Kategorie
Bez kategorii

Judas Priest – British Steel (1980)

Tak to jest z dobrymi zespołami, że samemu się chce do nich wracać. Tak właśnie jest u mnie z brytyjskimi tytanami heavy metalu czyli, Judas Priest. Dziś przekonam się, czy nieśmiertelny British Steel wydany w 1980, ale przeze mnie przesłuchany pierwszy raz w 2000 roku wielokrotnie, dalej zasługuje na miano jednego z ponadczasowych albumów w dorobku Judas Priest? Czy czas zadziałał na korzyść tego krążka? Nie mogę się doczekać, aby się o tym przekonać.

Rapid Fire już od samego początku czaruje dobrym riffem. Solówka dalej pozostaje tą, która jak już wejdzie do głowy, to tak łatwo nie wychodzi. Wokal Roba tu też jest bez zarzutów. Co ciekawe z czasem Rapid Fire wydał mi się bardziej chwytliwy niż na samym początku. Następny Metal Gods ma trochę bardziej rockową strukturę jak dla mnie, gdzie jednak perkusja jest postawiona na pierwszym planie, zaraz za gitarami. Singlowy Breaking The Law dalej pozostaje w panteonie muzycznych wizytówek Judas Priest. Wspomnę tylko, że, jak na tamte czasy pomysł na napad zespołu na bank, gdzie jeszcze w sejfie jest właśnie złota płyta, w pełni zasłużona za album British Steel. Istny majstersztyk jak na 1980 rok, czyli tytułowe złamanie prawa. Jeśli chodzi o muzykę, to gitara basowa daje fajne tło do perkusji oraz łagodniejszego wokalu Roba.

Z utworem jest jak z dobrym alkoholem. Muszą być ku temu odpowiednie okoliczności. Choć gitarowa solówka w każdych okolicznościach jest godna uznania. Do tego ten cowbell zastosowany przy zmianie tempa, do tego minimalistyczne wprowadzanie riffów też jest interesujące. To w ostateczności sprawia, iż, Grinder staje się jednym z moich nowych ulubionych utworów z tej płyty. Gdzie najlepiej pasuje przytłumiona gitara ? Oczywiście, że w kompozycji United, która była drugim singlem promującym ten album. Brzmi tam ewidentnie jak ostrzący się miecz czy inna stalowa broń. Pasuje w niej też chór wspierający Roba. Do tego ten wyraźny bas Iana Hilla, istna poezja dla ucha.

Do You Don’t Have To Be Old To Be Wise miałem kilka podejść. Zwłaszcza przy pierwszym odsłuchu całej płyty. Po wielu latach przerwy miałem nadzieję, że moje wrażenia odnośnie tej kompozycji uległy zmianie. Nawet nie miałem pojęcia, jak bardzo się myliłem. Utwór wydaje się naprawdę dalej przeciętnym na tle wcześniejszych. Trzeciemu i ostatniemu singlowi promującemu Living After Midnight niby nic nie brakuje, ale jednak. Po wielu odtworzeniach owy utwór zaczyna być lekko monotonny. Mimo wszystko. Przedostatni The Rage dzięki nieco jazzowej trochę perkusji oraz znowu wyraźnemu basowi Hilla jest dla mnie zdecydowanie atrakcyjniejszy. Do tego tu też Rob ukazuje swoje walory wokalne. Tu też Tipton zaprezentował najlepszą jak dla mnie solówkę gitarową z całej płyty. Natomiast ostatni zamykający płytę Steeler, jest bardzo dynamiczny i bardziej rock’n’rollowy niż metalowy, moim zdaniem co udowadnia zaprezentowanie wielu pokrewnych ze gatunków muzycznych na British Steel.

Jeśli chodzi o ponadczasowość krążka British Steel. Jest ona niezaprzeczalna. Jednak na albumie pojawiły się malutkie rysy rdzy, mimo to. Mam tu na myśli nieszczęsny Do You Don’t Have To Be Old To Be Wise, lekko też ,,wyeksploatowany” Living After Midnight. Pojawili się też nowi ulubieńcy, dla których widać owa przerwa, okazała się szansą na nowe życie. Mam tu na myśli utwory takie jak Grinder, United orazThe Rage. Oby owy album przetrwał w kulturze kolejne czterdzieści lat! Mimo owy rys British Steel był i nadal uważam, że, jest, jedną z muzycznych wizytówek Judas Priest. Udowodnił bowiem że, już w 1980 roku rock’n’roll, można skutecznie wymieszać z heavy metalowymi riffami oraz z rockowo-jazzową (momentami) perkusją oraz dodać do tego jedyny w swoim rodzaju wokal Roba Halforda. Faktem, o którym pewnie, każdy fan zespołu wie to, iż, autorek okładki do tego albumu, jak i loga Judas Priest był, polski grafik Rosław Szaybo.

Korekta Paulina Wawrzusiak

9,5/10

Kategorie
Bez kategorii

My Dying Bride – The Angel and the Dark River (1995)

Brytyjski My Dying Bride, zwłaszcza dla fanów doom metalu nie jest obcy. Jeśli chodzi o mnie, szukając nie raz inspiracji, oprócz brytyjskiej grupy Paradise Lost, bardzo intensywnie zasłuchiwałem się w twórczości My Dying Bride właśnie. Szczególne miejsce w moich wspomnieniach ma ich trzeci album zatytułowany The Angel and the Dark River, wydany przez wytwórnię Peaceville Records w 1995 roku, czyli dwie i pół dekady temu. Czy dalej potrafi swoim brzmieniem doprowadzić mnie jednocześnie do stanu mizantropii, zadumy, a jednocześnie zachwytu? Tylko słuchając go, po prawie 10-letniej przerwie będę w stanie to stwierdzić. Nie mogę się doczekać!

Otwierająca album ponad dwunastominutowa kompozycja The Cry of Mankind, jest dalej po części etiudą. Ciągnący się przez wieczność riff gitarowy? Proszę bardzo. Wielokrotne, nie raz trochę przekombinowane partie perkusyjne? Jak najbardziej. Dla podkreślenia, tragizmu przekazu wygenerowano dźwięk harfy z keybordu? Oczywiście, że, tak, co akurat było posunięciem genialnym i prostym zarazem. Pomijając fakt, iż, można doliczyć się chyba przynajmniej trzech różnych solówek gitarowych. Tak czy inaczej, pomimo iż, kompozycja bywa monotonna, to dalej doprowadza moje uchy do stanu zwanego zachwytem.

From Darkest Skies zaczyna się niepozornym basem, któremu zaczynają towarzyszyć bardzo smutne partie skrzypiec. Zastanawia mnie trochę lekko zbyt z manieryzowany wokal Aarona. Skrzypce komponujące się z organami, wprowadzają odpowiedni nastrój, choć dobrą robotę robią też odpowiednie riffy. Black Voyage dalej natomiast mogę uznać za swoistą kontynuację poprzedniego utworu. Sam w sobie po upływie tylu lat nie wywołuje u mnie jakiś większych emocji, ma jakąkolwiek wartość gdy słucha się go podczas odsłuchu całego albumu. Solówki instrumentalne gitar, strzypiec czy nawet perkusji, są godne uwagi, ale nie na tyle, aby uratować Black Voyage jako samodzielny utwór. Niestety.

Fortepianowy początek A Sea to Suffer In jednak dalej doprowadza mnie do stanu uwielbienia. Potem słychać dobrze znany riff z początku płyty, ale pojawiają się też kolejne nieznane, do tego tu perkusja współgra ze skrzypcami, a co najważniejsze z wokalem Aarona. Znowu więc jest dobrze, melancholijnie jak trzeba. Na Two Winters Only gitara akustyczna potęguje refleksyjny charakter, do tego akurat tu minimalistyczny wokal Aarona nadaje się idealnie. Można się w niej zatracić, jeśli ma się odpowiedni nastrój. Natomiast w zamykającym ten krążek Your Shameful Heaven, skrzypce po raz trzeci, prezentują się wręcz obłędnie. Skutecznie wyciskając z nadwrażliwych romantyków kilka łez, przy każdym odtworzeniu, tak się akurat składa, że, osobiście naliczam się do ich grona. Uwadze przejść też nie może jedna z dwóch najlepszych solówek gitarowych na tej płycie.

Krótko mówiąc, jeśli chodzi o wybranie ulubionych kompozycji z tej płyty, to nigdy nie było łatwe. Cała płyta była i jest o tyle specyficzna, że najlepiej słuchać ją w całości, lecz jeśli chodzi o najlepsze momenty, to oczywiście otwierający, The Cry of Mankind, czwarty A Sea to Suffer In , oraz ostatni Your Shameful Heaven. Czy owy album dalej potrafi jednocześnie zachwycić i doprowadzić do stanu mizantropii? Owszem i to bardzo umiejętnie, jednak czas, sprawił, iż, nie jest już dla moich uszu tak doskonała, jak to było w pierwszej gimnazjum, kiedy to pierwszy raz słuchałem jej na własnym discmanie, a potem wieży aiwa, w domowym zaciszu. Może też dlatego, że, od 2006 roku wydanych zostało również wiele dobrych płyt z gatunku gothic/doom. Tak czy inaczej, moim zdaniem, The Angel and the Dark River, nie wiele stracił na swojej wartości muzycznej, pomimo upływu dwudziestu pięciu lat, od jej wydania, a w moim przypadku po ponad dziesięcioletniej przerwie od wielokrotnego jej słuchania, aby ponownie w tym roku znowu do niej wrócić, z racji, chociażby iż w tym roku wydali swoją najnowszą płytę, którą też zamierzam przesłuchać. Jeśli ktoś szuka albumu, aby rozpocząć swoją przygodę z gatunkiem gothic/doom, ten album mogę śmiało polecić.

9/10

Korekta Paulina Wawrzusiak

Kategorie
Bez kategorii

Ozzy Osbourne – Ordinary Man (2020)

Legendy w postaci Ozzy- iego Osbournena przedstawiać chyba nie muszę. Po mimo 71 lat muzyk nie powiedział ostatniego słowa, wydając 21 lutego 2020 roku jedynasty już w swojej karierze solowy album zatytułowany Ordinary Man wydany przez Epic Records. Czy pomimo już leciwego jednak wieku Ozzy jest jeszcze w stanie pokazać światu, że coś jeszcze potrafi? Osobiście jestem tego bardzo ciekaw. Czy Ordinary Man okaże się zwykłym albumem? Jest tylko jedna droga ku temu, aby się o tym przekonać.

Otwierający Straight To Hell i początkowa krótka partia chóru wraz z genialnym rock’n rollowym riffem już sprawia, że, mam wrażenie, że będzie dobrze. Podtrzymuje je również bardzo wyraźny bas, dodatkowo dobrze dobrane partie perkusji. Oczywistością jest też unikatowy wokal mistrza oraz bardzo dobra gitarowa solówka na koniec. Nie bez przyczyny został drugim singlem. All My Life rozpoczynający się nastrojowo, nie jest wcale gorszy. Bardzo przypominający mi trochę Mama, I’m Coming Home. Tu też solówki gitarowe są niczego sobie, nieburzące zbudowanego wcześniej nastroju. Goodbye natomiast otwiera bardzo mroczna, a jednocześnie trochę niezrozumiała deklamacja zakończona diabelskim śmiechem. Brzmienie instrumentów pomimo braku zmiany charakteru, też jest równie mroczne, przynajmniej dla mnie. Jednak w pewnym momencie mrok znika, gitary zostają przytłumione, potem następuje piekielnie dobra solówka, dająca tej kompozycji potrzebnego pazura a mi energii.

Tytułowy Ordinary Man będący owocem współpracy Ozzy – iego z kolejną legendą, czyli Eltonem Johem, jest unikatowy sam w sobie. Duet tych dwóch legend jest naprawdę genialny w odbiorze. Dodając do tego osobiste przesłanie, mam przeczucie, iż Ozzy świadomie napisał ten utwór, jako osobiste pożegnanie, bo jednak ma już swoje lata. Za każdym razem, a dokładnie pięć, płakałem jak bóbr. Tutaj natomiast znajduje się też jak dla mnie najlepsza solówka gitarowa na tej płycie. Nie bez powodu został on też trzecim singlem promującym owy krążek.

Under The Graveyard będący pierwszym singlem promującym. Ma też wiele nawiązań do śmierci, i choć samotnej śmierci, jaka według Ozzy- iego nas wszystkich czeka, spotkamy się potem z najbliższymi lub też będziemy na ich czekać. Muzycznie jest równie genialnie, no i tu najbardziej intensywna solówka gitarowa na tej płycie.

Organki na Eat Me przypomniały mi od razu o Black Sabbath. O takich klasykach jak, chociażby The Wizard. Znowu dla miłej odmiany nie brakuje czystej hardrockowo – metalowej energii. Nie jest to już jednak najwyższy poziom, jest to dobry utwór, lecz oprócz wzbudzenia sentymentu, nie wywołał u mnie zachwytu. Z Today Is The End mam dokładnie tak samo. Choć tu żadnych inspiracji z przeszłości nie usłyszałem. Nawet niezła solówka oraz fortepian, nie pomogły. Choć same w sobie nie są złe.

Scary Little Green Men po nastrojowym wstępie, daje przysłowiowego hardrockowego kopa, aby później znowu przy pomocy marszówki znowu budować opadłe napięcie. Tu też gitarowa basowa miała krótki, lecz dobry popis. Do tego końcowe głosy w tle, też zrobiły swoje. Holy For Tonight poprzez znowu spokojniejszy, nawet lekko doomowy wstęp, pozwala mi odpocząć. Co jest kolejnym atutem tej kompozycji. Co ciekawe nie przeszkadza mi tu nawet liryczne nawiązanie do Boga. Na przedostatnim It’s A Raid gości raper Post Malone, którego osobistych dokonań nie znam. Jednak śpiewając na zmianę z Ozzy-iem, o dziwo wyszło mu to więcej niż znośnie. Instrumentalnie też jest niczego sobie. Poza tym krótki fragment, w którym Post rapuje, też mu wyszedł. Na zamykającym Take What You Want znowu oprócz Posta Malone, gości drugi raper Travis Scott. Przy mocno elektroniczno – dupstepowym tle rapuje też całkiem dobrze, tak samo jak Post. Choć ten audiotune jeden z nich mógł sobie darować, serio. Samego Ozzy-iego też pierwszy raz słyszałem rapującego. Dziwnym doznaniem muzycznych jest też słuchać dobrej solówki gitarowej do dup-stepowego tła, które jednak finalnie potęguje wrażenie, jakbym wpadał w jakąś otchłań.

Tak czy inaczej. Ta płyta jest istną kopalnią pojedynczych arcydzieł takich jak Straight To Hell, Ordinary Man, Under The Graveyard, Scary Little Green Men czy mocno eksperymentalnego Take What You Want. To są również moje ulubione utwory z tego albumu, który pomimo z pozoru zwykłego człowieka, został stworzony przez niezwykłą ikonę – Ozzy-iego Osbourne, który udowodnił, że pomimo zakończenia działalności zespołu Black Sabbath, nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Nawet jeśli, oczywiście odpukać, bo ze zdrowiem u niego niestety nie najlepiej ostatnio, miałby był to ostatni album, to zasługuje na mistrzowskie podsumowanie jego osobistych dokonań jako muzyka. Jak dla mnie słucha się tego krążka, z zapartym tchem, pomimo nie wszystkie kompozycje zwalają z nóg. Jednak w głębi serca liczę, że zdrowie będzie dla Ozzyiego o tyle łaskawe, że pozwoli mu doprowadzić do skutku zapowiedziane koncerty w Europie, których supportem mają być sami tytani heavy metalu, czyli Judas Priest.

Korekta Paulina Wawrzusiak

10/10

Kategorie
Bez kategorii

Dragonforce – Extreme Power Metal (2019)

Ostatnio moją uwagę ponownie przykuł brytyjski Dragonforce. W okrągłe dwadzieścia lat od czasu rozpoczęcia swojej działalności wydali 27 sierpnia 2019 roku wydany przez Metal Blade Records, swój ósmy album zatytułowany bardzo odważnie, Extreme Power Metal. Czy okaże się faktycznie tak ekstremalny, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu jak sugeruje tytuł? Czy może będzie nad odwrót? Chętnie się przekonam oraz udzielę odpowiedzi.

Już od samego początku zespół nie próżnuje. Mam tu na myśli singiel otwierający Highway to Oblivion. Szybkie elektroniczne wprowadzenie, no i od razu hiper prędkość gitar połączona ze zgranymi partiami perkusji. Do tego nie tylko jeden główny wokal, a aż sześć biorąc pod uwagę cały krążek to dość sporo. Co do bogactwa riffów nie mam wątpliwości od heavy po thrash metalowe. Nawet w jedynym, wolniejszym a chwytliwym The Last Dragonborn, który trochę mi przypomina fragment ścieżki dźwiękowej z tej najstarszej wersji filmu Karade Kid. Natomiast zamykający płytę cover najsłynniejszej ballady autorstwa Celine Dion z filmu Titanic wyprowadził mnie mocno z równowagi, a potem tylko bawił. Potraktowałem go jako ciekawostkę, bo poważnie nie potrafię.

Dragonforce zaaplikował mi solidną dawkę energii, we wszystkich utworach z płyty, no może poza ostatnim. Podobno power metal jest gatunkiem uodpornionym na radykalne impulsy. Czy aby na pewno? Każdy bowiem, kto kiedykolwiek omdlewał, dyszał lub zesztywniał z podniecenia po usłyszeniu zwrotnych solówek oraz mknących jak błyskawica rymów, znajdzie to coś dla siebie. W moim przypadku jednak tego wszystkiego, czyli zawrotnej prędkości gitar połączonej z perkusją, było za dużo. Wokal Marca spisywał się świetnie, jednak na tej płycie ewidentnie zespół poszedł o krok za daleko. Tak więc w Extreme Power Metal jest dla mnie za dużo speed metalu, pomijając fakt, iż okładka jest rodem z jakiejś gry komputerowej, co wyjaśnia pikslowe brzmienie klawiszy w wielu utworach. Spójność albumu jest również nie do podważenia, bo jest zbyt przewidywana, lecz sprawia, iż, nie mam ulubionej kompozycji, która wyróżniałaby się czymś wybitnym. Album nie jest zły, ale zbyt intensywny oraz szybki, co chociażby po czterech pierwszych utworach, psuje bardzo dobre pierwsze wrażenie, jeśli o mnie chodzi, zwłaszcza aby do niego wracać. Na pewno nie. Zamiast naprawdę ekstremalnego power metalu, zespół stworzył kit-piksel-speed power metal.

Korekta Paulina Wawrzusiak

5/10