Hiszpanii i bardzo mi się tam podobało, to, że nikt się nigdzie nie spieszył i ludzka życzliwość, ale kto wie, jak by było, gdybym tam zamieszkał na stałe? Jestem gdzie, jestem, żyję, gdzie żyję i na razie nie zmieniam tego.

Czego mogę Ci życzyć na przyszłość?

Życz mi wytrwałości i zdrowia. Jedno i drugie z racji na wiek. Wytrwałości, ponieważ nie jestem już w tym wieku, że mogę sobie coś odkładać na za rok lub trzy. Chciałbym jak najszybciej ograć się z zespołem i zagrać jeszcze kilka koncertów a może nawet wydać kolejną płytę. A zdrowia? Niby nie choruję i nic mi nie dolega, ale jak zacznę to, nie zrealizuję tego pierwszego założenia.

Kategorie
Bez kategorii

Kreator – Enemy of God (2005)

Niemieckiego Kreatora, jednego z klasyków niemieckiej szkoły thrash metalu, miłośnikom owego gatunku przedstawiać chyba nie muszę. Tym, którzy tegoż zespołu jakimś cudem nie znają, polecam serdecznie. Dziś ponownie po wielu latach w całości odsłuchałem sobie album Enemy of God z 2005 roku. Jesteście ciekawi, jak wtedy go odebrałem, a jak teraz go odbieram? Jeśli tak, to zachęcam do lektury.

Akurat się składa, że przy tym albumie miałem pierwszy kontakt z Kreatorem. Tak, zgadza się, nie przy Endless Pain czy Pleasure to Kill, tylko po przesłuchaniu tytułowego singla z Enemy of God właśnie. Wiem, że narażam się tu grupie konserwatystów metalu, no ale cóż, było, jak było, nie zmienię tego. Uwielbiałem wracać do tej płyty przynajmniej raz na miesiąc, dopiero po dwóch latach słuchania odłożyłem CD na półkę. Czternaście lat temu było tak, a dziś jest następująco…

Sam tytułowy numer wszedł od razu. Doskonałe wejście gitar, riff zapadający w pamięć, wokal Petrozzy. Przy okazji: jak na tamte czasy teledysk był, moim skromnym zdaniem, odważny, ale nie przesadzony. Tak samo było z „Impossible Brutality” idealnie połączonym z poprzednim numerem. Riff taki, jak trzeba, super solówki, żadnych słabych stron. Jednak dziś nie jestem aż tak oszołomiony, jak wtedy.

W „Suicide Terrorist” słychać już powtarzalność, przynajmniej dla mnie. Tylko końcowymi popisami Samiego Yli-Sirniö i Petrozzy się różni. „World Anarchy” słucha mi się nawet lepiej od tytułowej kompozycji. Poza tym tekst jest prawdziwy do bólu. Ta zmiana tempa i spokojny śpiew – cudo. „Dystopia” oraz „Voices Of The Dead” – takie sobie. Za to w „Murder Fantasies” zarówno tekst, jak i numer jest bardzo dobry, a solówka jedna z lepszych na płycie.

„When Death Takes Its Dominion”, wstęp bardzo dobry tak samo, jak i perkusja (breaki, crashe,etc.), co do gitar – również bardzo dobre. Solówka jest po prostu genialna, tyle na temat. „One Evil Comes (A Million Follow)” – cóż, dobry. Niby fajny, ale to jednak nie jest to. Wypada zbyt przeciętnie na tle innych kawałków. Przy „Dying Race Apocalypse” jak kiedyś, tak i teraz odpłynąłem do krainy muzycznych doznań. Akustyczne wprowadzenie, solówki cudnie pieszczące uszy, agresywny wokal, a w głowie tylko wyobrażenie pogo do tego utworu. Już kiedyś była i wciąż jest najlepszą piosenką tego albumu.

„Under A Total Blackened Sky” – dobry, ale jakoś nie został przeze mnie zapamiętany. „The Ancient Plague” jako piosenka zamykająca też nie jest zła ani przeciętna, tylko dobra. Podsumowując pod kątem muzycznym (bo pod lirycznym to kwestia względna), album nadal w moim odczuciu brzmi bardzo spójnie. Kiedy jednak słuchałem tej płyty, nie wiedząc czemu, w pewnych momentach chciałem, żeby pewne utwory przeleciały. Może nieodpowiedni nastrój? Brak chęci rozładowania gniewu czy stresu?
Do moich faworytów, czyli najlepszych trzech piosenek albumu, należą bezdyskusyjnie „Dying Race Apocalypse”, na równi „Murder Fantasies” i „World Anarchy”.

A co Wy myślicie o tym albumie? Też wam przypadł do gustu czy wręcz odwrotnie? Jak wypadłem w debiutanckiej recenzji thrash metalowej? O wszystkim dajcie znać w komentarzach, jestem otwarty na konstruktywną krytykę. Jeśli chodzi o mnie to ten album w porównaniu, do odczuć jak słuchałem go po raz pierwszy, wypada bardzo dobrze. Pozdrawiam serdecznie.

9/10