KAT & Roman Kostrzewski – Popiór (2019)

Historia zespołu Kat&Roman Kostrzewski z powodu samej nazwy daje do zrozumienia, że, został on stworzony na podwalinach jednej z największych legend polskiego thrash metalu w Polsce, co samo w sobie jest smutne. Czemu o tym wspominam? Ponieważ ostatnio, dokładnie 1 marca tego roku, sami wydali, już drugi swój album zatytułowany Popiór. Pomijając już okoliczności, w jakich został stworzony oraz co, stało się, przed ogłoszeniem trasy promującej, to teraz owa sytuacja zespołu jest tragedio komiczna. Jakiego są moje wrażenia po wielokrotnym przesłuchaniu tego albumu? Czy w jakimś stopniu ów krążek jest lepszy od debiutanckiego? Czy nawiązuje do macierzystego zespołu KAT, przed odejściem Romana Kostrzewskiego? Czy muzyka oraz liryki były warte czekania ośmiu lat? Czy będę chciał do nie wracać? Jeśli jesteście ich ciekawi oraz odpowiedzi na te pytania z mojej strony, chętnie się z Wami nimi podzielę, udzielając wyczerpujących odpowiedzi.

Utwór otwierający Łossod nie jest zły, gdyż można usłyszeć wirtuozerskie popisy na gitarze akustycznej, a wszystko zachowane w mistyczno-klimatycznej otoczce. Ośle to trochę inna historia. Bardzo szybkie rozpoczęcie heavy/hard riffem. Potem zmiana tempa. Solówka gitarowa, bez szału, ale też nie jest źle. Tarło i jego gitarowy początek jest zupełnie inny, bardziej popisowy. Solówka gitarowa warta uznania, nie powiem, że nie. Breakdowny z drugim bardzo dobrym solo w tle-mistrzostwo świata. Serio. Mdłości znowu doskonałe i nastrojowe intro. Potem się rozkręcił i to na dobre. Dobre i riffy i znowu kolejna godna uwagi solówka, no i powrót do spokojnych i wolnych fragmentów. Potem znowu kolejne dobre solo i ten riff prowadzący no i tajemnicze zakończenie. Baba zakonna to najbardziej energetyczny numer na całym krążku jak dla mnie, do tego przekaz jest najbardziej antyreligijny. Potem zwolnione breakdowny z blastami. Bardzo dobra solówka. Potem znowu energia oraz moc. Jest dobrze. Tytułowy Popiór to bardzo dobra ballada. Z odpowiednio zachowanym klimatem. Zakończona takim też gitarowym solo. Głowy w dół spuszczone to kolejna petarda. Wisienką jest nie tyle dobre solo, ile bardzo wyrazisty bas. Ostatnia kompozycja Dali na Mszę to trzeci potężny cios. Blasty z breakdownami proszę bardzo. Potem następuje zwolnienie jednak. Jednak potem powrót i bardzo dobre solo. Riffy w tle jednak tej mocy nie odbierają. Czy sprawdził się jako utwór zamykający? Tak i nie, kwestia względna. Jest dobry, ale czegoś zabrakło.

Mam bardzo mieszane odczucia nawet po dziesięciokrotnym przesłuchaniu tego krążka, rozłożonym bardzo w czasie. Najpierw byłem nastawiony jak pies do jeża. Potem ogarniała mnie jednak pozytywna euforia jako fana KAT-a z Romanem, gdyż jednak jego specyficzny wokal oraz liryki zapadają w pamięć. Jednakże po ochłonięciu ze skrajności, doceniając, bądź co bądź fakt wydania płyty, to mam nieodparte wrażenie, że, Roman to nagrał, bo bał się oraz czuł może presję fanów? Nie mam pojęcia. Dla mnie ta przerwa ośmiu lat była zbyt długa i już! Jeśli chodzi o bycie lepszym od debiutanckiego albumu Czarno-Biała, szczerze to przy pierwszym wydawnictwie wielokrotnie ruszałem głową do rytmu oraz miałem ochotę pójść w pogo, przy tym albumie czegoś takiego nie miałem, w przypadku Czarno-Białej zawsze! O czymś to świadczy prawda? Nawiązania do przekazu starego KAT-a z Romkiem, nic się nie zmieniło przekaz taki sam, co jest akurat malutkim światełkiem w dość długiej drodze z ciemnego tunelu. Muzycznie? Heh. Niby próby są, lecz jednak niepodejmowane z całkowitym sukcesem. Bez obrazy dla Krzysztofa „Pistolet” Pisteloka oraz Jacka Hiro, czy zastępującego już Irka Lotha, Jacka Nowaka. Dla Mnie idealny KAT, to skład z czasów Ich ostatniego, dla mnie albumu Szydercze Zwierciadło z 1997 roku. Gdyż do tego czasu liryki oraz wokal Romana, partie gitarowe w wykonaniu Piotra Luczyka, bas Krzysztofa Oseta to skład idealny, choć nie nagrał wszystkich płyt KAT-a, ale mam pewność, że, brzmiałyby tak, jak zostały nagrane, bo dwoma mózgami byli Roman i Piotr. Czyli pod tym względem jako fan jestem mocno nienasycony, może nie tanią, lecz podróbką przez którą, nie wyjdę z ,,owego tunelu” będąc w połowie drogi już przy debiucie, lecz przy albumie Popiór, ta droga nie uległa skróceniu, zwłaszcza jeśli chodzi o czas oczekiwania, wręcz powiedziałbym, iż, uległa drobnemu wydłużeniu. Czy warto było czekać? Osoba niebędąca wiernym fanem KAT-a z Romanem do nagranej płyty z 1997 roku, pewnie nie zauważy większej różnicy, tym bardziej niż zacznie przygodę z twórczością pana Kostrzewskiego od czasu zespołu Kat&Roman Kostrzewski, to już tym bardziej. Inni zatwardziali fani zapewne będą też zachwyceni, iż, ,,mistrz” Kostrzewski coś wydał z muzykami pod szyldem Kat&Roman Kostrzewski, choć z pierwotnej grupy został tylko on, więc powinno się to nazywać Kostrzewski Band, nazywając rzeczy po imieniu. Ja odpowiem, iż Nie. Jeśli chodzi o powroty, to do debiutu wróciłem w sumie raz po 3 latach, a potem kolejny tuż po wydaniu następcy i czwarty przed recenzją, raczej więc nie planuję. Do samego KAT-a wracam ciągle co parę miesięcy, więc jest to spora różnica. No ale cenę, to sobie zespół zaśpiewał sobie, zdecydowanie za dużą, w porównaniu do debiutu. Biorąc aż tak, wiele czynników pod uwagę, nie miałem ułatwionego zadania, lecz nie będę strasznie surowy, bo w sumie nie o to chodzi, to mam osobisty apel do pana Romana i Piotra, aby stworzyli zespoły sygnowane swoimi nazwiskami, bo to oszczędzi żenującej już sytuacji, w której legenda KAT-a dla mnie umiera! Moja ocena całościowa jest jedna i nie zmienna, pokreślę, iż byłaby, diametralnie inna, gdyby dwa albumy, Biało-Czana i Popiór, były sygnowane Roman Kostrzewski, a nie próbami stworzenia KAT-a na nowo, z innymi muzykami. Jestem ciekaw waszych odczuć, reakcji, licząc a rzeczową oraz kulturalną dyskusję pod Waszymi komentarzami. Gdyż jak wspomniałem kiedyś, każdy ma prawo do własnego zdania, moje jest jedno, jak i ocena.

5/10

Wywiad z Piotr Sopek (Devaner)

Dziś trochę bardziej undergrandowo. Wywiad z założycielem zespołu Devaner. Jeśli jesteś miłośnikiem oldschoolowego thrashu, grupa przypadnie Ci do gustu. Sam Piotr odpowie nam na wiele interesujących pytań. Dotyczących jego pasji oraz zespołu.

Jak rozpoczęła się twoja przygoda z muzyką?

Z sama muzyką rozpocząłem na dobre przygodę gdzieś w okolicach 1983 roku, słuchając wszystkiego co było wtedy dostępne. Powstawała wtedy cała masa polskich zespołów rockowych takich jak Lady Pank, Oddział Zamknięty, Maanam, Perfect itd. Wychodziły pierwsze płyty na vinylach i tego się wtedy słuchało. Nie minęło sporo czasu i poznałem heavy metal. Pamiętam jak w telewizji publicznej puścili koncert brytyjskiego UFO a ja siedziałem i oglądałem to jak wryty. Jednak pierwszym zespołem który zrobił na mnie największe wrażenie był niemiecki Accept. Przegrywałem od znajomych każdą możliwą kasetę z jakąkolwiek płytą metalową tj. Iron Maiden, Judas Priest i tym podobne zespoły. Później przyszedł czas na thrash metal, który to zaczął dochodził do głosu i tak tkwię głównie w nim do czasów teraźniejszych, chociaż nie zamykam się na inne gatunki muzyczne.

Sam zacząłem grać na gitarze i założyłem własny zespół na początku lat dziewięćdziesiątych. Po zagraniu kilku koncertów i wydaniu jednej taśmy demo zespół się rozpadł, a ja powiesiłem gitarę na „kołek”. Już nie grałem, ale nadal słuchałem wszystkiego, co w metalu się pojawiało.

Jak doszło do powstania zespołu Devaner?

W knajpie przy piwie mój kumpel Bartek z zespołu Divine Weep zadał mi pytanie – dlaczego nie gram na gitarze? Pomyślałem – no właśnie dlaczego? Po powrocie do domu wyciągnąłem z futerału mego starego Mensfelda, który siedział tam od 1994 roku. Struny były stare, pordzewiałe, ale zacząłem powoli ćwiczyć po parę minut dziennie. Z dnia na dzień coraz mocniej wciągałem się w granie. Ćwiczyłem godzinę, dwie, a nawet trzy wszystkie możliwe gamy, pasaże i superpozycje. Pomyślałem, że fajnie by było znowu zagrać z zespołem na scenie. Rozpocząłem poszukiwania chętnych do zespołu i natrafiłem na problem, ponieważ takich ciężko było znaleźć. W miarę upływu czasu skład się ustabilizował, ale nie byli to ludzie przesiąknięci metalem i raczej luźno podchodzili do tematu. W końcu wszystko się posypało i zostałem tylko ja i basista. Przez Fejsa znalazłem drugie gitarzystę i tak w trójkę zrobiliśmy album Fear Of Being Born. Zespół na początku powstał w mojej głowie, następnie powstała nazwa, która to określa tylko i wyłącznie zespół. Z góry wiedziałem, że skład ma być czteroosobowy i jaki rodzaj muzyki będziemy grać. Być może, iż nie udało mi się zarazić swoją ideologią pozostałych ludzi w zespole a może po prostu teraz mamy takie czasy, że metal niestety, ale nie stanowi dominacji. Obecnie mam nowy skład zespołu i ludzi, którzy żyją metalem od lat. Mam nadzieję, że w tym składzie rozruszam zespół.

Jakimi zespołami się inspirowałeś, tworząc debiutancki album Fear of Being Born?

Na początku lat osiemdziesiątych byłem zainspirowany Metallicą, ale tylko pierwszymi czterema płytami. To dzięki nim nauczyłem się grać na gitarze. Przestali grać thrash metal, więc trzeba było poszukać kogoś innego. Do głosu doszła Sepultura i to na nich wzorowaliśmy się z pierwszym zespołem. Po latach na nowo odkryłem albumy Sepultury z Maxem na wokalu i chciałem stworzyć album z podobną muzyką. Słyszałem wypowiedzi, że nikt już tak nie gra, no i co z tego, ja tak gram. Po Sepulturze powstała nisza, która była do wypełnienia i to przynajmniej próbowałem zrobić. Album miał bardzo dobry odbiór wśród starej gwardii metalowej i chociaż według mnie brzmi zupełnie inaczej, to właśnie głównie do płyt Sepultury był porównywany, co dla mnie było ogromnym wyróżnieniem. Tym się inspirowałem i taki był odbiór a czy słychać tam jeszcze jakieś naleciałości, bo przecież słucham dużo i wszystkiego zostawiam do indywidualnej oceny.

Widziałem, że reaktywowałeś zespół, masz w planach nagrać drugi album czy tylko na chwilę obecną koncertowy powrót?

Bardzo ciężko wbrew pozorom jest znaleźć dobrych muzyków do grania. Wstawiłem na swoim Fejsie info, iż szukam perkusisty. Odezwał się do mnie Piotrek z Lublina. Sam znalazł nam nowego basistę Mikołaja również z Lublina. Mój drugi gitarzysta jest ze Świnoujścia, ale niebawem zjedzie do mnie. Udało mi się znaleźć świetnych ludzi i muzyków, którzy tak jak ja są przesiąknięci metalem. Bardzo dobrze się dogadujemy i ćwiczymy na próbach materiał z płyty. W planach mamy już zaklepane koncerty. Jeśli wszystko potoczy się, zgodnie z moimi planami to nie tylko będziemy koncertować, ale tez nagrywać. Na chwilę obecną zespół powstał na nowo i musimy się skupić na tym, co już pod szyldem Devaner wyszło. Czas pokaże co, będzie dalej, ale normalną koleją rzeczy jest fakt, iż trzeba nagrać album.

Z tego, co mi wiadomo, jesteś bardzo wielkim miłośnikiem szeroko rozumianej muzyki metalowej. Wydałeś zresztą ostatnio własną książkę ,,Cały ten Metal”. Co można w niej przeczytać? Skąd w ogóle pomysł na jej wydanie? Planujesz ogólnopolskie wydanie?

Metal czy też ogólnie pojęta muzyka towarzyszy mi już ponad 36 lat. To moje życie i wydaje mi się, że trochę się na niej znam, a przynajmniej mam na ten temat jakąś wiedzę. Swego czasu zrobiłem do radia Prorock audycję na temat thrash metalu. Słuchając tego mój kumpel, stwierdził, iż się marnuje i powinienem o tym napisać książkę. Musiałem przespać się z tematem i pomyślałem, dlaczego nie? Nie było sensu pisać tylko i wyłącznie o muzyce, więc wplotłem to wszystko w swoje życie prywatne, a że metal to ja tak więc oba wątki non stop się przeplatają. Prawie każdy, wydaje teraz jakieś książki, wychodzi to jako ogólnopolskie wydawnictwo, aby tylko na tym zarobić. Ja miałem trochę inny w tym cel. Po pierwsze to chciałem swojej najbliższej rodzinie zostawić jakąś pamiątkę po sobie i po swoim życiu. Moja starsza córka, czytając ją, mówiła – o! Tego nie wiedziałam. Po drugie chciałem, aby najbliżsi mi ludzie dowiedzieli się tez trochę o mnie. Taka odsłona bardzo dobrze wpływa na relacje i buduje więzi. Co innego jest opowiedzieć, a co innego jest samemu przeczytać, to bardziej zostaje w głowie. Wydanie takiej książki z kolorowymi zdjęciami to też bardzo duży koszt, a nie jest to pozycja do ogólnopolskiego wydania, bo kogo interesowałoby życie jednego metala z Podlasia. Książka rozpoczyna się w 1983 roku, bo to właśnie do tego roku byłem w stanie, cofnąć się wspomnieniami a kończy w 2018. Przez całą książkę opowiadam o sobie i muzyce, która na przełomie lat mi towarzyszyła. Podobno wyszło bardzo fajnie i ciekawie się to czyta, ale to już nie mnie oceniać.

Czym zajmujesz się oprócz muzyki?

Na co dzień pracuję i zajmuję się samochodami od strony logistycznej. Same samochody nigdy mnie nie interesowały, ale strona logistyczna wciągnęła mnie – lubię swoją pracę. Bardzo dużo czytam. Mam w domu kolekcję książek Masterton, czyli horrory, ale nie tylko. Do tego w ostatnim czasie odkryłem twórczość Remigiusza Mroza i głównie na jego książkach skupiam uwagę. Nie oglądam telewizji, czasem może jakiś film. Nie interesuje mnie polityka. W sumie można powiedzieć, że nudne życie, gitara, muzyka i książki.

Co wziąłbyś ze sobą na bezludną wyspę?

Przeniósłbym ze sobą swój niewielki pokój, moją samotnię i ona w pełni by mi wystarczyła. Tutaj ma cały swój świat, czyli to, co podawałem wyżej, gitary, płyty i książki. Nie musiałbym z nikim gadać i tyle do życia by mi wystarczyło.

Czy jest inny kraj oprócz Polski, w którym chciałbyś mieszkać, jeśli tak to, jaki i dlaczego?

To, że nie oglądam telewizji, nie znaczy, że nie wiem co się w kraju dzieje. Często absurd goni absurd i powala mnie ogólna głupota, ale da się tu żyć. Swego czasu byłem w Hiszpanii i bardzo mi się tam podobało, to, że nikt się nigdzie nie spieszył i ludzka życzliwość, ale kto wie, jak by było, gdybym tam zamieszkał na stałe? Jestem gdzie, jestem, żyję, gdzie żyję i na razie nie zmieniam tego.

Czego mogę Ci życzyć na przyszłość?

Życz mi wytrwałości i zdrowia. Jedno i drugie z racji na wiek. Wytrwałości, ponieważ nie jestem już w tym wieku, że mogę sobie coś odkładać na za rok lub trzy. Chciałbym jak najszybciej ograć się z zespołem i zagrać jeszcze kilka koncertów a może nawet wydać kolejną płytę. A zdrowia? Niby nie choruję i nic mi nie dolega, ale jak zacznę to, nie zrealizuję tego pierwszego założenia.

Kreator – Enemy of God (2005)

Niemieckiego Kreatora, jednego z klasyków niemieckiej szkoły thrash metalu, miłośnikom owego gatunku przedstawiać chyba nie muszę. Tym, którzy tegoż zespołu jakimś cudem nie znają, polecam serdecznie. Dziś ponownie po wielu latach w całości odsłuchałem sobie album Enemy of God z 2005 roku. Jesteście ciekawi, jak wtedy go odebrałem, a jak teraz go odbieram? Jeśli tak, to zachęcam do lektury.

Akurat się składa, że przy tym albumie miałem pierwszy kontakt z Kreatorem. Tak, zgadza się, nie przy Endless Pain czy Pleasure to Kill, tylko po przesłuchaniu tytułowego singla z Enemy of God właśnie. Wiem, że narażam się tu grupie konserwatystów metalu, no ale cóż, było, jak było, nie zmienię tego. Uwielbiałem wracać do tej płyty przynajmniej raz na miesiąc, dopiero po dwóch latach słuchania odłożyłem CD na półkę. Czternaście lat temu było tak, a dziś jest następująco…

Sam tytułowy numer wszedł od razu. Doskonałe wejście gitar, riff zapadający w pamięć, wokal Petrozzy. Przy okazji: jak na tamte czasy teledysk był, moim skromnym zdaniem, odważny, ale nie przesadzony. Tak samo było z „Impossible Brutality” idealnie połączonym z poprzednim numerem. Riff taki, jak trzeba, super solówki, żadnych słabych stron. Jednak dziś nie jestem aż tak oszołomiony, jak wtedy.

W „Suicide Terrorist” słychać już powtarzalność, przynajmniej dla mnie. Tylko końcowymi popisami Samiego Yli-Sirniö i Petrozzy się różni. „World Anarchy” słucha mi się nawet lepiej od tytułowej kompozycji. Poza tym tekst jest prawdziwy do bólu. Ta zmiana tempa i spokojny śpiew – cudo. „Dystopia” oraz „Voices Of The Dead” – takie sobie. Za to w „Murder Fantasies” zarówno tekst, jak i numer jest bardzo dobry, a solówka jedna z lepszych na płycie.

„When Death Takes Its Dominion”, wstęp bardzo dobry tak samo, jak i perkusja (breaki, crashe,etc.), co do gitar – również bardzo dobre. Solówka jest po prostu genialna, tyle na temat. „One Evil Comes (A Million Follow)” – cóż, dobry. Niby fajny, ale to jednak nie jest to. Wypada zbyt przeciętnie na tle innych kawałków. Przy „Dying Race Apocalypse” jak kiedyś, tak i teraz odpłynąłem do krainy muzycznych doznań. Akustyczne wprowadzenie, solówki cudnie pieszczące uszy, agresywny wokal, a w głowie tylko wyobrażenie pogo do tego utworu. Już kiedyś była i wciąż jest najlepszą piosenką tego albumu.

„Under A Total Blackened Sky” – dobry, ale jakoś nie został przeze mnie zapamiętany. „The Ancient Plague” jako piosenka zamykająca też nie jest zła ani przeciętna, tylko dobra. Podsumowując pod kątem muzycznym (bo pod lirycznym to kwestia względna), album nadal w moim odczuciu brzmi bardzo spójnie. Kiedy jednak słuchałem tej płyty, nie wiedząc czemu, w pewnych momentach chciałem, żeby pewne utwory przeleciały. Może nieodpowiedni nastrój? Brak chęci rozładowania gniewu czy stresu?
Do moich faworytów, czyli najlepszych trzech piosenek albumu, należą bezdyskusyjnie „Dying Race Apocalypse”, na równi „Murder Fantasies” i „World Anarchy”.

A co Wy myślicie o tym albumie? Też wam przypadł do gustu czy wręcz odwrotnie? Jak wypadłem w debiutanckiej recenzji thrash metalowej? O wszystkim dajcie znać w komentarzach, jestem otwarty na konstruktywną krytykę. Jeśli chodzi o mnie to ten album w porównaniu, do odczuć jak słuchałem go po raz pierwszy, wypada bardzo dobrze. Pozdrawiam serdecznie.

9/10