Kategorie
Bez kategorii

Brothers of Metal – Emblas Saga (2020)

Ach ta Szwecja. Ponownie mając do czynienia z zespołem z tego kraju, a dokładnie Brothers of Metal, nabrałem ochoty na odrobinę fuzji heavy metalu z viking metalem. Akurat tak się złożyło, iż właśnie ten zespół wydał swój drugi już album zatytułowany „Emblas Saga” dokładnie 10 stycznia 2020 roku nakładem AFM Records. Czy owo połączenie gatunków okaże się trafione? Po przesłuchaniu płyty, rzecz jasna, napiszę parę słów o swoich wrażeniach i odczuciach dotyczących krążka.

Intro „Brood of the Trickster” jest epickim wstępem do całego albumu. Lektor specyficznym tonem głosu wprowadza słuchacza w magiczny świat dźwięków. „Powersnake” to od samego początku heavy metal na wypasie. Dobrym zabiegiem jest w tym utworze zarówno męski jak i damski głos, w tle zaś słyszymy okrzyki Wikingów. Jeśli chodzi o muzyczny aspekt, jest nieźle. Nastrój budują spokojniejsze fragmenty i kobiecy wokal. Natomiast solówka gitarowa, jak dla mnie, jest trochę jakby wciśnięta na siłę. 

„Hel” otwiera niezły riff, w tle słyszymy okrzyki. Kawałek opowiada historię Hel, władczyni Krainy Umarłych, dziwną i niepokojącą. Tutaj jednak solówka dobrze się wkomponowuje. „Chain Breaker” oprócz tego, że jest dynamiczny i wokalista potrafi dobrze screamować, to nic nowego nie wnosi. Choć przyznać trzeba, że duet dwóch, różniących się od siebie wokali jest ciekawy, aczkolwiek tylko tyle. 

„Kaunaz Dagaz”, jak dla mnie, brzmi dziwnie. Muzycznie jest na poziomie przeciętnym. Broni się tylko jednym, bardziej thrashowym riffem i gitarową solówką. Natomiast spotkanie z partiami wielogłosowymi już miałem, więc nie ma tutaj zaskoczenia. Początek „Theft of the Hammer” przypomina mi trochę Amon Amarth, kiedy przestawili się na heavy metalowe kompozycje. Pomimo podobieństw, gitary sprawiają, iż bardzo dobrze się go słucha.

„Weaver of Fate” jest balladą, która jednak nie spełniła moich oczekiwań. Pomimo dobrego, damskiego wokalu i krótkiej solówki, nie ma tego czegoś. „Njord” jako pieśń o bogu mórz i opiekunie kupców, sama w sobie jest dobra, jeśli spojrzeć pod kątem lirycznym. Muzycznie broni się na tyle, że da się ją przesłuchać w całości.

Tytułowa „Emblas Saga” wreszcie porusza mnie na tyle, że budzę się z letargu. Śpiew w wykonaniu Ylvy w ich ojczystym języku sprawdził się w tym utworze idealnie. Deklamacja lektora, dobre tło muzyczne, ciekawe partie gitarowe i różnorodne barwy wokali zdały egzamin. Ten kawałek wprowadza wreszcie w epicki nastrój.

„Brothers Unite” rozpoczyna się dość spokojnie, wręcz flegmatycznie. Spodziewając się czegoś nowego, otrzymuję jednak znane mi już patenty. Nawet fragment, w którym słychać „zaśpiewy Wikingów podczas uczty”, nie ratuje tego utworu. Wprowadza natomiast słuchacza w zniecierpliwienie.  Zaczynający się epicko „One”, jest wręcz łagodny w swoim brzmieniu. Do tego screamujący wokal, uzupełnia drugi głos deklamacją. W dalszej części utworu znowu pojawia się Ylva. To wszystko razem brzmi na tyle dobrze, że mogę „One” zakwalifikować do udanej ballady. 

Przedostatni „Ride of the Valkyries” jest dynamiczny, choć nie na tyle, aby uznać trafność jego tytułu. Pomimo chęci i niezłych gitar, czegoś jednak zabrakło. Więc w ostateczności, jednak NIE!. Zamykający „To the Skies and Beyond” charakteryzuje dobra solówka gitarowa, riff jest dosyć chwytliwy, duety wokalne też dają radę. Także ostatni kawałek można uznać za znośny, wraz z symfonicznym zakończeniem.

Reasumując, na koniec powiem tak, jeśli chodzi o heavy metal o tematyce nordyckiej, to nie jest to fuzja na każdą okazję. Trzeba mieć odpowiednie nastawienie i dystans. Lirycznie jest przyjemne dla ucha, muzycznie ratują ten krążek od katastrofy „Powersnake”, „Theft of the Hammer”, „One” oraz „Ride of the Valkyries”. Sam album jednak na dłuższą metę nie zapada w pamięć . Zapewne wrócę do któregoś z tych utworów przy okazji gry komputerowej o tematyce nordyckiej, lecz raczej nie nastąpi to prędko.

Korekta: Sylwia Prekurat

5/10

Kategorie
Bez kategorii

Amon Amarth – Twilight of the Thunder God (2008)

Tak mi się wydaje, ale oczywiście mylić się mogę, że mało kto, zwłaszcza jeśli miał ze zdecydowanie cięższymi dźwiękami do czynienia, nie słyszał o szwedzkim Amon Amarth, czyli naczelnej grupie wykonującej szeroko rozumiany viking metal, którego może nie byli prekursorami, lecz na pewno odpowiadają za jego obecnie wielką popularność. No właśnie. Sam osobiście padłem ich ofiarą. Za sprawą wydanego 19 września 2008 roku, ich siódmego albumu zatytułowanego Twilight of the Thunder God, wydanego przez Metal Blade Records. Kiedy to ja rozpoczynałem pierwszy roku szkolny w liceum. Dostając ten album, od kumpla, który stwierdził, że: ,,Muszę go przesłuchać i tego nie pożałuję”. Faktycznie tak kiedyś było. Nie żałowałem. Byłem wręcz zachwycony! Czy po dwunastu latach nadal ma tej krążek w sobie to ,,coś”? No i czemu po zapoznaniu się z nim, przez wiele lat byłem ultra fanem Amonów, a później już trochę mniej? Tylko ponownie słuchając tego krążka, się to okaże. Tak zamierzam z dziką ochotą bowiem zrobić!

Już od samego początku nadal jest tak jak kiedyś. Za sprawą tytułowego singla Twilight of the Thunder God. Czemu? Po pierwsze iśćie ,,wojenny” wstęp. Scream Johana Hegga, perkusja i co najważniejsza od razu wpadający w ucho riff. Przebojowość na najwyższym poziomie. Po drugie, stopniowe zmiany tempa. Gościnny występ, jeśli chodzi o solo gitarowe Roppego Latvali (ówczesnego członka zespołu Children of Bodom, o tym akurat zespole pisałem nie raz na tym blogu). Solówka mistrzostwo świata! Breakdowny również, przez co headbanging zawsze jest! Po samym tytule można się domyślić, że, jest to pieśń o gromowładnym Thorze, walczącym z mitycznym wężem Jormungandem. Ciekawostką jest fakt, że od tego utworu, jeśli chodzi o teledyski, rozpoczęła się współpraca szwedzkiej grupy z polskim domem produkcyjnym Grupa 13 S.p.z.o.o. .

Na Free Will Sacrifice, dynamika nie zwalania, oj nie. Na samym początku nawet bardziej są podkreślone gitary, mam tu na myśli riffy oczywiście. W połowie znowu istna perkusyjna – gitarowo – wokalna nawałnica! Potem popisowe przejście gitar i perkusji. Czuć klimat mitycznego Ragnaröku. Choć ta kompozycja jest z tych dobrych.

Kolejny singiel, który nadal zwala z nóg. Kto czuwa nad Asgaardem? No kto?Guardians оf Asgaard! Ta sama przebojowość. Mamy kolejnego gość również, w postaci wspierającego wokalu, czyli Larsa-Görana Petrova znany z równie kultowej szwedzkiej grupy Entombed. Samemu zawsze jak słyszę, ten singiel śpiewam tak: „We’re the guardians /Guardians of Asgaard /Guardians/Guardians of Asgaard/Guardians/Of Asgaard ”. Nie bez powodu należy też ten utwór do tak zwanego niezbędnika koncertowego tej grupy. W pełni na to zasługuje!

Where Is Your God, jest z tych zdecydowanie intensywniejszych. Naprawdę deathowych utworów. Melodyki w riffach tam zdecydowanie mniej, paradoksalnie sam tekst, jest też idealnie tu muzycznie odzwierciedlony. Choć momentami Hegg brzmi jak, w pewnym sensie rapował scremując, może to głupie, ale po latach dopiero, odniosłem takie wrażenie. Mimo to tak jak kiedyś Where Is Your God był nieszczególny, niby tylko intensywniejszy. Tak po latach odkryłem w nim ukryty pełny potencjał. Zatem wpisuję go na listę ulubionych utworów, z tego krążka.

Varyags of Miklagaard, daję odrobinkę odpoczynku. Bardzo żałuję faktu, iż ta kompozycja nie została singlem . Bo ma wszystkie atuty, nie singlu, a bardzo dobrego singla. Tu nawet breakdowny przez liczniejsze blasty są podkreślone. Riffy dodają też tą melodyjność. Tu też headbanging jest pewny. W moim przypadku jeszcze nucąc : ,,We were loyal warriors / That’s the oath we gave To protect the emperor Even to the grave/ It’s time to take farewell / We have been resolved / From the sacred oath we gave It’s time to go back home/ ’’.

Tattered Banners Аnd Bloody Flags, ma wstęp trzech rodzajów riffów, waz z iście epicką marszówką na perkusji. Umiejętnym również budowaniem napięcia, jeśli chodzi, o rozwinięcie akcji, jeśli chodzi o tekst. Miłośnicy mitologii skandynawskiej przed odkryciem Amon Amarth, wiedzą, o co mi chodzi. Zatem nadal Tattered Banners Аnd Bloody Flags jest jedną z ulubionych kompozycji. Choć w sumie jeśli chodzi o epickość to w tym momencie albumu, jest najlepszy!

No Fear For the Setting Sun, jest kolejnym strikte deathowym utworem, z odrobiną bardziej thrashowych gitar. Potrzebnym na albumie, bo to po latach zrozumiałem, ale jako samodzielna kompozycja, średnio. No może w sumie solo gitarowe go by uratowało. The Hero zaskakuje. Mocno heavy metalowy start, jeśli chodzi o riffy gitar. Poza tym bardziej popisowym tłem to się nie wyróżnia. Jeśli miałbym wskazać najsłabsze ogniwa? No Fear For the Setting Sun i The Hero. Pomimo bardzo dobrych tekstów, muzyka wypada przeciętnie, na tle 12 lat.

Przedostatni Live For the Kill jest natomiast o wiele lepszy. Podkreślony jest też wokal wspierający gitarzystów. Gościnnie też fińska Apocalyptica zrobiła genialne tło ze swoich trzech wiolonczeli. Do tego jeszcze na sam koniec jednak z lepszych solówek gitarowych, a potem to ,,wiolonczelowe uspokojenie”. ,,Kropką na i” jest zbiorowy scream wszystkich. Epickość osiągnęła szczyt.

Zamykająca ,,ballada” Embrace of the Endless Ocean, owy szczyt skutecznie zachowuje. Słuchając tekstu Hegg, doskonale wie, jaki rodzaj screamu zastosować, a mimo to nadal chwyta za serce. Kiedy pierwszy raz słuchałem Embrace of the Endless Ocean, nie potrafił do mnie dotrzeć fenomen tej kompozycji. Jakim cudem z viking metalu, można stworzyć balladę? Gdzie nie dość, że nie ma czystego śpiewu. Męskiego lub żeńskiego? W końcu do mnie dotarło. Skoro do Embrace of the Endless Ocean, regularnie wracałem, zawsze towarzyszyły mi przy nim ,te same emocje, to znaczy, że k**** można! Zamknięcie genialne.

Twilight of the Thunder God jako płyta nadal jest dla mnie jednym z opus magnum szwedzkiego zespołu Amon Amarth. Ma w sobie to ,,coś”. Energię. Epickość. Co najważniejsze utwory tworzą spójną całość. Malutkimi potencjalnymi do tego, słabymi ogniwami, muzycznie, tylko żeby było jasne, są Fear For the Setting Sun i The Hero. Jeśli chodzi o teksty, tematyka skandynawskiego ragnareku, jeśli chodzi o jakość i autentyczność, jest absolutnie profesjonalna. Czemu po tym albumie byłem ultra fanem Amonów? Właśnie dlatego. Z czasem ta jakość się rozmyła. Muzyczna i liryczna. Zainteresowanych odsyłam do recenzji albumu Berserker, to poznacie temat bliżej, z mojej perspektywy. Krążek Twilight of the Thunder God dał temu zespołowi niebywałą wręcz popularność! Gdyby nie ta płyta, to bym ich, też nie odkrył. Również to jest też powód, dla którego ta płyta jest nadal dla mnie numerem jeden w dokonaniach Amonów, no i dlatego że, osiem kompozycji jest genialnych, a dwie dobre. Z genialną okładką! Na sam koniec dodam też, że Jacku poznałeś więc mój ulubiony album Amon Amarth, który przeszedł próbę czasu. Chętnie poznam twój!

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Amon Amarth – Berserker (2019)

Jeden z najpopularniejszych zespołów grających viking metal, wydał swój kolejny album. Mówię oczywiście o szwedzkim Amon Amarth. Płyta nosi tytuł Berserek i została wydana 3 maja 2019 roku. Czy jest lepszy od Jomsviking? Czy Amon Amarth wrócili znowu do pełnej formy? Jeśli jesteście ciekawi moich wrażeń odnośnie do ich najnowszego krążka, serdecznie zapraszam.

Pierwszy Fafner’s Gold rozpoczyna się bardzo spokojną, wręcz łagodną partią gitar. Pojawiają się oczywiście breakdowny oraz melodyka typowa dla Amonów. Choć pod sam koniec wreszcie jest strike deathowo, zarówno jeśli chodzi o perkusję, jak i riffy. Pojawia się też krótka deklamacja. Początek płyty bardzo dobry. Drugi Crack the Sky gitarowo jest bardzo zbliżony do heavy metalu. Czy to dobrze? Trudno powiedzieć, jest to coś innego. Dodającego na pewno dynamiki do tej kompozycji. Mjölner, Hammer of Thor będący oczywiście o słynnym młocie Thora, brzmieniowo nie różni się zbytnio od poprzedniej kompozycji. Choć, nie moment, zastosowano w połowie utworu, dość interesujące przejście, co jednak go nie uratowało.

Shield Wall rozpoczyna się iście bojowo, riffy gitar tak dobrze współgrają z perkusją, że trudno je usłyszeć. Tytuł tu idealnie pasuje. Słynna bojowa formacja wikingów, bo do niej nawiązuje ten utwór. Dla mnie jest po prostu genialna. Wszystko, co musi zawierać tzw. przebój Amonów, ta kompozycja posiada w 100 procentach. Stawiam w ciemno, iż, będzie mocnym kandydatem do przyszłej set listy koncertowej zespołu na lata.

W Valkyria bardzo podkreślony został bas, dynamika też jest zastosowana. Riffy też są dobre, ale szału u mnie nie ma. Choć partie pianina na koniec, jestem ciekaw w sumie po co. Gitarowy początek w Raven’s Flight, który dla osoby niebędącej za pan brat z metalem może ,okazać się elektroniczny, lecz wcale taki nie jest. Potem konkretne breakdowny. Jest moc. Tu akurat heavy metalowe riffy idealnie równoważą ciężką perkusję. Do tego jedna z najlepszych solówek na płycie.

Ironside to kompozycja o legendarnym Bjornie Żelaznobokim. Spokojny wstęp, a potem wejście, którego raczej się nie spodziewałem, gdyż okazały się, lżejsze niż przewidywałem. Breakdowny też są, ale też gorsze niż zakładałem. Szkoda. Natomiast The Berserker at Stamford Bridge dopiero po upływie połowy, nabiera odrobiny rozpędu. Gdyż przejścia oraz breakdowny są wreszcie znośne. Nie pomogła nawet dość niezła solówka na końcu. Oj słabo panowie.

When Once Again We Can Set Our Sails też nie jest zły. Jest dobry. Zawiera też godną uwagi solówkę. W przypadku Skoll and Hati mam podobnie, choć ta kompozycja jest szybsza, oparta na bardziej thrashowych riffach. Przedostatni Wings of Eagles też jest w miarę ok. Ostatni jak to w zwyczaju Amon Amarth, najdłuższy utwór na płycie, czyli Into the Dark, ma bardzo pompatyczny początek, potem staje się cięższy, z dobrymi przejściami oraz riffami. Plus należy się za to, że, nie jest on sztucznie wydłużony, jak to czasem bywało, dokładnie na trzech poprzednich albumach. Jak początek tak i koniec jest epicki, dzięki fortepianowi oraz skrzypcom. Chyba wreszcie wiem, po co one były.

Podsumowując owy krążek. Ogólnie jak go przesłuchałem, mam wrażenie, iż, poziom został utrzymany. Co to znaczy? Oprócz The Berserker at Stamford Bridge oraz Valkyria, które są dla mnie nieporozumieniem. Serio. Jak dla mnie, jeśli zespół, nie umieściłby ich na płycie, nie straciłby, a wręcz zyskał. Wiele utworów jak na Amonów jest po prostu dobrych, bądź czasem ,,ni dobrych ni złych” (Crack the Sky, Ironside). Jednak jak zwykle moimi ulubieńcami są te, które w jakimś stopniu urywają pewna część ciała. Pierwszym w kolejności, jest niebędący singlem, Shield Wall, istna petarda koncertowa. Drugim jest elektryzujący do czerwoności, Raven’s Flight, udowodniając, iż, heavy metal z death metalem może współistnieć na jednej kompozycji, która może wpisać się, w kanon przyszłych przebojów koncertowych tego zespołu. Dajcie znać, co Wy sądzicie o najnowszym krążku Amon Amarth. Ja biorąc wszystkie wady i zalety, swoją opinię, mogę wyrazić w jednej ocenie. Odpowiadając na początkowe pytanie, Berserk jest inny odrobinę od Jomsviking, ale czy lepszy? Trudno powiedzieć, choć pod kątem liczby moich ulubionych kompozycji z poprzedniego albumu, ten jest nieco uboższy.

8/10