Kategorie
Bez kategorii

Korn – The Nothing(2019)

Korn jest zespołem, którego nie udało mi się ,,nie poznać”. Wiele było ku temu powodów, jak chociażby ten, iż to Arek, kolega z równoległej klasy zabrał mnie na ich koncert do Katowic. Tak czy inaczej, pewne okoliczności, połączone a jakże, z ciekawością. Sprawiły, iż po prawie dekadzie przerwy do nich wróciłem. Okazją bowiem okazał się wydany 13 września 2019 roku, trzynasty już album studyjny zatytułowany The Nothing. Czy trzynastka okaże się dla nich w moich uszach pechową liczbą? Przekonajmy się.

Otwierający płytę The End Begins ukazuje ewidentnie rozpacz. Na samym końcu wokalista ewidentnie płacze. Okazuje się, że, Davis stracił matkę, a parę miesięcy później jego żona przedawkowała narkotyki, zmagając się z chorobą psychiczną. To faktycznie był bardzo mocny życiowy cios. Cold pod kątem muzycznym oprócz krótkiego dupstepowego wstępu, zaczyna się bardzo intensywnie. Mam tu na myśli wokal, który potem dopiero się uspokaja. Typowe breakdowny, choć bardziej intensywne bębny, przypominają mi trochę najnowszy album Slipknot. Mimo to nie jest to zły początek. Choć bez przysłowiowego szału.

You’ll Never Find Me nie wnosi jak dla mnie nic, oprócz może innych riffów. The Darkness is Revealing ratują trochę bardziej pokręcone przejścia oraz faktyczne wyciszenie w pewnym momencie. Dalej nic odkrywczego. Idisynacrasy jest wreszcie bardziej intensywny od samego początku, do tego ten fragment z tym charakterystycznym basem. Choć jest jak dotąd najbardziej chwytliwy. The Seduction of Indulgence jest natomiast najbardziej ubogi w instrumenty. Pozostałe kompozycje z tego krążka tak naprawdę również niczego, czego bym nie znał jeśli chodzi o Korn, mi nie dostarczyły. Kończąc płytę rozpaczliwym outro Surrander to Failure. Jakoś nie wywołali u mnie większych emocji. Żadnych poza czystym gniewem.

Okazuje się zatem, iż, zespół, który znałem, do tego szanowałem za naprawdę, jak dla mnie, jeden z najlepszych w ich dorobku, szósty album Take a Look in the Mirror, w moim mniemaniu się skończył. Bowiem najnowszy The Nothing pod kątem lirycznym faktycznie przedstawia negatywne przeżycia wokalisty, którymi chce się podzielić. Jasne rozumiem prawo artysty. Natomiast muzycznie, poza drobnymi bardziej spokojnymi fragmentami w paru utworach i dupstepu, zmian jakichkolwiek nie ma. Jestem w stanie zrozumieć kwestie komercyjne, ale bądźmy poważni. System of a Down równie komercyjna grupa nu metalowa, nie miała pomysłu na album, nie wydała go. Postawili na same koncerty. Może przestałem być kukurydzianym fanatykiem, ale jednak mimo to Jeśli chodzi o mnie ten album, przekreśla Korn całkowicie, muzycznie dla mnie już nie żyją. Trzynasty album Korn, niegdyś dla mnie legendy nu-metalu, zatytułowany The Nothing, sprawił, iż, od dziś ten zespół stracił u mnie ten status bezpowrotnie. Pomijając czasy kiedy dosłownie trzy ich albumy, których słuchałem kiedy kończyłem podstawówkę oraz przez całe gimnazjum, musiałem wyrzucić do kosza, bo owe płyty nienadawany się już do użytku, w tym, chociażby Take a Look in the Mirror. Teraz ten sam Korn, paradoksalnie stał się teraz dla mnie niczym. Muzycznie umarł, bo powielanie stworzonego przez siebie materiału sprzed trzynastu lat, mnie nie przekonuje, a wręcz obraża. Kto go nie zna? Pewnie płyta mu się spodoba. Mnie jako już osobie, która już lata szkoły ma za sobą, uznaje muzyczną śmierć tego zespołu, ta płyta przynosi największe muzyczne rozczarowanie, z jakim do tej pory miałem do czynienia.

Korekta Paulina Wawrzusiak

1/10

Kategorie
Bez kategorii

Midnight- Satanic Royalty (2011)

Kolejny zespół, o którym dowiedziałem się na czeskim festiwalu Brutal Assault. Amerykański Midnight, który przez większą część życia funkcjonował jako ,,one man band” pod wodzą niejakiego Athenara, do którego przed wydaniem drugiej płyty dołączył kolega o wdzięcznej ksywie SS. Projekt powstał w 2003 roku i w zamyśle miał grać miks black metalu ze speed metalem. Dziś jednak zamierzam odnieść się do debiutanckiego krążku Midnight zatytułowanego wdzięcznie Satanic Royalty , wydanego 8 listopada 2011 roku. Czy album okaże się równie dobry, co parę utworów zagranych z niego na wspomnianym wcześniej festiwalu? Czy jest dalej godny nazwania go pionierskim w nowym nurcie metalu? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Tytułowe Satanic Royalty idealnie otwiera album. Już bowiem od początkowych wolniejszych riffów, pierwszy wrzask Athenara , następuje zmiana tempa na dynamiczniejsze. Pojawia się też bardzo dobra, choć krótka, solówka gitarowa. Wyraziste przejścia oraz partie perkusyjne, które średnio podchodzą pod blackowe, a raczej bardziej punkowe dopełniają wszystko Do tego genialnie dobrany wokal. Owo tempo pozostaje utrzymane przy You Can’t Stop Steel, tej motoryki jest o wiele więcej, do tego dograny drugi wokal też daje genialny efekt. Tutaj natomiast znajduje się jedna z najlepszych solówek gitarowych na tym krążku. Na Rip This Hell tak naprawdę tylko riffy trochę się równią. Dalej jest energia, przez co dalej z automatu headbangingu mi się chce. Natomiast Necromania jest już cięższa i trochę wolniejsza, może przez dużą ilość blastów oraz przejść, ale dalej pomimo pozorów, daje mi tylko chwilę oddechu, bo w połowie wraca odpowiednia prędkość.

Black Damnation rozpoczyna mylnie solówka gitarowa, która mogłaby zapowiadać balladę. Jednak to nie ballada, bardziej spokojny utwór, choć sam zamysł szanuję, to może przez sam wokal, skłonny do rozważań nie jestem. Druga solówka gitarowa jest równie dobra, choć nie tak jak otwierająca. W Lust Filth and Sleaze dla odmiany znowu usłyszałem najszybszą solówkę gitarową na tej płycie. Powróciła piekielnie dobra prędkość. Podobnie jest zresztą na Violence On Violence oraz Savage Dominance. Na Holocaustic Deafening bardzo podoba mi się podkreślenie partii basu od samego początku. Zamykający płytę Shock Til Blood rozpoczyna się znowu solówką gitarową innego typu, bardziej heavy metalową. Potem znowu diabelska prędkość i tak jak początek, tak również koniec jest spektakularny.

Tak się akurat złożyło, iż to na Midnight wypadło, aby opisać, ich debiutancki album jako jeden z wielu które miały wpływ na muzykę metalową. W czasie kiedy po dość długim czasie, licznych (trzech) EP-kach, (czterech) splitach, Athenar wypuścił pierwszy pełno metrażowy album, stał się pionierem. Stworzył bowiem nurt nazwany potem słusznie blackn’rollem. Połączeniem brytyjskigo Venom, znanego z kultowego Black Metal z 1982 roku, oraz legendarnego amerykańskiego Motorhead. Po ośmiu latach nie stracił na swej świeżości w żadnym stopniu. Dostarczone różnego rodzaju typy samych solówek gitarowych skutecznie przyprawiają o ból głowy jak po wypiciu wielu litrów mocnych trunków. Za każdym razem zarzekasz się, że, nie będziesz pił, a jednak to robisz, bo to lubisz. Tak samo ja mam z tym albumem. Do tego w tym przypadku tutaj mam swoich ulubieńców, tytułowy Satanic Royalty, Black Damnation, Lust Filth and Sleaze, Holocaustic Deafening oraz zamykający ten genialny krążek Shock Til Blood. Kto wie, może kiedyś odniosę się do najnowszego ich albumu, który planują wydać 24 stycznia przyszłego roku? Sam tego nie wiem. Dzieło wieńczy też okładka. Plyta okazała się naprawdę przełomowa i sprawiła, iż narodził się nowy muzyczny nurt. Jest on obecny nawet w naszym kraju. Mam tu nam myśli, chociażby zespół Brüdny Skürwiel. Jeśli nie znacie amerykańskiego Midnight, nadróbcie koniecznie zaległości, bo naprawdę warto! Athenar jest dla mnie mistrzem blackn’rollu, a już na pewno wykorzystania gitary elektrycznej. Ocena może być zatem tylko jedna.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Killswith Engage – Atonement (2019)

Jakiś czas od momentu zrecenzowania przeze mnie najnowszej płyty zespołu I Preival, ponownie zwróciłem uwagę na amerykańską scenę metal/death corową. Odkryłem na nowo zespół, który kiedyś po przesłuchaniu ich kilku singli, raczej do gustu mi aż tak bardzo nie przypadł. Mówię tu o Killswitch Engage. Jednak znowu po wielu latach przerwy, z własnej muzycznej ciekawości, przesłuchałem ich najnowszy album zatytułowany Atonement. Jakie są moje wrażenia odnośnie do tego krążka? Czy udało mi się polubić zespół, który wcześniej raczej był mi bardzo mocno obojętny? Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać oraz poznać odpowiedzi.

Otwierający płytę Unleashed jest istną energetyczną petardą. Melancholijnie trochę brzmiący riff otwierający jest genialny oraz jednocześnie klimatyczny. Do tego prawdziwy growl. Czysty śpiew wokalisty niebrzmiący jak ktoś byłby wykastrowany. Dobre breakdowny. Gitarowa zmian tempa w połowie też na plus. Do tego odpowiednio brzmiący scream wokalisty wspierającego.

The Signal Fire to utwór, w którym gości stary wokalista zespołu, czyli Howard Jones. Wraz z obecnym — Jessem, znowu serwują duet idealny i popis swoich umiejętności wokalnych. Muzycznie dalej jest moc, pozytywnym zaskoczeniem jest też bardzo dobra solówka gitarowa. Nieodparta chęć headbangingu przy nim świadczy, że jest bardzo dobry.

Us Agaist the World porównując do pierwszej kompozycji w sumie niczym szczególnie nowym, oprócz trochę inaczej brzmiących riffów, nie zaskakuje. Wpada i wypada jednym uchem, więc jest widać umieszczony na płycie, aby to nie była Epka. W następnym The Crownless King wyjątkowe jest to, że gościem na wokalu jest nie kto inny jak znany z Testament-Chuck Billy. Do tego bardziej thrashowe brzmienie, ogrom blastów oraz większa wirtuozeria gitar. Jest dobrze.

Jedynym z singli, który nie spełnił dla mnie swojej roli, to niby ballada I am Broken too. Rozumiem liryczny przekaz, ale jednak mimo wszystko, jakoś takie kompozycje do mnie nie trafiają. Co nie znaczy, że z wokalem jest coś nie tak, bo jest w porządku. Muzycznie też jest w miarę. Po prostu jak na razie metalcorowo-refleksyjne kawałki wykonywane po angielsku mi nie odpowiadają i tyle. Jedynie czasem Slipknot daje radę.

W As Sure as the Sun Will Rise oraz Know Your Enemy mam powrót, do czegoś mi brakowało. Intensywności oraz czystej energii. To druga i trzecia, najbardziej dynamiczna kompozycja muzyczna na tym albumie. Uzupełniające wokale. Odpowiednie przejścia oraz nawet riffowe uspokojenie i znowu breakdown. A na Know Your Enemy jeszcze bardzo dobra solówka gitarowa.

Take Control jest dobry. Wszystko jest, jak trzeba, ale nie ma tego czegoś. Z Ravenous natomiast jest nieco lepiej. Więcej intensywności brzmienia, przejścia oraz dobry riff. A jeszcze znowu powrót tego melancholijnego riffu.

Natomiast jeśli chodzi o I Can’t Be the Only One to tutaj już nie ma tworzenia czegoś na siłę, jak miałem, wrażenie słuchając I am Broken too. Nic nie brzmi sztucznie. Jest mniej dynamiczny, ale jest coś w nim, co pozwala do niego wracać. Do tego doskonała solówka gitarowa. Ostatni Bite the Hand That Feeds to petarda na koniec, z najbardziej w sumie głębszymi breakdownami na płycie. Do tego krótka deklinacja wokalisty jest pewnego rodzaju ciekawostką. Dużo blasów oraz dobre thrashowe riffy. Istne zakończenie z hukiem, w sumie doskonałe nawiązanie do tytułu.

Podsumowując. Zespół pozytywnie mnie zaskoczył. Gdyż nie tylko jeden z utworów na tym krążku stał się moim ulubionym. Oczywiście mowa o: Unleashed, The Signal Fire , As Sure as the Sun Will Rise , Know Your Enemy oraz I Can’t Be the Only One. Tylko dwa utwory wydają mi się zrobione dlatego, żeby to był album, a nie Epka. Może ta płyta nie jest dla mnie jakimś arcydziełem metal/deathcoru, ale jak dla moich uszu dorobek Killswitch Engage, jest jak dotąd najlepsza. Warta odsłuchania jej nie tylko jeden, ale może nawet wiele razy. Tak samo, jeśli chodzi o to, co I Pravail dostarczył moim uszom, jest jednak różnica. Wokaliści Killswith Engage, w tym i dwóch gościnnych, dali pokaz swoich wszystkich umiejętności. W tym Jesse, którego czysty śpiew był czysty, a nie emowski. Do tego robiąca bardzo pozytywne wrażenie okładka. Zbierając razem wszystkie za i przeciw. Ocena z mojej strony może być tylko jedna. Może skuszę się na ich koncert, który odbędzie się 4 listopada w warszawskim klubie Stodoła.

8,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Slipknot – We Are Not Your Kind (2019)

Jednego z najbardziej znanych zespołów, łączących wiele nurtów, w tym i kultowe już szaleńcze występy na żywo, chyba przedstawiać nie trzeba, no ale dla formalności czemu nie. Szaleńcy z Iowa, na czele z Corey- em Taylor – em powracają po 5 latach z najnowszym krążkiem, gustownie zatytułowanym We Are Not Your Kind. Podzielę się swoimi wrażeniami co do tego krążka. Czy okazał się lepszy od poprzedniego albumu? Czy pozytywnie mnie zaskoczył? Co istotne czy Slipknot wprowadził coś nowego do swojego stylu? Odpowiedzi udzielę z miłą chęcią.

Ciekawą a jednoczenie dziwną kwestą jest niewykorzystany na standardowej edycji płycie, utwór All Out Life wrzucony na YouTube przez zespół a później na innych serwisach muzycznych. Szkoda, bo byłby wśród moich ulubieńców, no ale cóż. Nie stać mnie obecnie na kupno japońskiej edycji, tylko dla jednej kompozycji.

Samo intro Insert Coin nie jest złe, bo wprowadza znowu klimat znany ze stylu zespołu. Natomiast Unsainted to inna sprawa. Z mocno chóralnym wejściem chóru Angel City Chorale, kompozycja dosłownie jak wleciała, tak samo wyleciała zarazem, nie robiąc na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia.

Birth of the Crual natomiast okazał się odrobinę lepszy, poprzez znowu inny elektroniczny wstęp, ale też bardziej wyraźny riff otwierający. Oprócz tego tu wokal Coreya brzmi bardziej nastrojowo, a potem odpowiedni growl, choć breakdown wraz z wokalem wspomagającym okazał się strzałem w dziesiątkę, do tego jeszcze ten odgłos miksowanej płyty przypomniał mi kilka dobrych kompozycji z ich zdecydowanie odleglejszych albumów.

Death Because of Death okazał się genialnym przerywnikiem oraz wprowadzeniem do kolejnej kompozycji, o dziwo z bardzo dobrym wokalem. Z początkiem Nero Forte tak naprawdę zaczyna się dla mnie ten album, a nie przepraszam wcześniej z Death Because of Death jako intro. Serio. Wreszcie intensywne gitary wraz z perkusją oraz z genialnym thrashowym riffem. Wreszcie właściwa dynamika oraz energia. Elektroniki też nie brakuje. Do tego krótka deklamacja, pośród marszówki, a potem wsparcie w postaci krzyku innych członków zespołu. Na koniec jeszcze zaserwowana solówka.

Cristical Darling jest równie doskonały. Bo w po równaniu dwóch pierwszych kompozycji tu stemple są bardziej intensywne. Breakdowny też zdecydowanie lepsze. Wiele zabiegów z poprzedniego utworu się powtarza, oprócz momentu ciszy, który sprawdził się doskonale. Potem znowu intensywnie, a nawet Corey zaczął śpiewać jak do ballady. No i znowu solowa partia gitar. Baterie z 40 na 70 procent naładowane.

A Liar’sFuneral zaczyna się jak ballada, bo gitary akustycznej nie da się nie usłyszeć. To akurat dobrze, bo wprowadza to moment refleksji i zadumy, pomimo breakdownów oraz growlu wokalisty, ale robionego bardzo wolno i wyraźnie, co daje piorunujący efekt. Do tego też wokal wspomagający Clowna. Zakończony tak jak rozpoczęty, czyli spokojnie.

Red Flag w sumie to porcja dobrego intensywnego dethcorowego grania, choć z porcją nowych thrashowych riffów. Przy nim dobre pogo i deathwall na koncertach gwarantowany.

What’s Next to ostatni już przerywnik oraz intro zarazem. Spiders wraz z upiornym pianinem, wirtuozerską partią gitar oraz perkusji, co jest nowe, ale i dobre zarazem. Zresztą cała kompozycja jest taka. Popisem instrumentalnych zdolności grupy. Czego dowodem jest chyba najdłuższa solówka gitarowa na płycie. Coś takiego to ja lubię.

Orphan z dość przydługim, ale bardziej perksujno — gitarowym początkiem, później się rozkręca. No i znowu tak jak w przypadku Red Flag jest to bardziej deathcorowe, ale bardzo dobrze corowe. My Pain to druga ballada na tej płycie. Trudno mi powiedzieć czy jest równie depresyjno-nihilistyczna jak Snuff z albumu All Hope is Gone, ale podobieństwo nie tylko po pierwszym przesłuchaniu, nasunęło się samo. Jest inna, oczywiście, ale moim zdaniem stanie się równie kultowa dla prawdziwych fanów zespołu.

Not Long for This World oraz Solway Firth nie są złymi utworami, gdyż wpisują się we właściwy typ kompozycji, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni ze strony Slipknot. Po prostu wleciały i wyleciały mi jednym uchem, gdyż moja bateria został już wcześniej naładowana w stu procentach. Choć jako zamknięcie płyty Solway Firth jest taki sam jak jej początek.

Podsumowując. Pomimo pewnych mankamentów, o których za chwilę, ze strony Slipknot nie spodziewałem się jednak tak dobrej płyty, po mocno delikatnie mówiąc, nieudanym jak dla mnie 5: The Gray Chapter. Dali radę, choć faktem niezaprzeczalnym jest, że pewne kompozycje zostały w moim odczuciu zamieszczone, bo Corey-owi nie wiele, dosłownie odrobinę zabrakło do napisania tak genialnego albumu, aby określić go drugim opus magnum, w długoletnim dorobku grupy. Mam tu na myśli oczywiście pierwsze trzy kompozycje, licząc z intem otwierającym oraz ostatnie dwie ostatnie. Reszta na czele z moimi ulubionymi, czyli Nero Forte poprzedzającym go najlepszym na płycie intrem Death Because of Death, drugim Cristical Darling oraz dwoma balladami Spiders, oraz My Pain. Tworzą one idealną oraz totalnie szaleńczo spójną całość. Po wielokrotnym przesłuchaniu płyty wiem natomiast, że będę wracał do większości z tych utworów, a miałem tak ostatni raz w przypadku wydanego 11 lat temu All Hope is Gone właśnie, ale i nie tylko. Będąc głodnym znowu ich kolejnego występu w naszym kraju, licząc na prawdziwe szaleństwo, gdyż chodzę na ich samodzielne koncerty. Ocena pomimo lekkich niedociągnięć z mojej strony, tym bardziej jako fana, może być jedna.

9/10