Kategorie
Bez kategorii

Thrasher – Burning at the Speed of Light (1985)

Z projektami różnie bywa. Czasami są długotrwałe, a czasami nie. Ten pomimo iż, okazał się jednorazowym przykuł moją uwagę na tyle, że postanowiłem nabyć go w postaci klasycznego CD. Do tego był relatywnie tani bo za niecałe dwadzieścia złotych. Mniejsza, jedyny album projektu Thrasher, założonego przez Andiego ,,Ducka” MacDonalda i Carla Canedyiego, zatytułowany Burning at the Speed of Light, wydany został w 1985 roku przez Combat Records, a w 2007 roku przez nasz polski Metal Mind Productions. Czy po trzydziestu pięciu latach owa płyta jest kamieniem milowym heavy i thrash metalu tamtych czasów lub też zwykłą ciekawostką wydawniczą? No i czy jest warta polecenia? Postaram się odpowiedzieć wam na te wszystkie pytania.

Warto zaznaczyć, iż, w niektórych kompozycjach skład muzyczny ulegał zmianie. Jak chociażby gitara basowa. Otwierający Hot nad Heavy już po samej gitarze pokazuje, iż, mamy do czynienia z rasowym heavy metalem. Wokal Branda Sinsela sprawdza się bardzo dobrze, a solówka pojawiają się, gdzie trzeba. Wokale wspierające, czyli Dickie Peterson, Carl Canedy, Christa Keller i Tim Paterson zrobili również dobrą robotę. Ride the Viper to dalej heavy, jednak mam wrażenie, iż, bas jest momentami bardziej wyeksponowany, do tego gitary brzmią bardziej thrashowo jednak, co najlepsze to jestem pewien, że za gitarowe popisy odpowiada tu Andy ,,Duck” MacDonald. Trzeci natomiast Widowmaker nabiera bardziej speed metalowej stylistyki, perkusja bowiem wraz z gitarami pędzą jak szalone. Choć Brand Sinsel nadąża, czym udowadnia swój muzyczny kunszt i elastyczność. Black Lace nad Leather to jednak z upływem czasu rozczarowanie, gitary niby dobre, perkusja też, ale jakoś brakuje tego czegoś. Jednak na przestrzeni poprzednich kompozycji ta jest po prostu przeciętna. Poza tym dodano dodatkowy bas, Marsa Cowlinga i Neda Meloniego. Przekombinowali po prostu i tyle.

Piąty utwór wraca na odpowiedni poziom, zwłaszcza jeśli chodzi o gitarowe kwestie. Prostota jednak jest najlepsza Andy. Natomiast wejście perkusji było doskonałe, zresztą tak samo jak gitary. Jednak w tych dwóch kompozycjach zmieniono głównego wokalistę. W She Likes It Rough zaśpiewał James Rivera, a w Sliping Away Rick Caudle. Czy to źle? Oj nie, wręcz przeciwnie. W kolejnych następnych też pojawili się nowi. Na tytułowym Burning at the Speed of Light zaśpiewał Dan Beehler, na przedostatnim Bad Boys usłyszymy Rhetta ,,Southter Gentelman” Forrestera a na zamykającym krążek Never Say Die, Kerry Witting wraz z Andym.

Tak czy inaczej, ta płyta to solidny kawałek zarówno heavy, thrashu jak i speed metalu. Burning at the Speed of Light jest wizytówką nowojorskiej sceny metalowej tamtych czasów. Pomimo jednego przeciętniaka w postaci Black Lace nad Leather, wszystkie inne kompozycje są naprawdę świetne. Czy ten krążek okazał się owym kamieniem milowym w rozwoju sceny nowojorskiej w 1985 roku? Raczej nie, ale jak wspomniałem jest ponadczasową wizytówką tamtych lat. Polecam w ciemno wszystkim, sam nie żałując ze, tak właśnie owy krążek zakupiłem. Kupiłbym go jeszcze raz!

Korekta Paulina Wawrzusiak

9/10

Kategorie
Bez kategorii

Testament – Titans of Creation (2020)

Jedną z trochę niedocenionych amerykańskich grup, wykonujących thrash metal, który dziś nie jest bardzo sprecyzowany, jest moim zdaniem Testament. Nie bez powodu o nich wspominam,bowiem 3 kwietnia 2020 roku, miał premierę ich najnowszy, dwunasty już album, zatytułowany Titans of Creation, wydany przez Nuclear Blast. Czym okaże się lepszy lub też gorszy od wcześniejszego, wydanego już cztery lata temu Brotherhood Of The Snake? Jest tylko jeden znany mi sposób, aby się o tym przekonać.

Otwierający płytę Children Of The Next Level rozpoczyna tak zwaną jazdę bez trzymanki. Świadczy o tym, chociażby riff oraz dynamiczne partie perkusji. Ukoronowaniem jest oczywiście wokal Chucka. Prawie w połowie pojawia się bardzo dobry break down, gdzie nie jestem do końca pewien, czy Chuck nie jest wspomagany jeszcze przez któregoś z gitarzystów, jeśli chodzi o wokal. Potem też pojawia się bardzo chwytliwa solówka, jedna trochę krótsza, lecz ta dłuższa jest oczywiście jeszcze lepsza. Mistrzowskie otwarcie, sam singiel bowiem skutecznie mnie, jak i wielkiego amatora tej grupy Jacka, skutecznie zachęcił do zakupu pre orderu tego krążka.

WW III nie zwalnia tempa ani na chwilę, jeśli chodzi o dynamikę. Bardzo ciekawie brzmi podkreślony bas. Tematyka liryczna jest równie dość intrygująca. Pod sam koniec wstęp istnie speed metalowy, tak samo jak sama solówka, jak dla mnie. Blasty towarzyszące przejściom są genialne. Natomiast Dream Deceiver, jest lekkim opuszczeniem gardy z racji swojej chwytliwości oraz lekkiego podobieństwa, do dwóch singli, pochodzącego z poprzedniego albumu Brotherhood Of The Snake, tytułowego Brotherhood Of The Snake oraz A PaleKing. Czy to dobrze? Trudno jednoznacznie stwierdzić. Ja zaliczając się do fanów zespołu, mogę przymknąć na to ucho, jednak jest to w pewnym sensie lekkie pójście na łatwiznę, to owej przebojowości Dream Deceiver nie pozbawia. Jak również w miarę dobrej solówki gitarowej.

Drugi singiel, czyli Night Of The Witch, przez gitary oraz partie perkusyjne na samym początku jest bardzo intensywny, na pewno bardziej od poprzedniego utworu. Jednak tu już odrobinę wkrada się rutyna, przynajmniej dla mnie jako fana. Choć wokal Chucka jest tu też bardziej nastawiony na krzyk, niż w poprzednich. Mimo to jednak jako singiel nie jest tak dobry, w porównaniu do Children Of The Next Level. Jednak poziom jest utrzymany. Natomiast z piątym w kolejności City Of Angels, jest zupełnie inaczej. Gdyż cieszy fakt, iż wspomnianej przeze mnie wcześniej przewidywalności, w tym przypadku zespół skutecznie się wyłamuje. Jak? Chociażby że, początek otwierają partie basu, same przejścia są bardziej progresywne, jak riffy spokojniejsze, tak samo jak wokale wspierające Chucka, czyli jednak się wcześniej się nie przesłyszałem. Do tego krótkie, lecz też jazzowe solo, potwierdza fakt, iż owa kompozycja zalicza się do jednej z ulubionych z tej płyty.

Ishtars Gate przez swój orientalny wydźwięk gitar, w samym wstępie, już zaskarbił moją sympatię. Liryczną tematyką oraz większą wirtuozerią basu w jego trakcie. Potem ponowny powrót muzycznego orientu. Nadal godne uwagi gitarowe popisy. Kolejny ulubieniec, obowiązkowo wpisany na playlistę. Symptoms też daje radę, choć tutaj słychać już zdecydowanie mniej thrashowej dynamiki, a duża ilość przejść, zaczyna mi przypominać trochę kurs w podgatunki z końcówką core. Co trochę mnie lekko niepokoi, a jednocześnie udowadnia, że, grupa nie boi się eksperymentów. Tak czy inaczej, mam co do tej kompozycji bardzo mieszane odczucia. Na False Prophet wraca to, czego mi zaczynało brakować. To bardziej thrashowe brzmienie, może nie ze spodziewaną intensywnością, ale to zawsze lepsze niż nic. Wreszcie! Furia wraca! Bo The Healers się pojawia, a z nim, chwytliwe riffy i podwójna stopa. Przez to, chociażby headbanging pojawia się u mnie bezwarunkowo. Code Of Hammurabi to znowu basowa wirtuozeria. Choć właściwa dynamika przychodzi jeśli o mnie chodzi, trochę za późno, jednak coś za coś. W zamian jeśli o mnie chodzi, jedna z najlepszych solówek na płycie. Oprócz tego również perkusja jest nietypowa. Przedostatni Curse Of Osiris to jest ta właściwa intensywność, idealna do dobrego pogo. Zamykający natomiast płytę Catacombs, umiejętnie buduje napięcie, gdzie słychać elementy podchodzące pod symfoniczne, z chórem włącznie, a sama marszówka jest świetna. Biorąc pod uwagę, że jest on całkowicie instrumentalny. Jeśli o mnie chodzi, zamknięcie idealne, bo pozostawiające słuchacza z lekkim niedosytem.

Czy Titans of Creation okazał się w ostateczności lepszy od poprzedniego, zdecydowanie krótszego Brotherhood Of The Snake? Cóż, po części tak, a lekko na nie. Czemu? Po pierwsze, chociażby przez swoją różnorodność, gdyż Brotherhood Of The Snake nie ma żadnego z progresywnych elementów, oprócz tego jest mniej wirtuozerii perkusji oraz gitary basowej, a nawet zaryzykuję stwierdzenie, że nie ma jej wcale. To akurat stawia w mojej hierarchii płyt grupy Testament, najnowszy album na wyższej pozycji niż Brotherhood Of The Snake. Jednak aby, nie być całkowicie bezkrytycznym, to minusem jeśli chodzi o podobieństwa obu krążków, jest Dream Deceiver. Jakby go nie było na krążku, szczerze w żądnym stopniu nie odczułbym braku, no, chyba że, zespołowi o to chodziło, o zwrócenie uwagi. Wracając jednak znowu do pozytywnych aspektów płyty. Mam z niej więcej kompozycji do których, na pewno przez jakiś czas będę wracał. Są to Children Of The Next Level, WW III, City Of Angels, Ishtars Gate, The Healers, Curse Of Osiris z towarzyszącym mu potem Catacombs. Do tego okładka też jest lepsza od poprzedniej. W ostateczności na Titans of Creation jest więcej kreatywnego tworzenia muzyki jak i samych tekstów, niż odrobiny zniszczenia. Korzystając z okazji, życzę zdrowia Chuckowi oraz basiście Stevowi. Obyście wyzdrowieli i jak się wszystko poukłada, zagrali na Masters of Rock w lipcu. Chętnie też poznam wasze opinie odnośnie tego krążka. Ja ze swojej strony temat wyczerpałem.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Midnight – Rebirth by Blasphemy (2020)

Ostatnio dość pozytywnie wypowiedziałem się na temat debiutu amerykańskiego zespołu Midnight z 2011 roku zatytułowanego Satanic Royalty, twórcy połączenia black’n’rolla ze speed metalem. Teraz z niecierpliwością biorę na odsłuch premiery najnowszego albumu Midnight, zatytułowanego Rebirth by Blasphemy, wydanego przez Metal Blade Records 24 stycznia 2020. Akurat byłem wtedy w stolicy, co nie przeszkodziło mi zapoznać się wielokrotnie z tym krążkiem. Czy Rebirth by Blasphemy, okaże się równie dobry jak debiut? Zaczynamy

Fucking Speed and Darkness to dobry speed połączony z thrashowymi rifffami oraz dynamiką. Oprócz tego Athenar dostarcza bardzo dobrą solówkę. Jak na utwór otwierający jest bardzo dobrze. Piekielne baterie zaczynają się ładować jeśli o mnie chodzi. Nieodzowną kontynuacją wcześniejszej kompozycji jest oczywiście tytułowy Rebirth by Blasphemy. Prędkość jest dalej podkręcona, choć nacisk jest bardziej na thrash niż speed, lecz przejścia robią swoją robotę. No i oczywiście solówka gitarowa obowiązkowa musi też być. Więcej black’n’rolla który lubię, usłyszeć można, natomiast na Escape the Grave oraz Devil’s Excrement.

Bardzo intrygująca natomiast perkusja rozpoczyna piąty na tym krążku Rising Scum. Gitara jest też trochę przytłumiona. Krzyki Athenara połączone z jego już klasycznym wokalem też robią dobry efekt. Jest to bardzo dobry refleksyjny utwór. Pozwalający trochę odpocząć.

Na Warning from the Reaper wracamy do piekielnie rozpędzonego black’n’rolla. Zresztą sam żniwiarz nas przed nim ostrzega. Nawet poprzez jedną z dłuższych solówek gitarowych na tym piekielnym krążku. Dalej jest już tylko bardziej diabelsko. Ponieważ przez kolejne cztery utwory Cursed Possessions, Raw Attack, The Sounds of Hell oraz You Can Drag Me Through Fire , piekielny black’n’roll trwa do samego końca. Dostarczając moim uszom, w międzyczasie kilku solówek oraz perkusyjnych popisów autorstwa jednoosobowego mistrza piekieł, czyli Jamiego Waltersa ,,Athenara”. Czekam aż, Midnight przybędzie do Polski promować ten krążek, który nie ma słabych punktów, bo jest kompletną i spójną całością. Jak dla mnie Rebirth by Blasphemy jest taka, jak być powinna, trochę innowacyjna, ale przede wszystkim odrodzeniem smolistego black’n’rolla, którego autor miał gdzieś ograniczenia prędkości, gdyż jak zawsze wszystko bluźnierczo pisał dla samego Lucyfera. Zresztą teksty mówią same za siebie. Ocena tego arcydzieła więc może być tylko jedna. Zakładać więc słuchawki i słuchać Rebirth by Blasphemy dla samego Lucyfera. Ja będę to robił dobre parę miesięcy.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Five Finger Death Punch – F8 (2020 )

Dawno nic z USA nie słuchałem, jednak do czasu. Wczoraj bowiem miał premierę ósmy studyjny albumu amerykańskiej heavy metalowej grupy, zatytułowany po prostu F8. Skusiłem się też na niego przez namowę Wiktora. Czy jest rzekomym odrodzeniem grupy, jak go określa jej frontman? Chętnie się przekonam. Uprzedzam, że, z Five Finger Death Punch do czynienia miałem tylko jeśli chodzi o pojedyncze utwory, więc będzie tym bardziej interesująco.

Tytułowy F8 okazuje się symfonicznym intrem, z marszówką w tle. Nic specjalnego. Otwierający Inside Out okazał się jednocześnie też, pierwszym z trzech singli promujących. Cóż, corowe, a raczej deklamacyjno – raperskie dokładniej, są na odpowiednim poziomie jeśli chodzi o Ivana Moodyiego. Wokal wspierający też daje radę, choć muzycznie jest tylko p, bo przeciętnie, jednak szybka solówka nie jest jakaś wybitna. Kolejny singiel Full Circle zaczyna się zbyt elektronicznie jak dla mnie. Przebojowości odmówić mu nie można, ale jednak za dużo elektroniki mimo wszystko. Natomiast trzeci i ostatni z singli Living The Dream zaczyna się fajnie jeśli chodzi o riffy. Potem dobre przejścia i zmiany temp, dobre breaki, a do tego wokal też nie jest przesadzony, wychodzi na to, że okazuje się najlepszy z tej całej trójki singli. Serio.

A Little Bit Off jest niby balladą, ale najwidoczniej nie dla mnie. Po pierwsze rozumiem kwestię akustycznej gitary nastroju i tak dalej, ale w tym utworze tego nastroju czy nawet refleksyjności samej w sobie ewidentnie nie ma, albo ja jej nie znalazłem. Wleciał jednym i wyleciał drugim uchem. W szóstym Bottom Of The Top duet wokalny jest wykonany perfekcyjnie. Do tego jest wreszcie więcej groove metalu. Gitarowy popis, krótki, ale jednak też wypada nie najgorzej. Na To Be Alone riff otwierający też jest odpowiedni. Do tego partie perkusyjne, a potem szybsza, lecz dłuższa solówka splatają się w jedną spójną całość. Mother May I (Tic Toc) można określić w sumie jako tykającą bombę, tylko zamiast spodziewanej atomówki, otrzymałem plastik, do tego niepierwszorzędny. Szkoda, naprawdę szkoda. Sytuacji nie naprawił nawet nie najgorszy breakdown i solówka. Darkness Settles In jest drugą balladą na tym albumie. Tylko tu jest coś takiego jak nastrój, a do tego nie byle jaki tekst.

This Is War zaczyna się intensywnie, co akurat mnie cieszy. Jest na tyle przebojowy, że głowa sama mi się rwie do headbangingu. Muzycznie jest dobrze, bo znowu więcej groove metalu, choć ta heavy metalowa cześć z gitarowymi popisami ujdzie w tle. Leave It All Behind to dalej przeważający groove z rapującym Ivanem, oraz powtarzające się breaki. Przedostatni Scar Tissue jest bardziej dynamiczny, a jednocześnie przebojowy, zły nie jest. Natomiast ostatni Brighter Side Of Grey jest trzecią balladą, która znowu, niby jest, ale dla mnie nie spełnia odpowiednich kryteriów. Dwa bonusy, czyli Making Monsters oraz Death Punch Therapy okazały się lepszym zamknięciem tego krążka, od wcześniej wspomnianej przeze mnie pseudo ballady w postaci Brighter Side Of Grey

Dodając jeszcze kilka słów na koniec, chcę podkreślić, że wrażenia mam mieszane. Dlaczego? Głównym powodem jest fakt, że, heavy metalu, który niby miał być, na tym krążku prawie że nie ma, a jak jest to w postaci umieszczonych na siłę riffach lub solówkach. Przykład? Proszę bardzo, chociażby Inside Out, Full Circle czy Living The Dream. Tu też mamy inny przykład. Jak złe okazują się single, bo te single są najgorszymi utworami na całej płycie, no może oprócz dwóch pseudo ballad w postaci A Little Bit Off oraz Brighter Side Of Grey. Jeśli miałbym wybrać trzy naprawdę dobre kompozycje, to wskazałbym te groove metalowe. Czyli Bottom Of The Top, To Be Alone oraz Scar Tissue, a no i dwa bonusy Making Monsters i Death Punch Therapy . Mimo paru plusów płyta F8 ma zbyt mało dobrych momentów, żebym ocenił ją jednak wyżej, niż finalnie zamierzam. Moje odczucia po trzech solidnych przesłuchaniach się po prostu zrównoważyły, ale mimo to jest nieco rozczarowany. Jak dla mnie bowiem nie jest to jakieś wielkie zapowiadane odrodzenie.

Korekta Paulina Wawrzusiak

6/10

Kategorie
Bez kategorii

Megadeath – Endgame (2009)

Megadeath – któż nie słyszał, jakiegokolwiek z utworów czy albumów, tego zespołu. Założonego przez Dave Mustaine z powodu wyrzucenia go z szeregów zespołu Metallica. To sprawiło, iż powstał mocny konkurent dla Metallica(y). Tak czy inaczej, powróciłem do twórczości Dave, po dość długiej przerwie, a powodem ku temu był koncert Judas Priest, którego supportem okazał się właśnie owy Megadeath. Ja podzielę się swoimi wrażeniami, co do płyty, dzięki której miałem okazję, bardziej się do tej grupy przekonać. Czy coś uległo zmianie? Czy dwunasty album Megadeath, wydany 11 września 2009 roku, zatytułowany Endgame, nadal po 11 latach jest dla mnie ,,tym właściwym” po reaktywacji zespołu, która nastąpiła w 2002 roku? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać. Trzeba go posłuchać.

Dużej ilości dynamiki tak jak kiedyś, dalej nie brakuje od samego początku krążka. Mam tu na myśli oczywiście krótki Dialectic Chaos, który dostarcza jedną z chyba najszybszych solówek gitarowych na tej płycie. This Day We Fight! tak naprawdę utrzymuje tempo, choć trzy krótsze solówki, wpadają i wylatują. Wokal Dave natomiast nadal jest dobry. Natomiast jeśli chodzi o 44 Minutes, riff otwierający jest bardzo dobry, do tego jeszcze ta przemowa przez głośnik. Idealnie jest też dobrana krótka deklamacja, zrobiła ona swoje. 1,320 tak jak kiedyś nie jest zły, lecz też nie za bardzo wybitny. Na Bite the Hand jest trochę więcej przejść i zmian tempa. Choć końcowa solówka z trzech, robi najlepsze wrażenie. Natomiast na Bodies wyraźniej można usłyszeć partie basu. Oprócz tego jes w tym utworze pewnego rodzaju nadmiar energii przynajmniej w moim odczuciu.

W tytułowym Endgame znowu pojawia się ten motyw głosu przemawiającego przez głośnik, przez to znowu Dave bardziej w tym utworze przemawia, niż śpiewa. Słychać niby dalej odpowiednie riffy oraz perkusję, ale jakimś cudem przestałem je odbierać jako bardzo szybkie. Ósmy The Hardest Part of Letting Go…Sealed With a Kiss zaczyna się jak ballada, lecz w połowie tempo ulega zmianie, to wreszcie wyprowadza mnie z pewnego rodzaju letargu, w jakim byłem. Choć pomimo owej zmiany pewnego rodzaju klimat pozostał, podkreśliła to dobitnie marszówka i partia gitary akustycznej. No i wreszcie znowu powrót do tego, za co polubiłem Dialectic Chaos. Gdyż Head Crusher dobitnie i całkowicie mnie wybudził. Na nim jest bowiem według mnie druga najszybsza solówka gitarowa na tym albumie. Pozostałe How the Story Ends oraz The Right to Go Insane są dobre, ale też niewybitne. Utrzymują znowu odpowiedni energetyczny ton, dostarczając przy tym kolejnych dwóch dobrych solówek.

Jednak zastąpiła pewna zmiana jeśli chodzi o ten album. Jak dla mnie Endgame nie jest już aż tak dobrym albumem, jak kiedyś. Z ośmiu ulubionych kompozycji, pozostały trzy. Mam tu nam myśli Dialectic Chaos, 44 Minutes oraz Head Crusher. Zapewne też po jedenastu latach, kiedy to przez parę dobrym miesięcy od premiery, miałem ten album w swoim odtwarzaczu, miała na to wpływ też owa przerwa. Tak czy inaczej, jestem odrobinę rozczarowany faktem, iż w przypadku tej płyty, czas zadziałał na jej niekorzyść. Sprawiając, iż, stała się dla mnie przeciętną, z tylko trzema wyżej wymienionymi utworami, do których może kiedyś znowu powrócę. Tak jak i sam nie wiem, czy powrócę do Megadeth. Czas pokaże. Choć balansowanie między heavy a thrash metalem daje im ode mnie pewnego rodzaju szansę, bo w przeciwieństwie do odcinającej kuponów na podstawie swojej legendy grupy Metallica, Dave, chociażby zawieszeniem działalności udowodnił, że jest ze swoimi fanami szczery.

Korekta Paulina Wawrzusiak

7/10

Kategorie
Bez kategorii

Korn – The Nothing(2019)

Korn jest zespołem, którego nie udało mi się ,,nie poznać”. Wiele było ku temu powodów, jak chociażby ten, iż to Arek, kolega z równoległej klasy zabrał mnie na ich koncert do Katowic. Tak czy inaczej, pewne okoliczności, połączone a jakże, z ciekawością. Sprawiły, iż po prawie dekadzie przerwy do nich wróciłem. Okazją bowiem okazał się wydany 13 września 2019 roku, trzynasty już album studyjny zatytułowany The Nothing. Czy trzynastka okaże się dla nich w moich uszach pechową liczbą? Przekonajmy się.

Otwierający płytę The End Begins ukazuje ewidentnie rozpacz. Na samym końcu wokalista ewidentnie płacze. Okazuje się, że, Davis stracił matkę, a parę miesięcy później jego żona przedawkowała narkotyki, zmagając się z chorobą psychiczną. To faktycznie był bardzo mocny życiowy cios. Cold pod kątem muzycznym oprócz krótkiego dupstepowego wstępu, zaczyna się bardzo intensywnie. Mam tu na myśli wokal, który potem dopiero się uspokaja. Typowe breakdowny, choć bardziej intensywne bębny, przypominają mi trochę najnowszy album Slipknot. Mimo to nie jest to zły początek. Choć bez przysłowiowego szału.

You’ll Never Find Me nie wnosi jak dla mnie nic, oprócz może innych riffów. The Darkness is Revealing ratują trochę bardziej pokręcone przejścia oraz faktyczne wyciszenie w pewnym momencie. Dalej nic odkrywczego. Idisynacrasy jest wreszcie bardziej intensywny od samego początku, do tego ten fragment z tym charakterystycznym basem. Choć jest jak dotąd najbardziej chwytliwy. The Seduction of Indulgence jest natomiast najbardziej ubogi w instrumenty. Pozostałe kompozycje z tego krążka tak naprawdę również niczego, czego bym nie znał jeśli chodzi o Korn, mi nie dostarczyły. Kończąc płytę rozpaczliwym outro Surrander to Failure. Jakoś nie wywołali u mnie większych emocji. Żadnych poza czystym gniewem.

Okazuje się zatem, iż, zespół, który znałem, do tego szanowałem za naprawdę, jak dla mnie, jeden z najlepszych w ich dorobku, szósty album Take a Look in the Mirror, w moim mniemaniu się skończył. Bowiem najnowszy The Nothing pod kątem lirycznym faktycznie przedstawia negatywne przeżycia wokalisty, którymi chce się podzielić. Jasne rozumiem prawo artysty. Natomiast muzycznie, poza drobnymi bardziej spokojnymi fragmentami w paru utworach i dupstepu, zmian jakichkolwiek nie ma. Jestem w stanie zrozumieć kwestie komercyjne, ale bądźmy poważni. System of a Down równie komercyjna grupa nu metalowa, nie miała pomysłu na album, nie wydała go. Postawili na same koncerty. Może przestałem być kukurydzianym fanatykiem, ale jednak mimo to Jeśli chodzi o mnie ten album, przekreśla Korn całkowicie, muzycznie dla mnie już nie żyją. Trzynasty album Korn, niegdyś dla mnie legendy nu-metalu, zatytułowany The Nothing, sprawił, iż, od dziś ten zespół stracił u mnie ten status bezpowrotnie. Pomijając czasy kiedy dosłownie trzy ich albumy, których słuchałem kiedy kończyłem podstawówkę oraz przez całe gimnazjum, musiałem wyrzucić do kosza, bo owe płyty nienadawany się już do użytku, w tym, chociażby Take a Look in the Mirror. Teraz ten sam Korn, paradoksalnie stał się teraz dla mnie niczym. Muzycznie umarł, bo powielanie stworzonego przez siebie materiału sprzed trzynastu lat, mnie nie przekonuje, a wręcz obraża. Kto go nie zna? Pewnie płyta mu się spodoba. Mnie jako już osobie, która już lata szkoły ma za sobą, uznaje muzyczną śmierć tego zespołu, ta płyta przynosi największe muzyczne rozczarowanie, z jakim do tej pory miałem do czynienia.

Korekta Paulina Wawrzusiak

1/10

Kategorie
Bez kategorii

Midnight- Satanic Royalty (2011)

Kolejny zespół, o którym dowiedziałem się na czeskim festiwalu Brutal Assault. Amerykański Midnight, który przez większą część życia funkcjonował jako ,,one man band” pod wodzą niejakiego Athenara, do którego przed wydaniem drugiej płyty dołączył kolega o wdzięcznej ksywie SS. Projekt powstał w 2003 roku i w zamyśle miał grać miks black metalu ze speed metalem. Dziś jednak zamierzam odnieść się do debiutanckiego krążku Midnight zatytułowanego wdzięcznie Satanic Royalty , wydanego 8 listopada 2011 roku. Czy album okaże się równie dobry, co parę utworów zagranych z niego na wspomnianym wcześniej festiwalu? Czy jest dalej godny nazwania go pionierskim w nowym nurcie metalu? Jest tylko jeden sposób, aby się przekonać.

Tytułowe Satanic Royalty idealnie otwiera album. Już bowiem od początkowych wolniejszych riffów, pierwszy wrzask Athenara , następuje zmiana tempa na dynamiczniejsze. Pojawia się też bardzo dobra, choć krótka, solówka gitarowa. Wyraziste przejścia oraz partie perkusyjne, które średnio podchodzą pod blackowe, a raczej bardziej punkowe dopełniają wszystko Do tego genialnie dobrany wokal. Owo tempo pozostaje utrzymane przy You Can’t Stop Steel, tej motoryki jest o wiele więcej, do tego dograny drugi wokal też daje genialny efekt. Tutaj natomiast znajduje się jedna z najlepszych solówek gitarowych na tym krążku. Na Rip This Hell tak naprawdę tylko riffy trochę się równią. Dalej jest energia, przez co dalej z automatu headbangingu mi się chce. Natomiast Necromania jest już cięższa i trochę wolniejsza, może przez dużą ilość blastów oraz przejść, ale dalej pomimo pozorów, daje mi tylko chwilę oddechu, bo w połowie wraca odpowiednia prędkość.

Black Damnation rozpoczyna mylnie solówka gitarowa, która mogłaby zapowiadać balladę. Jednak to nie ballada, bardziej spokojny utwór, choć sam zamysł szanuję, to może przez sam wokal, skłonny do rozważań nie jestem. Druga solówka gitarowa jest równie dobra, choć nie tak jak otwierająca. W Lust Filth and Sleaze dla odmiany znowu usłyszałem najszybszą solówkę gitarową na tej płycie. Powróciła piekielnie dobra prędkość. Podobnie jest zresztą na Violence On Violence oraz Savage Dominance. Na Holocaustic Deafening bardzo podoba mi się podkreślenie partii basu od samego początku. Zamykający płytę Shock Til Blood rozpoczyna się znowu solówką gitarową innego typu, bardziej heavy metalową. Potem znowu diabelska prędkość i tak jak początek, tak również koniec jest spektakularny.

Tak się akurat złożyło, iż to na Midnight wypadło, aby opisać, ich debiutancki album jako jeden z wielu które miały wpływ na muzykę metalową. W czasie kiedy po dość długim czasie, licznych (trzech) EP-kach, (czterech) splitach, Athenar wypuścił pierwszy pełno metrażowy album, stał się pionierem. Stworzył bowiem nurt nazwany potem słusznie blackn’rollem. Połączeniem brytyjskigo Venom, znanego z kultowego Black Metal z 1982 roku, oraz legendarnego amerykańskiego Motorhead. Po ośmiu latach nie stracił na swej świeżości w żadnym stopniu. Dostarczone różnego rodzaju typy samych solówek gitarowych skutecznie przyprawiają o ból głowy jak po wypiciu wielu litrów mocnych trunków. Za każdym razem zarzekasz się, że, nie będziesz pił, a jednak to robisz, bo to lubisz. Tak samo ja mam z tym albumem. Do tego w tym przypadku tutaj mam swoich ulubieńców, tytułowy Satanic Royalty, Black Damnation, Lust Filth and Sleaze, Holocaustic Deafening oraz zamykający ten genialny krążek Shock Til Blood. Kto wie, może kiedyś odniosę się do najnowszego ich albumu, który planują wydać 24 stycznia przyszłego roku? Sam tego nie wiem. Dzieło wieńczy też okładka. Plyta okazała się naprawdę przełomowa i sprawiła, iż narodził się nowy muzyczny nurt. Jest on obecny nawet w naszym kraju. Mam tu nam myśli, chociażby zespół Brüdny Skürwiel. Jeśli nie znacie amerykańskiego Midnight, nadróbcie koniecznie zaległości, bo naprawdę warto! Athenar jest dla mnie mistrzem blackn’rollu, a już na pewno wykorzystania gitary elektrycznej. Ocena może być zatem tylko jedna.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Killswith Engage – Atonement (2019)

Jakiś czas od momentu zrecenzowania przeze mnie najnowszej płyty zespołu I Preival, ponownie zwróciłem uwagę na amerykańską scenę metal/death corową. Odkryłem na nowo zespół, który kiedyś po przesłuchaniu ich kilku singli, raczej do gustu mi aż tak bardzo nie przypadł. Mówię tu o Killswitch Engage. Jednak znowu po wielu latach przerwy, z własnej muzycznej ciekawości, przesłuchałem ich najnowszy album zatytułowany Atonement. Jakie są moje wrażenia odnośnie do tego krążka? Czy udało mi się polubić zespół, który wcześniej raczej był mi bardzo mocno obojętny? Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać oraz poznać odpowiedzi.

Otwierający płytę Unleashed jest istną energetyczną petardą. Melancholijnie trochę brzmiący riff otwierający jest genialny oraz jednocześnie klimatyczny. Do tego prawdziwy growl. Czysty śpiew wokalisty niebrzmiący jak ktoś byłby wykastrowany. Dobre breakdowny. Gitarowa zmian tempa w połowie też na plus. Do tego odpowiednio brzmiący scream wokalisty wspierającego.

The Signal Fire to utwór, w którym gości stary wokalista zespołu, czyli Howard Jones. Wraz z obecnym — Jessem, znowu serwują duet idealny i popis swoich umiejętności wokalnych. Muzycznie dalej jest moc, pozytywnym zaskoczeniem jest też bardzo dobra solówka gitarowa. Nieodparta chęć headbangingu przy nim świadczy, że jest bardzo dobry.

Us Agaist the World porównując do pierwszej kompozycji w sumie niczym szczególnie nowym, oprócz trochę inaczej brzmiących riffów, nie zaskakuje. Wpada i wypada jednym uchem, więc jest widać umieszczony na płycie, aby to nie była Epka. W następnym The Crownless King wyjątkowe jest to, że gościem na wokalu jest nie kto inny jak znany z Testament-Chuck Billy. Do tego bardziej thrashowe brzmienie, ogrom blastów oraz większa wirtuozeria gitar. Jest dobrze.

Jedynym z singli, który nie spełnił dla mnie swojej roli, to niby ballada I am Broken too. Rozumiem liryczny przekaz, ale jednak mimo wszystko, jakoś takie kompozycje do mnie nie trafiają. Co nie znaczy, że z wokalem jest coś nie tak, bo jest w porządku. Muzycznie też jest w miarę. Po prostu jak na razie metalcorowo-refleksyjne kawałki wykonywane po angielsku mi nie odpowiadają i tyle. Jedynie czasem Slipknot daje radę.

W As Sure as the Sun Will Rise oraz Know Your Enemy mam powrót, do czegoś mi brakowało. Intensywności oraz czystej energii. To druga i trzecia, najbardziej dynamiczna kompozycja muzyczna na tym albumie. Uzupełniające wokale. Odpowiednie przejścia oraz nawet riffowe uspokojenie i znowu breakdown. A na Know Your Enemy jeszcze bardzo dobra solówka gitarowa.

Take Control jest dobry. Wszystko jest, jak trzeba, ale nie ma tego czegoś. Z Ravenous natomiast jest nieco lepiej. Więcej intensywności brzmienia, przejścia oraz dobry riff. A jeszcze znowu powrót tego melancholijnego riffu.

Natomiast jeśli chodzi o I Can’t Be the Only One to tutaj już nie ma tworzenia czegoś na siłę, jak miałem, wrażenie słuchając I am Broken too. Nic nie brzmi sztucznie. Jest mniej dynamiczny, ale jest coś w nim, co pozwala do niego wracać. Do tego doskonała solówka gitarowa. Ostatni Bite the Hand That Feeds to petarda na koniec, z najbardziej w sumie głębszymi breakdownami na płycie. Do tego krótka deklinacja wokalisty jest pewnego rodzaju ciekawostką. Dużo blasów oraz dobre thrashowe riffy. Istne zakończenie z hukiem, w sumie doskonałe nawiązanie do tytułu.

Podsumowując. Zespół pozytywnie mnie zaskoczył. Gdyż nie tylko jeden z utworów na tym krążku stał się moim ulubionym. Oczywiście mowa o: Unleashed, The Signal Fire , As Sure as the Sun Will Rise , Know Your Enemy oraz I Can’t Be the Only One. Tylko dwa utwory wydają mi się zrobione dlatego, żeby to był album, a nie Epka. Może ta płyta nie jest dla mnie jakimś arcydziełem metal/deathcoru, ale jak dla moich uszu dorobek Killswitch Engage, jest jak dotąd najlepsza. Warta odsłuchania jej nie tylko jeden, ale może nawet wiele razy. Tak samo, jeśli chodzi o to, co I Pravail dostarczył moim uszom, jest jednak różnica. Wokaliści Killswith Engage, w tym i dwóch gościnnych, dali pokaz swoich wszystkich umiejętności. W tym Jesse, którego czysty śpiew był czysty, a nie emowski. Do tego robiąca bardzo pozytywne wrażenie okładka. Zbierając razem wszystkie za i przeciw. Ocena z mojej strony może być tylko jedna. Może skuszę się na ich koncert, który odbędzie się 4 listopada w warszawskim klubie Stodoła.

8,5/10

Kategorie
Bez kategorii

Slipknot – We Are Not Your Kind (2019)

Jednego z najbardziej znanych zespołów, łączących wiele nurtów, w tym i kultowe już szaleńcze występy na żywo, chyba przedstawiać nie trzeba, no ale dla formalności czemu nie. Szaleńcy z Iowa, na czele z Corey- em Taylor – em powracają po 5 latach z najnowszym krążkiem, gustownie zatytułowanym We Are Not Your Kind. Podzielę się swoimi wrażeniami co do tego krążka. Czy okazał się lepszy od poprzedniego albumu? Czy pozytywnie mnie zaskoczył? Co istotne czy Slipknot wprowadził coś nowego do swojego stylu? Odpowiedzi udzielę z miłą chęcią.

Ciekawą a jednoczenie dziwną kwestą jest niewykorzystany na standardowej edycji płycie, utwór All Out Life wrzucony na YouTube przez zespół a później na innych serwisach muzycznych. Szkoda, bo byłby wśród moich ulubieńców, no ale cóż. Nie stać mnie obecnie na kupno japońskiej edycji, tylko dla jednej kompozycji.

Samo intro Insert Coin nie jest złe, bo wprowadza znowu klimat znany ze stylu zespołu. Natomiast Unsainted to inna sprawa. Z mocno chóralnym wejściem chóru Angel City Chorale, kompozycja dosłownie jak wleciała, tak samo wyleciała zarazem, nie robiąc na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia.

Birth of the Crual natomiast okazał się odrobinę lepszy, poprzez znowu inny elektroniczny wstęp, ale też bardziej wyraźny riff otwierający. Oprócz tego tu wokal Coreya brzmi bardziej nastrojowo, a potem odpowiedni growl, choć breakdown wraz z wokalem wspomagającym okazał się strzałem w dziesiątkę, do tego jeszcze ten odgłos miksowanej płyty przypomniał mi kilka dobrych kompozycji z ich zdecydowanie odleglejszych albumów.

Death Because of Death okazał się genialnym przerywnikiem oraz wprowadzeniem do kolejnej kompozycji, o dziwo z bardzo dobrym wokalem. Z początkiem Nero Forte tak naprawdę zaczyna się dla mnie ten album, a nie przepraszam wcześniej z Death Because of Death jako intro. Serio. Wreszcie intensywne gitary wraz z perkusją oraz z genialnym thrashowym riffem. Wreszcie właściwa dynamika oraz energia. Elektroniki też nie brakuje. Do tego krótka deklamacja, pośród marszówki, a potem wsparcie w postaci krzyku innych członków zespołu. Na koniec jeszcze zaserwowana solówka.

Cristical Darling jest równie doskonały. Bo w po równaniu dwóch pierwszych kompozycji tu stemple są bardziej intensywne. Breakdowny też zdecydowanie lepsze. Wiele zabiegów z poprzedniego utworu się powtarza, oprócz momentu ciszy, który sprawdził się doskonale. Potem znowu intensywnie, a nawet Corey zaczął śpiewać jak do ballady. No i znowu solowa partia gitar. Baterie z 40 na 70 procent naładowane.

A Liar’sFuneral zaczyna się jak ballada, bo gitary akustycznej nie da się nie usłyszeć. To akurat dobrze, bo wprowadza to moment refleksji i zadumy, pomimo breakdownów oraz growlu wokalisty, ale robionego bardzo wolno i wyraźnie, co daje piorunujący efekt. Do tego też wokal wspomagający Clowna. Zakończony tak jak rozpoczęty, czyli spokojnie.

Red Flag w sumie to porcja dobrego intensywnego dethcorowego grania, choć z porcją nowych thrashowych riffów. Przy nim dobre pogo i deathwall na koncertach gwarantowany.

What’s Next to ostatni już przerywnik oraz intro zarazem. Spiders wraz z upiornym pianinem, wirtuozerską partią gitar oraz perkusji, co jest nowe, ale i dobre zarazem. Zresztą cała kompozycja jest taka. Popisem instrumentalnych zdolności grupy. Czego dowodem jest chyba najdłuższa solówka gitarowa na płycie. Coś takiego to ja lubię.

Orphan z dość przydługim, ale bardziej perksujno — gitarowym początkiem, później się rozkręca. No i znowu tak jak w przypadku Red Flag jest to bardziej deathcorowe, ale bardzo dobrze corowe. My Pain to druga ballada na tej płycie. Trudno mi powiedzieć czy jest równie depresyjno-nihilistyczna jak Snuff z albumu All Hope is Gone, ale podobieństwo nie tylko po pierwszym przesłuchaniu, nasunęło się samo. Jest inna, oczywiście, ale moim zdaniem stanie się równie kultowa dla prawdziwych fanów zespołu.

Not Long for This World oraz Solway Firth nie są złymi utworami, gdyż wpisują się we właściwy typ kompozycji, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni ze strony Slipknot. Po prostu wleciały i wyleciały mi jednym uchem, gdyż moja bateria został już wcześniej naładowana w stu procentach. Choć jako zamknięcie płyty Solway Firth jest taki sam jak jej początek.

Podsumowując. Pomimo pewnych mankamentów, o których za chwilę, ze strony Slipknot nie spodziewałem się jednak tak dobrej płyty, po mocno delikatnie mówiąc, nieudanym jak dla mnie 5: The Gray Chapter. Dali radę, choć faktem niezaprzeczalnym jest, że pewne kompozycje zostały w moim odczuciu zamieszczone, bo Corey-owi nie wiele, dosłownie odrobinę zabrakło do napisania tak genialnego albumu, aby określić go drugim opus magnum, w długoletnim dorobku grupy. Mam tu na myśli oczywiście pierwsze trzy kompozycje, licząc z intem otwierającym oraz ostatnie dwie ostatnie. Reszta na czele z moimi ulubionymi, czyli Nero Forte poprzedzającym go najlepszym na płycie intrem Death Because of Death, drugim Cristical Darling oraz dwoma balladami Spiders, oraz My Pain. Tworzą one idealną oraz totalnie szaleńczo spójną całość. Po wielokrotnym przesłuchaniu płyty wiem natomiast, że będę wracał do większości z tych utworów, a miałem tak ostatni raz w przypadku wydanego 11 lat temu All Hope is Gone właśnie, ale i nie tylko. Będąc głodnym znowu ich kolejnego występu w naszym kraju, licząc na prawdziwe szaleństwo, gdyż chodzę na ich samodzielne koncerty. Ocena pomimo lekkich niedociągnięć z mojej strony, tym bardziej jako fana, może być jedna.

9/10